Jagna wysiadła z autobusu i z ciężkimi torbami w rękach ruszyła w stronę rodzinnego domu. Już jestem! zawołała, otwierając drzwi na oścież. Jagna, córciu! wszyscy rzucili się jej na powitanie. A my właśnie przeczuwaliśmy, że dziś wrócisz! Wieczorem, gdy cała rodzina siedziała przy ogromnym stole, ktoś zapukał do drzwi. Pewnie sąsiedzi chcą złożyć życzenia westchnęła mama, idąc otworzyć. Wróciła nie sama, lecz w towarzystwie gości. Jagna spojrzała na ludzi, którzy weszli do pokoju, i nie wierzyła własnym oczom.
Jagna w milczeniu patrzyła przez zamarzniętą szybę autobusu, który unosił ją daleko od znajomych polnych dróg i płotów z malwą. Na kolanach, niczym zbłąkana walizka, leżała jej wielka kraciasta torba, którą zaciskała w ramionach jak talizman. Wzięła tylko to, co najpotrzebniejsze, lecz nawet wtedy babcia wcisnęła na wierzch reklamówkę jeszcze ciepłych jagodzianek, napełniając cały autobus zapachem pieczonego ciasta i lata.
Jagna nie wytrzymała wyciągnęła dwa brązowe, rumiane jagodzianki i rozsunęła zamek torby z głośnym szurrr.
Chcesz? zapytała chłopaka, który pewnie wsiadł gdzieś pod Częstochową. Chłopak bez słowa ustąpił jej miejsca przy oknie, czym wywołał w niej całą falę sympatii.
Jasne! odparł z entuzjazmem, przełykając ślinę.
Jagna! przedstawiła się dziewczyna.
A ja Wojciech! Zdać do szkoły jadę?
Tak! U nas na wsi to tylko kursy na rolnika, a ze mnie żaden rolnik! Jagna pokręciła głową.
Ja też na studia! Ale wieś no fajna jest! Wojciech westchnął.
Cztery godziny drogi do miasta minęły w świecie słów i śmiechu. Kiedy autobus zatrzymał się pod dworcem w Katowicach, zamienili się numerami i poszli każdy w swoją stronę.
***
Czas nabrzmiał emocjami związanymi z egzaminami; i Jagna, i Wojciech zdali do upatrzonej uczelni, a radość tryskała, jakby cała przyszłość stała otworem. Nerwy, niepewność, czarne myśli wszystko już odeszło. Przód był tylko jasny, jak polska wiosna.
Jagna, hej! zadzwonił raz Wojciech A może uczcimy sukces w kawiarni?
Jagna ucieszyła się: Wojciech wydawał się tak swojski i szczery, nie jak niektórzy zadufani. Spotkali się w centrum w kawiarni Hipopotam, przy okrągłym stoliku pod wielkim oknem, patrząc jak statki na Wiśle tną granatowe fale, a przez megafon przewodnik rzuca dziwaczne opowieści.
Ciekawe, czemu ta kawiarnia to Hipopotam? nagle zapytała Jagna.
Wojciech zaśmiał się: Pewnie przez to, że od tych ciast wszyscy zaczynają przypominać hipopotamy!
Coś w tym jest! chichotała Jagna, wgryzając się w eklerkę.
Często wracali na swoje miejsce w tej kawiarni tam właśnie zaczęli mówić spotkajmy się tam, gdzie zawsze. Tam też, pierwszego wieczoru, pocałowali się tak serdecznie jakby cały świat się zatrzymał.
Przesuwały się dni, miesiące, a Jagna czuła, że bliższego od Wojciecha nie ma nikogo, oprócz mamy i taty, ach i babci lecz to przecież całkiem inne, inne
Jagna, przeprowadź się do mnie! rzucił kiedyś Wojciech na trzecim roku. A latem się pobierzemy!
To się nazywa zaręczyny? żartowała Jagna, wywijając się w tańcu.
No coś takiego!
Jak w tym filmie, pamiętasz? Nie boisz się, że będę ci wciąż przed oczami migała? zaśmiała się Jagna.
Migaj ile wlezie! chichotał Wojciech, wirując z nią na chodniku.
Do wynajmowanego mieszkania wróciła lekko jak piórko.
Coś się z tobą stało! Cała emanujesz szczęściem! zauważyła Weronika, współlokatorka.
Dziewczyny! Chyba niedługo wyfrunę do Wojciecha! zawołała Jagna.
Na wesele nas zaprosisz? ucieszyła się Marlena.
Ślub latem! Na razie zobaczymy, czy ze wspólnego mieszkania wyjdzie
Jagna, nie rób tego! Do lata jeszcze kupa czasu, wszystko może się zdarzyć! protestowała Weronika.
Jagna zaśmiała się: Werka, przecież wszyscy tak teraz żyją!
Ja nie! Mama jest prawniczką, wiem, do czego doprowadzają te cywilne układy! fuknęła Weronika.
