No każdego dnia mijali się na ulicy, nie zwracając na siebie uwagi – jakby byli zupełnie obcy. Aż pewnego dnia ich spojrzenia niespodziewanie się spotkały i nagle serce Wioli zaczęło bić jak oszalałe, a w brzuchu poczuła całe stado motyli. On też to poczuł – i już nie mogli żyć bez siebie. To było jak przeznaczenie, od tej chwili ich drogi splotły się na zawsze.
Tak Wiola pokochała Krzysztofa. Pewnej zimowej niedzieli poszła z koleżankami na lodowisko. Nie była zbyt wprawna w jeździe na łyżwach – poruszała się ostrożnie, często przystając. Znudzone powolnym tempem koleżanki odjechały dalej, zostawiając ją samą. Wiola przeszkadzała bardziej doświadczonym łyżwiarzom, którzy musieli ją omijać.
Zmęczona, z bolącymi nogami, postanowiła odpocząć przy bandzie. Gdy próbowała się tam dostać, nagle ktoś w nią wpadł.
Upadła na lód, uderzając się boleśnie w biodro i kolano.
„Przepraszam. Źle się pani stłukła? Pomóc wstać?” – usłyszała nad sobą. Zanim zdążyła odpowiedzieć, już ją podnosił.
Kolano zabolało tak mocno, że aż krzyknęła – gdyby nie jego szybka reakcja, znów by leżała. Przyciągnął ją do siebie i nagle cały świat zniknął – w jego oczach zobaczyła tylko siebie.
„Wszystko w porządku?” – zapytał.
Dźwięki wróciły: ślizg łyżew, śmiechy, rozmowy. Wciąż jednak trzymała się kurczowo jego rękawa.
„Nie upadnie pani, jeśli panią puszczę?”
„Nie wiem…” – szepnęła, nie odrywając wzroku.
Puścił ją – stała.
„Dobrze, teraz powoli do bandy. Proszę się nie bać, trzymam panią.”
Z nim jechała płynnie, nie dreptała jak wcześniej.
„Może zejdziemy z lodu? Tam są ławki.”
Skinęła głową. Dzięki jego pomocy dotarła do ławki i opadła na nią.
„Bardzo się pani potłukła?” – usiadł obok. „Jest pani sama? Mogę panią odprowadzić.”
„Jestem z koleżankami.”
„Lepiej zadzwoń do nich. Dam pani numer, a ja w tym czasie przyniosę buty.”
„Nie trzeba…” – spróbowała się oprzeć.
„Zmarznie pani.”
Faktycznie poczuła, jak zimno przenika przez kurtkę. Wyjęła z kieszeni numer i telefon. Gdy poszedł po jej rzeczy, zadzwoniła do koleżanek.
Szli do domu, rozmawiając. Po śliskim lodzie tak przyjemnie było czuć pod stopami twardy asfalt, ale Wiola co chwilę łapała go za rękę – jakby ziemia uciekała spod nóg. Nazywał się Krzysztof, był starszy o cztery lata i już pracował. Opowiedziała mu, że studiuje na czwartym roku i mieszka z mamą. Od razu poczuli do siebie sympatię. Gdy na pożegnanie zaproponował wyjście na łyżwy w przyszły weekend, pokręciła głową.
„Wolę kino.”
„Zgoda. Zadzwonię.”
Nie czekał jednak do weekendu – zadzwonił nazajutrz i zaprosił ją na kawę. Na mrozie długo nie pochodzili. Jakaś siła dosłownie zderzyła ich ze sobą – i już się nie rozstali.
Wiola nie wyobrażała sobie życia bez Krzysztofa. Jak mogła wcześniej bez niego istnieć? Wydawało się, że znają się od zawsze. Gdy nadeszła wiosna, rodzice Krzysztofa zaczęli wyjeżdżać na działkę, zostawiając im mieszkanie.
Lato minęło jak sen. Potem przyszła jesień z pluchą i chłodem. Rodzice coraz rzadziej wyjeżdżali, a młodzi nie mieli już gdzie się spotykać.
„Co dalej?” – pytała Wiola, tuląc się do niego.
„Coś wymyślę” – odpowiadał.
Pewnego dnia mama Wioli zapytała Krzysztofa wprost, jak długo zamierza wodzić jej córkę za nos.
„Chciałem oświadczyć się w Nowy Rok. Nie mam nawet pierścionka. Ale żeby pani była spokojna – mogę prosić o jej rękę już teraz” – powiedział.
Wiola poczerwieniała ze wzruszenia.
„To co innego. Pierścionek darujesz w Nowy Rok. Bo żyjecie już razem, a ja nie wiem, co myśleć” – odparła zadowolona matka.
Ślub wzięli wiosną, gdy słońce zaczęło prażyć mocniej, a ptaki śpiewały coraz głośniej. Krzysztof od dawna zbierał na własne mieszkanie. Część pieniędzy dostali w prezencie ślubnym – starczyło na wkład do kredytu. Szczęśliwi małżonkowie kupili mieszkanie, umawiając się, że z dziećmi poczekają.
Czas mijał. Wiola skończyła studia i znalazła pracę. Coraz częściej mówiła o dziecku.
„Jeszcze nie spłaciliśmy kredytu. Po co się spieszyć? Zdążymy. Wiesz, z jakimi problemami byśmy się zmagali? Owszem, dalibyśmy radę, ale po co samemu tworzyć trudności? Jak spłacimy, wtedy pomyślimy o dzieciach. Mam rację, prawda?” – przekonywał ją Krzysztof.
Może i tak, ale nie od razu miałaby rodzić. Ciąża trwa dziewięć miesięcy – do tego czasu zdążyliby spłacić kredyt…
„Dobrze, nie kłóćmy się” – ucinał dyskusję.
Nie chciało jej się sprzeczać, choć koleżanki już spacerowały z wózkami, a jedna nawet urodziła drugie dziecko – choć to Wiola najwcześniej wyszła za mąż. Pewnego dnia znów zaczęła rozmowę.
„Dobrze, rób dziecko, skoro tak chcesz” – ustąpił w końcu. „Ale uprzedzam – nie proś mnie potem o pomoc, o przewijanie czy pranie. Ja zarabiam, a ty się dzieckiem zajmij. Tylko potem nie narzekaj, że jesteś zmęczona. Zgoda?”
Chciała się obrazić, ale się powstrzymała.
„Boisz się, że będę kochała dziecko bardziej niż ciebie?” – domyśliła się.
„Nie roztrząsajmy tematu. Rób, jeśli tak bardzo chcesz.”
Przestała brać tabletki. Dwa miesiące później test pokazał dwie kreski.
Krzysztof nie podzielił jej radości. Potem zaczęły się męczące mdłości. On spędzał czas z kolegami, między nimi jakby wyrosła ściana. Nie głaskał jej brzucha, nie interesował się rosnącym dzieckiem. „Nic, urodzi się i się zmieni” – powtarzała sobie Wiola.
Ale nawet po narodzinach córeczki nic się nie zmienił. Nie brał jej na ręce, krzywił się, gdy płakała. Gdy Wiola mówiła, że trzeba kupić pieluchy lub ubranka, po prostu przesyłał pieniądze.
„Oszczędź mi szczegółów” – mawiał.
Kiedyś zauważył plamę na jej szlafroku i skomentował jej wygląd.
„Gdy cię poznałem, byłaś zupełnieA gdy mała Ania pewnego dnia powiedziała “Mamusiu, kocham cię najwięcej na świecie”, Wiola zrozumiała, że była to najważniejsza nagroda za wszystkie trudne chwile.



