Julia leżała na kanapie i gorzko płakała. Mąż kilka miesięcy temu wyznał, że ma inną kobietę. I że s…

Dziś leżę na kanapie i wszystko we mnie płacze. Minęły dwa miesiące, odkąd Krzysiek wyznał, że ma inną. I że będzie ojcem.
Sylwio, przepraszam, ale dwa lata jesteśmy razem bez dziecka. To już kawał czasu. Zacząłem się nawet zastanawiać nad sobą tłumaczył się Krzysiek. A tu no, moja no wiesz jest w ciąży.
Kochanka wyszeptałam.
Mów, jak chcesz. Za dwa miesiące rodzimy. Wybacz mi.
Nie pytałam go, czemu tak odwlekał. I właśnie na dwa miesiące przed porodem, tuż przed Nowym Rokiem, odszedł.
Leżałam teraz, nieprzebrana od wczorajszego wieczoru, wypruta z sił, wysuszona na wiór przez łzy, na tej samej kanapie. Przypomniał mi się wtedy odległy Sylwester z dzieciństwa.

Byłam wtedy w piątej klasie. Po lekcjach wpadłyśmy z dziewczynami do komisu. Często tam zaglądałyśmy. Ten niezwykły sklep jawił się nam jako miejsce pełne cudów.
Ubrania czy buty nas nie kręciły. Ale pamiątki, zabawki, ozdóbki o, to już co innego.
I właśnie tego dnia zobaczyłam tę cudowną szkatułkę. Była błękitna, a misterna, złota inkrustacja skrzyła się niczym słońce w śnieg. Stałam jak zaklęta i chłonęłam ją wzrokiem.
Gdy sprzedawca podniósł wieczko, wylała się z niej melodia cicha, magiczna. A z głębin niebieskiego aksamitu wypłynęła baletnica w białej spódniczce i zaczęła wirować Zamarłam, bez tchu. Sprzedawca pokazał jeszcze schowany szufladkę. Tam można było kryć biżuterię.

Gosia i Renia, moje przyjaciółki, od razu podskoczyły:
Ale bajer! krzyknęła Renia.
Gosia zapytała od razu:
Ile kosztuje?
Sprzedawca się uśmiechnął i rzucił kwotą, która dla nas była jak z innej galaktyki dwadzieścia złotych.
Nigdy tyle nie uzbieram, przemknęło mi przez głowę.
To nie było realne wtedy w podstawówce dostawałyśmy co najwyżej dwa złote na obiad.
Czasem udawałam, że idę do kina, wtedy mama dawała mi pięć złotych.
Tata był służbowo poza domem, miał wrócić dopiero za tydzień. On by pewnie kupił. Ale mama? Bez szans.
Już wyobrażałam sobie ten jej głos: Baletnica za dwadzieścia złotych? No wiesz co! Lepiej bym kupiła z tego trzy kilo mięsa albo kurczaka i będę karmić was tydzień kotletami.
Mama nie wchodziła w grę. Musiałam poczekać na tatę.

Od tego dnia niemal codziennie zaglądałam do komisu, żeby popatrzeć na szkatułkę. Sprzedawca, miły pan, na mój widok zawsze nakręcał szkatułkę i baletnica znów tańczyła.
Przez sześć dni nauczyłam się każdego szczegółu: dostrzegłam lekko obtarty róg, wyszczerbiony kawałek. Odkryłam nawet, że baletnica ma brakujący bucik, a na spódniczce była maleńka plamka jak pieg.
Ale i tak dla mnie była najpiękniejsza na świecie.

Kiedy tata wrócił, pociągnęłam go prosto do komisu.
Sprzedana, powiedział smutno sprzedawca. Ledwo kilka godzin temu. Przykro mi.
Poczułam, jak łzy rwą się do oczu i w ogóle nie zamierzałam ich powstrzymywać.
Sylwia, Syleńko, nie płacz. Chcesz, kupię ci tort? tata tulił mnie. Truflowy, ten, który lubisz.
Kiwnęłam głową. Tak, ten z czekoladowymi grzybkami na wierzchu był moim ulubionym.
Ale mimo ciasta smutek nie przeszedł. Straciłam baletnicę.

Następnego dnia Renia przyniosła do szkoły tę szkatułkę.
Gdy ją ujrzałam, żal aż rozdarł mi serce.
Renia otworzyła szkatułkę, muzyka popłynęła, baletnica zatańczyła. Wszyscy patrzyli z zachwytem.
Babcia mi kupiła, pochwaliła się. Przyjechała z Opolszczyzny na Sylwestra, od razu ją zabrałam do komisu. Czaiłam się na tę szkatułkę cały tydzień.
Ja też, szepnęła żałośnie Gosia.
Nie wytrzymałam i wybuchłam płaczem.
Piotrek Pawlak, który zawsze rzucał głupie komentarze, zapytał:
Sylwia, czemu ryczysz?
Nic, krzyknęłam i wybiegłam z klasy, potrącając go.
Wszyscy wiedzieli, że on się we mnie podkochuje. Dziewczyny mi zazdrościły, ja nie zwracałam na niego uwagi.