Dobra, Weroniko, nie obrażaj się, żartowałam! zapewniła Jagna.
***
Myślała, że to przesądy, stempel w dowodzie nic nie znaczy, że taka miłość jak ich jest jedna na sto tysięcy. Ale po rozmowie z dziewczynami pojawił się cień w jej głowie i odwlekała decyzję.
Wojciech z czasem przestał ponaglać i nawet rzadziej wspominał.
W połowie grudnia Jagna z koleżankami zabłąkały się w zimowym Krakowie, gdzie śnieg bielił wszystko tak mocno, że lampy i świąteczne dekoracje zdawały się świecić tysiącem neonów. Zmarznięte, niemal zupełnie skostniałe, trafili wprost przed Hipopotama.
Wskakujemy! Tu z Wojtkiem zawsze siadamy! zaproponowała Jagna.
O patrz, chyba już siedzi! mruknęła Marlena ponuro, wskazując przez szybę.
Jagna spojrzała: tam, na ich stałym miejscu, siedział Wojciech, a naprzeciw niego młoda dziewczyna, i oboje śmiali się i pochylali ku sobie.
Jagna odwróciła się nagle.
Ja chyba pójdę do domu oznajmiła cicho.
Zaczekaj! Idziemy z tobą! zawołały Weronika i Marlena.
W mieszkaniu koleżanki przekonywały, że to nieporozumienie, że nie można zazdrościć każdemu, że może to siostra czy kuzynka Ale Jagna pamiętała ten czuły, miękki wzrok Wojciecha i to, że siedzieli w ich kawiarni, na ich miejscu.
To jak zdrada! myślała Jagna.
Przestała odbierać jego telefony i prosiła dziewczyny, by mówiły, że jej nie ma.
W końcu złapał ją pod uczelnią.
Wziął ją za rękę: Jagna, bolało cię coś? Masz kogoś innego?
Zaskoczyła ją śmiałość Wojciecha. Ty jeszcze śmiesz pytać, czy mam kogoś? No, niezły z ciebie! Puść mnie, spóźnię się na egzamin.
Wyrwała się i znikła w auli, a Wojciech nie rozumiejąc już nic, pobiegł do domu.
***
Jagna, po świątecznej sesji, wróciła do rodzinnej wsi na Boże Narodzenie. Wydawało się jej, że pod dachem ojcowskiego domu łatwiej będzie uleczyć sercowe rany.
Żwawa, uśmiechnięta wyskoczyła z autobusu na przystanku pod lasem. Mróz szczypał policzki, śnieg skrzypiał pod nogami, a gałęzie białe i ciężkie lśniły w promieniach słońca niczym bransolety z lodu. Kominy domów puszczały w niebo dym prosty, spokojny.
Podniosła torbę z upominkami dla mamy, taty i babci i ruszyła przez bramkę. Zauważyła, że świerk rosnący przy ogrodzeniu wydawał się grubszy i wyższy, a ktoś go odświętnie udekorował, jak za jej dzieciństwa.
Wesołych! rzuciła na wejście.
Jagna, jesteś w domu! wszyscy wybiegli jej naprzeciw.
Dzień był pełen śmiechu, ale styczniowy zmierzch zapadał wcześnie.
Nic nie szkodzi! Zaświecimy lampki na choince uśmiechnął się tata.
Wieczorem, gdy siedzieli przy stole, zapukano. Mama wzruszyła ramionami to pewnie sąsiedzi i ruszyła do drzwi.
Wróciła w towarzystwie Świętego Mikołaja i pomocnicy.
Wojciech?! zdziwiła się Jagna, wpatrując się w twarz Mikołaja i jego asystentki tej samej dziewczyny, którą widziała z nim w kawiarni. Skąd wiedziałeś, że tu jestem? Co to wszystko oznacza?
Wojciech roześmiał się swoim zwykłym, donośnym śmiechem, dziewczyna też.
Twoje koleżanki powiedziały mi, gdzie cię szukać. A przedstawić chciałem to moja młodsza siostra, Kinga!
Siostra? powtórzyła Jagna.
No tak, siostra! potwierdziła Kinga. Podobni jesteśmy, jeśli dobrze popatrzeć.
Jagna poczuła, jakby spadła z niej ciężka kotwica. Przecież tyle się zamartwiałam, mogłam się po prostu zapytać sztorcowała siebie w myślach.
A Wojciech, na tle obecnych krewnych i przedstawicielki ze swojej strony, wyciągnął pudełeczko z pierścionkiem.
Proszę cię, Jagnuś, zostań moją żoną! poprosił.
Oczywiście! Tak! rzuciła mu się na szyję Jagna To najpiękniejszy Sylwester mojego życia!
Będzie jeszcze wiele najpiękniejszych Sylwestrów, tylko proszę, każda niejasność rozmawiajmy wprost! powiedział Wojciech.
Zgoda! westchnęła Jagna.



