Jutro, które nadchodzi

**Jutrzejszy dzień**

Zosia spędziła z Krzysztofem pięć lat, lecz nigdy nie doczekała się zaproszenia do urzędu stanu cywilnego. Była wzorową gospodynią, pedantką. Czułą i delikatną. Ostatnio jednak wyczuła chłód między nimi. Dokładniej – to on stał się obojętny, często markotny, unikający rozmów. Po kolacji zamykał się przed telewizorem, wciągając się w kolejne filmy.

Na jej czułości machał ręką, tłumacząc się zmęczeniem i potrzebą samotności.

– Posłuchaj, Ola – zwierzała się Zosia siostrze – o co tu chodzi? Takie traktowanie ciągnie się już prawie dwa miesiące.

– A śpicie razem? – spytała siostra.

– Rzadko. I nawet to nie poprawia relacji – westchnęła Zosia – próbowałam już wszystkiego: pierogi, kolacje przy świecach… A on wciąż z kwaskową miną. Myślisz, że przestał kochać?

– A ty czujesz, czy ma kogoś? – zapytała Ola.

– Skąd mam wiedzieć? Po pracy wraca do domu. Ale to mi nie pomaga.

– Mogłabyś z nim szczerze porozmawiać. W końcu nie jesteście małżeństwem. Może uważa, że ma prawo szukać innych – zasugerowała Ola.

– Naprawdę? – łzy napłynęły do oczu Zosi – Jak on może? Przecież nigdy go nie skrzywdziłam…

– No już, przestań. Jesteś piękna, zaradna. Znajdziesz sobie męża, póki młoda. Ja bym nie czekała, tylko wszystko wyjaśniła. Lepsza gorzka prawda niż niepewność.

Tego wieczoru Zosia po kolacji rzuciła Krzysztofowi:

– Jeśli cię zmęczyłam, idź. Nie będę cię trzymać, choć wciąż cię kocham…

– Skąd te myśli? – zaczął, lecz urwał, widząc łzy spływające po jej policzkach.

– Brakowało mi tylko scen – warknął nerwowo, pakując torbę. Zosia stała jak rażona gromem. Nie sądziła, że jej nieoficjalny mąż ucieknie tak szybko.

Wrzucał koszule i bluzy do sportowej torby, po czym wyszedł, nie odwracając się.

– Krzysztof! – krzyknęła – To wszystko? Nic mi nie powiesz? Pięć lat…

– Co mam mówić? Samą wszystko wyjaśniłaś. Tak, już się nie kochamy.

– Ty się nie kochasz… – poprawiła. Lecz on zszedł po schodach. Wybiegła za nim:

– Masz inną? Czemu mi nie powiedziałeś?

– Nie. Po prostu… jesteś moim wczorajszym dniem. Rozumiesz? To ślepy zaułek – odparł zimno.

– Wczorajszy dzień? – Zosia poczuła, jakby dostała policzek. Wpadła do mieszkania, dusząc się z żalu.

– Wczorajszy dzień… Jak znoszona sukienka. Pięć lat młodości… – nie mogła ochłonąć. Liczyła, że to chwilowy kryzys, który razem przetrwają. A on…

Zosia zapadła w chorobę. Leżała z gorączką, sparaliżowana stresem. Przed oczami wciąż stał Krzysztof, pakujący rzeczy z obojętną twarzą.

– Nie strasz nas, dość tej melancholii – powtarzała Ola przez telefon – Przyjdę, zrobimy remont. To najlepsze lekarstwo.

Z czasem siostry przemalowały ściany, zmieniły zasłony, w kuchni zagościły nowe garnki.

– Pięknie! – śmiała się Ola – Z nowym remontem w nowe życie. Uśmiechaj się. Żyjemy, to najważniejsze.

Zosia kiwała głową, stawiając przed siostrą pieróg z kapustą.

– Tuczysz mnie? – śmiała się Ola – Dieta poczeka. Jesteś cudowna.

Zosia powoli wracała do życia. Zapisała się na siłownię, basen. Ola ciągnęła ją na spektakle do teatru.

Dwa lata minęły na pracy i rozwoju. Zosia awansowała, jeździła na szkolenia do Warszawy. W redakcji poznała Szymona – lokalnego poetę, publikującego w ich gazecie. Chudy, w okularach i znoszonej marynarce, coraz częściej zagadywał do niej. W końcu zaprosił ją do kawiarni, by posłuchała nowych wierszy.

– Pani opinia jest dla mnie ważna – mówił nieśmiało – jest pani dobrym człowiekiem.

– Skąd pan wie? – zaśmiała się.

– Widzę po oczach – uśmiechnął się – Zgodzi się pani?

Spędzili w kawiarni dwie godziny. Zosia odkryła w nim wrażliwego poetę, łączącego lirykę z humorem.

– Dlaczego pan przychodzi do redakcji? – spytała w końcu.

– Nie tylko dla publikacji… – spuścił wzrok – Jesteś czarującą kobietą. Czy mogę mieć nadzieję na spotkania?

Zosia milczała. Od dawna czuła jego uczucie. Gdy go nie było, myślała o tym niezdarnym, dobrotliwym człowieku. Teraz, patrząc mu w oczy, chciała wtulić się w jego ramiona.

– Nie spieszmy się – szepnęła, gdy pocałował jej dłoń.

– Zrobię, jak zechcesz, Zosiu… – uśmiechnął się promiennie.

Miesiąc później, w Święto Kobiet, Zosia zaprosiła Szymona na kolację. Nakrywała stół w białym fartuszku, przy dźwiękach Budki Suflera.

Zadzwonił dzwonek. W drzwiach stał Krzysztof z bukietem róż.

– Po co przyszedłeś? – spytała zdumiona.

– Żeby cię zobaczyć – uśmiechnął się, zaglądając do mieszkania – Pachnie pierogami…

– Idź już. Czekam na gościa – odparła stanowczo.

– A kto to? – zaśmiał się kpiąco.

– Ktoś, kto mnie kocha. Mój jutrzejszy dzień – rzuciła, wypychając go za drzwi.

Na klatce minął się z Szymonem, niosącym mimozy. Krzysztof spojrzał na niego z pogardą.

– Twój jutrzejszy dzień? Taki chuchrak? – mruknął pod nosem. Przez te lata zmieniał kochanki, pił, lecz szczęścia nie znalazł.

Zosia i Szymon wkrótce wzięli ślub. Cała redakcja świętowała.

– Nieszczęście czasem prowadzi do szczęścia – szepnęła Ola do siostry – Gdyby nie tamten, nie spotkałabyś Szymona.

Rok później urodził się im syn. Szymon chodził jak w transie, a jego wiersze nabrały blasku i ciepła. Tymczasem Krzysztof, przeklinając wolność, wciąż szukał…

Rate article
Fajna Tajna
Jutro, które nadchodzi