Już swoje “wychodziłam” — czyli babcia, matka i syn w akcji, albo o tym, jak teoria mija się z prakt…

Ja już swoje wychowałam

Może byście go jeszcze oddali na przechowanie, jak szczeniaka. Co? Zapłacicie i hulaj dusza, korzystajcie z wolności rzuciła z jadowitym sarkazmem pani Helena.

Kasia, zaciskając niezadowolone usta, szarpnęła z całej siły suwak w walizce. Nie dało się zacinał się jak stara płyta, której teściowa używała za każdym razem, gdy młodzi chcieli gdzieś wyjechać na urlop.

Mamo, daj spokój próbował uciszyć Helenę Tomek, mąż Kasi. Mateuszek też jedzie na wakacje, tylko na wieś, do moich rodziców. Tam będzie świeże powietrze, ogród, dmuchany basen i mleko prosto od krowy. To najlepsze, co można mu teraz zaoferować.
To nie żadne wakacje, tylko zesłanie! oburzała się teściowa. Dziecku trzeba teraz rodziców! A wy? Do Krakowa się wybieracie, po muzeach chodzić! A syn? Jemu to niepotrzebne, żadne zwiedzanie, żaden rozwój?

Kasia w końcu uporała się z suwakiem, wyprostowała się i posłała teściowej pełne wyrzutu spojrzenie.

Teraz mu to niepotrzebne odpowiedziała chłodno. Teraz potrzebuje drzemki, stałych godzin posiłków i nocnika pod ręką, a nie dziewięciogodzinnej jazdy z przesiadką, zmiany rytmu dnia i latania po mieście. Kiedy, pani Heleno, ostatnio była pani z wnukiem chociaż w parku?
Ja już swoje z synem wychodziłam! wypięła dumnie nos teściowa. Wszędzie go zabierałam i jakoś żyję. Ale wam to tylko wygoda w głowie. O innych trzeba myśleć, nie tylko o sobie!
No właśnie! Kasia prawie krzyknęła. O innych! Na przykład o tych, którzy pojadą z nami pociągiem i będą słuchać przez dwie godziny, jak Mateusz ryczy, bo coś mu nie pasuje. Albo tych, którzy przyjdą na wycieczkę posłuchać przewodnika, a nie mamo, chcę pić, muszę siusiu, nogi mnie bolą, idziemy do domu. Wakacje z trzylatkiem to żadna przyjemność, pani Heleno. To tortura. Dla wszystkich.

Teściowa zacisnęła usta i odwróciła się z obrażoną miną.

Widać, nacieszyliście się rodzicielstwem i już szukacie, jak tu się go pozbyć. Powiedzcie wprost, że dziecko wam niepotrzebne… Przy chęciach zawsze można się dostosować do pociechy.

Kasia zamknęła oczy i liczyła w myślach do stu, żeby się nie zagotować. Gdyby Helena wiedziała, przez co musieli przejść przy ostatnim wyjeździe, może by milczała. Ale skąd ma wiedzieć, skoro praktycznie nie interesuje się wnukiem?

Kasia doskonale pamiętała. Po ostatniej wycieczce cały miesiąc nerwowo mrugało jej lewe oko.

To było w zeszłe lato. Postanowili pojechać do znajomych na działkę pod Warszawą. Dzieciak w wieku Mateusza, plac zabaw w ogrodzie, piękne jabłonie. Brzmiało super.
Ale od początku wszystko szło nie tak.

Samochód nie chciał odpalić. Przyjaciele już czekali, kiełbaska się marynowała Trzeba było kupić bilety na pociąg.

No i pogoda dała się we znaki. Słupki rtęci skoczyły pod 35 stopni, klimatyzacja w przedziale nie działała, a przez otwarte okna nie było czuć ani odrobiny świeżości. Wagon tak napchany, że nawet igły by nie wcisnęła. Duszno niemożliwie.
Mateuszek wytrzymał dokładnie dziesięć minut, potem zaczął monotonnie jęczeć. Najpierw na gorąco, potem na nudę, potem chciał biegać po wagonie.

Puść! wrzeszczał, wyrywając się Tomkowi z rąk. Tam chcę!
Matieńku, nie wolno. Tam siedzą inni ludzie szeptał czerwony ze wstydu Tomek, usiłując utrzymać wijącego się synka.
Nieeee, nie chcę! Aaaa!

Mateusz darł się tak, że zagłuszał nawet stukot kół.
Pasażerowie najpierw patrzyli współczująco, potem coraz bardziej wkurzeni, aż w końcu z nienawiścią. Jakaś pani w białej bluzce zwróciła uwagę, a Mateusz, urażony, chlusnął soczkiem i oblał i Tomasza, i Kasię, i tę kobietę.