Oparłam czoło o lodowatą szybę na korytarzu. Stanął za mną Piotrek.
Kupię ci taką samą, nie płacz powiedział cicho.
Nie znajdziesz już takiej, głupi jesteś parsknęłam i uciekłam jeszcze bardziej roztrzęsiona. Na dworze płakałam jeszcze dłużej. Był silny mróz, a ja w lekkim ubraniu przesiedziałam pół godziny na powietrzu. Nic dziwnego, że się wtedy rozchorowałam.

Tego samego dnia Piotrek przyszedł do mnie do domu.
Baletnicy nie znalazłem, ale znajdę, obiecuję powiedział stanowczo.
Jesteś głupi, Piotrek. Taka była z Niemiec! Made in GDR, tam z boku napisane! No gdzie ty taką znajdziesz? denerwowałam się.
GDR to NRD? upewnił się Piotrek.
Tak, przyznałam smutno.
No to tam pojadę powiedział z uporem.

Tak zostaliśmy przyjaciółmi. Najpierw tak po dziecięcemu. W ósmej klasie Piotrek zebrał się na odwagę i mnie pocałował. Nie protestowałam. Od tego czasu byliśmy już razem na poważnie. Z uściskami i pocałunkami.
Po maturze Piotrka zabrali do wojska. Akurat do… Niemiec.
Pisał do mnie listy, czasem żartował, że wciąż szuka baletnicy.
Ale nie doczekałam się Piotra. Na pół roku przed końcem jego służby poznałam Krzyśka. Urzekł mnie, gdy na spotkaniu zagrał dla mnie piosenkę na gitarze skomponowaną na poczekaniu. Rozczuliłam się i po dwóch miesiącach byłam już jego żoną.
Piotrek wrócił z wojska, dowiedział się o moim ślubie, zatrudnił się na statku płynącym do Norwegii i zniknął z miasta. Nie widywaliśmy się już.

***

Powoli podniosłam się z kanapy. Zrobiłam sobie kawę. Ostatnio coraz częściej wracałam myślami do Piotrka. Chyba więcej łez wylałam z powodu jego nieobecności niż przez męża. Gdzie on jest? Ma żonę?
Dziś 31 grudnia. Muszę jakoś przetrwać tego Sylwestra. Koleżanki wszystkie z rodzinami. Głupio się wprosić, jak śnieg na głowę.
Poszłam więc na targ, potem do supermarketu. Kupiłam parę rzeczy, żeby choć trochę sobie umilić samotną noc.

Wchodząc do klatki z siatkami, spotkałam Świętego Mikołaja.
Na jego widok łzy znowu popłynęły mi po policzkach.
A ty czemu płaczesz, córeczko? zatarł teatralnie starczy głos mężczyzna w przebraniu. Święto! A ty w smutku. Chodź, masz wręczył mi pakunek. I zniknął w mroku klatki.
Nie zdążyłam nawet podziękować. Paczka była dość ciężka.

W kuchni ostrożnie otworzyłam prezent.
W środku była nowiutka błękitna szkatułka ze złotą inkrustacją. Otworzyłam wieczko, puściłam mechanizm. Pojawiła się baletnica, tym razem z dwoma puentami.
Zajrzałam do tajemniczej szufladki. Leżała tam obrączka.
Rzuciłam się do okna. Na podwórku wciąż majaczył Mikołaj. Bez wahania wybiegłam na dół w kapciach. Gdy stanęłam przed wejściem, Mikołaj właśnie się odwrócił. W tej samej chwili rzuciliśmy się sobie w ramiona.
Tuląc się do ciepłego futra szeptałam przez łzy:
Głupek! Jednak znalazłeś.
No jasne, Sylwio. Słowo się rzekło uśmiechnął się Piotrek. Znalazłem. W Niemczech. Obiecałem przecieżPoczułam, jak wracają mi siły, o których myślałam, że już ich nie mam. To nie była magia świąt, ani nawet bajkowy los tylko jakieś ciche, zwyczajne szczęście, uparte i cierpliwe, które jednak potrafi odnaleźć człowieka na końcu świata. Stałam na mrozie w jego objęciach, zamykałam oczy i pozwalałam muzyce baletnicy cicho grać w mojej głowie.

Sylwia, zostaniesz już ze mną na zawsze? spytał miękko. Wiem, świat nam się trochę rozpadł, ale może razem coś skleimy.

Patrzyłam na niego, na jego śnieżne brwi, serdeczny uśmiech, twarz starszego chłopaka, który wszystkie dziecięce obietnice traktował śmiertelnie poważnie.

Tak, Piotrku. Nareszcie wyszeptałam.

Śnieg cicho sypał nam na głowy, muzyka w sercu grała znów, a tańczyła wciąż ta sama baletnica tylko doroślejsza o wszystkie przeżyte łzy.

Rate article
Fajna Tajna
Julia leżała na kanapie i gorzko płakała. Mąż kilka miesięcy temu wyznał, że ma inną kobietę. I że s…