Awantura była na pół wagonu. Kobieta darła się nie gorzej niż Mateusz. Kasia prawie płakała, przepraszała i wręczała pięćdziesiąt złotych na pralnię, Mateusz ryczał, bo nie miał już marek, a Tomek zaciskał zęby.

Półtorej godziny piekła.

Kiedy wreszcie wysiedli na peronie, o wypoczynku już nikt nie myślał. Mateusz po tym wszystkim odmówił drzemki, kaprysił do wieczora i niemal przewrócił grilla. Droga powrotna nie była ani trochę lepsza.
A to tylko półtorej godziny jazdy. A pani Helena chciałaby tydzień wozić dziecko po zabytkach? Nigdy w życiu.

Jak się nie wychowuje, to są potem takie cyrki powtarzała teściowa, kiedy Kasia próbowała tłumaczyć.

Sama była nauczycielką teoretykiem odwiedzała ich raz na dwa tygodnie, przywoziła czekoladę (na którą Mateusz ma alergię, o czym mówili jej dziesięć razy), poświęcała wnukowi dwadzieścia minut i wracała do siebie. Albo chociaż robiła zdjęcie na Facebooka.

Pani Heleno, a co pani za różnica, gdzie będzie Mateuszek? zapytała kiedyś Kasia. Przecież nie z panią zostanie.
A niby po co? Ma rodziców, to rodzice powinni się nim zajmować! Gdyby trzeba było do szpitala albo do pracy, to bym pomogła. A tak? Oddajecie go jak kota!

Dało się to jakoś wytrzymać, ale to powoli zżerało Kasine nerwy. Pani Helena była święcie przekonana o swojej racji i nie przyjmowała żadnych argumentów.

Życie jednak lubi uczyć pokory.

Cztery lata później. Mateusz ma już siedem lat: mówi z sensem, szkoła, kółka zainteresowań

W życiu pani Heleny też zaszły zmiany, niestety smutne została wdową. Jej mieszkanie, które dotąd tętniło telewizyjnym jazgotem i głosem męża, teraz było głuche i puste. Może dlatego, a może z potrzeby udowodnienia wszystkim, a zwłaszcza teściom, na co ją stać, rzuciła pewnego dnia:

Przywieźcie wnuka do mnie. Już nie jest malutki, dogadamy się.
Jest pani tego pewna? zapytała niepewnie Kasia. Mateusz to bardzo energiczny chłopak, trzeba mu poświęcić uwagę albo chociaż komputer.
Nie ucz uczonego! prychnęła teściowa. Sama syna wychowałam! Dam radę poczytamy książki, zagramy w domino, komputer niepotrzebny. Dawajcie go!

Z duszą na ramieniu i skrzyżowanymi palcami zostawili go u babci na całe dwa tygodnie. Sami pojechali nad jezioro na trzy dni. Dobrze czuli, że wrócą szybciej.

Babcia wyobrażała sobie sielankę: wnuczek grzecznie czyta książkę o zwierzętach, ona dzierga skarpety, od czasu do czasu komentując, potem razem jedzą zupę, a potem idą na spacer za rączkę.
Ta bajka rozpadła się pół godziny po wyjeździe rodziców.

Babciu, nudzę się! oświadczył Mateusz. Masz tablet?
Nie mam, skądże.
To zagrajmy w zombie-apokalipsę! Ty jesteś zombie, ja ocalały!
Co? Jaka apokalipsa? zaniemówiła babcia. Matieńku, pobaw się kredkami, kupiłam ci nową kolorowankę.
Nuuudne to, to dla maluchów! Mateusz krążył wokół kanapy. No zagrajmy! Babciu! No popatrz, co umiem! Hej, patrz! Patrz! Patrzysz?

Nie usiedział nawet przez sekundę. Raz był samolotem, raz walił pokrywkami od garnków, raz próbował wciągnąć babcię w kolejną dziwaczną zabawę. Nie interesowały go książki z opowiadaniami Sienkiewicza ani stary zestaw klocków potrzebował widowni i kumpla do zabawy w jednym. Co trzy minuty: Babciu, a dlaczego…?, Babciu, pobawimy się…?, Babciu, zobacz!

Pani Helena, przyzwyczajona do spokoju, pod koniec obiadu czuła się, jakby rozładowała wagon węgla.

Ale to były dopiero początki. Schody zaczęły się przy obiedzie. Pani Helena z dumą postawiła rosół z wołowiną, choć sama w domu zwykle go nie gotowała specjalnie dla wnuka.

A on spojrzał w talerz jakby tam miała pływać ścierka i skrzywił się.
Tego nie zjem.
Dlaczego?
Jest tam gotowana cebula. Nie lubię.
Co?! babcia się zagotowała. Przecież jest zdrowa! Jedz, nie wymyślaj!
Nie będę!
A co chcesz?
Makaron z serem. I parówkę, pokrój ją na ośmiorniczkę.

Pani Helena zdębiała: parówka w kształcie ośmiorniczki? Nie umiała takich czarów.

Dziecko, to nie restauracja odparła twardo.

Mateusz wzruszył ramionami i poszedł budować fort z poduszek, krzeseł i lampy.

Wieczorem ciśnienie u pani Heleny szybowało jak szalone. Nie mogła się położyć Mateusz od razu zaczynał skakać po niej jak po trampolinie, wrzeszcząc: Wstawaj, nadciągają wrogowie!. Nie mogła obejrzeć wiadomości, bo wnuk od razu żądał bajek, bo mu nudno. A przy bajkach wcale nie robił się spokojniejszy ganiał jeszcze bardziej.

A u Tomka i Kasi wieczór płynął cudnie: siedzieli na tarasie, patrzyli na zachód słońca i słuchali trzaskającego drewna w grillu.

Posłuchaj, jaki spokój mruknęła rozanielona Kasia, przymykając powieki. Może niesprawiedliwie się wyrażaliśmy o twojej mamie?

W tym momencie zadzwonił telefon Tomka.

Halo? Mamo?
Natychmiast przyjeżdżajcie! wrzasnęła od progu Helena. Bierzcie go! Już! Teraz!
Mamo, co się stało? Wszystko w porządku?
Horror! Wasz syn jest nie do wytrzymania! Demoluje mi mieszkanie! Nie zje normalnego obiadu! Skacze po mnie jak koń! Zaraz mi serce wysiądzie! Jak nie przyjedziecie w ciągu godziny, dzwonię po karetkę i policję niech go zabierają! Ja już nie mogę! Czekam!

Rozłączyła się.

Kasia w milczeniu odstawiła kieliszek na stół. Wino zostało, grill nie doczekał się mięsa.

No, zbieraj się mruknął Tomek. Nasz urlop się skończył

Podróżowali w ciszy. Bolało ich to diabelnie: przecież to teściowa sama wymusiła na nich ten wyjazd, a teraz urządzała histerię.

Ledwie zadzwonili domofonem, drzwi się natychmiast otworzyły. Pani Helena była blada jak ściana, pachniała kroplami na serce, wyglądała jak po wojnie.

Za to Mateusz wyskoczył radosny jak skowronek.

Dzięki Bogu jęknęła teściowa, niemal wypychając dziecko. Zabierajcie! I nigdy więcej mnie nie proście! Kogoście wy wychowali? To nie dziecko, to potwór! Cebula mu nie taka, wszystko mu nie tak, po mnie skacze jak po trampolinie!
On jest po prostu dzieckiem, mamo powiedział sucho Tomek i wziął syna za rękę. Żywy, zdrowy chłopak. Uprzedzaliśmy cię. Sama mówiłaś, że dasz radę.
Myślałam, że normalny a wy go do lekarza powinniście dać! pani Helena złapała się za serce. Jedźcie szybko, bo zdechnę.

W samochodzie Mateuszek, rozkładając się wygodnie, zapytał:
Mamo, prowadźmy jeszcze do dziadka Mariana i babci Lucyny?
Już niedługo, synku. Na pewno pojedziemy.
To dobrze wymruczał, zasypiając. Bo babcia Helenka jakaś dziwna Cały czas krzyczy i nie umie się bawić. No i jedzenie ma niesmaczne.

Od tej pory pani Helena już nigdy nie podnosiła tematu wyjazdów z wnukiem ani nie pytała, czemu nie zostawiają u niej chłopca. Teraz, gdy młodzi jechali na urlop, tylko życzyła im szerokiej drogi.

A Mateusz jeździł na każde wakacje do rodziców Kasi. Tam kopał dżdżownice z dziadkiem, grał w wojnę i jadł babciną zupę bez cebuli, bo babcia Lucyna znała gust wnuka.

Z relacjami z teściową lepiej nie było, ale Kasi to nie przeszkadzało. Przynajmniej nikt już jej nie klął i nie pouczał. A pani Helena została sama ze swoją racją i nietkniętymi encyklopediami, które nikomu się nie przydały.

Rate article
Fajna Tajna
Już swoje “wychodziłam” — czyli babcia, matka i syn w akcji, albo o tym, jak teoria mija się z prakt…