Jestem wykończona. I nie mówię tu o jakimś poetyckim zmęczeniu duszy to czyste, namacalne wypalenie fizyczne, psychiczne i, nie ukrywajmy, finansowe. Utrzymuję dwójkę dorosłych ludzi, którzy postanowili, że wiek licealny będzie trwać u nich do grobowej deski. Mają grubo ponad dwadzieścia lat, zdrówko jak dzwon, telefony nowsze niż ja jestem w stanie rozpoznać, ubrania od takich marek, że aż wstyd w Biedronce się pokazać, gotowce z Żabki i mieszkanie, które zaczynam mylić z warszawskim hotelem pięciogwiazdkowym.
Wstają grubo po południu, suną do kuchni jak w somnambulicznym tańcu, łapią się za brzuchy, bo przecież trzeba coś zjeść. Jeśli przypadkiem nie trafię w ich aktualne widzimisię jest foch i teatralne przewracanie oczami. O kosztach posiłków nawet nie zapytają. Podziękowań nie słyszałam od czasów, gdy święta jeszcze oznaczały opłatek, a nie czarne piątki. Pomoc? Nie, bo po co. Wymagania? Zawsze.
Na naukę nie mają ochoty już od lat. Zaczęli kierunki, porzucili, bo to nie dla mnie, mamo. Kursy zaczęte, nigdy nie skończone. Projekty? Tylko wersja demo w rozmowach przy stole. Każda próba kończy się u nich identycznie: nową wymówką, mistycznym wyczerpaniem i przekonaniem, że ktoś (czyt. ja) ogarnie resztę. Pracować nie chcą, bo nie znajdą nic godnego ich potencjału, a żadna praca niegodna ich dumy nie zasługuje na rozważenie. Zaczynać od zera? Skandal! Żyć z mamowej kasy? Jakoś wstydu nie mają.
Rachunków nie płacą, zakupów nie robią, mydło leży w łazience chyba tylko dzięki interwencji mojej dobrej wróżki. Prąd, woda, internet, Netflix i ich smartfony wszystko na moim garnuszku. Jeśli coś się zepsuje w mieszkaniu, to dzwonią żeby mi o tym powiedzieć, nie żeby naprawić. Nigdy żeby naprawić! Czyste ciuchy? Ktoś uprał, pewnie krasnoludki. Obiad na stole? Magicznie się pojawił. Porządek? Może ten sam, co sprząta Disneyland po godzinach. Oni i tak są tu jak na urlopie all inclusive.
I oczywiście nie omieszkują krytykować! Mój charakter, mój grafik, moje decyzje i nawet to, jak mówię do sprzedawczyni wszystko pod lupą. Jeśli śmiem być zmęczona jestem jakaś dziwna. Jeśli stawiam granice mam focha. Odpowiedzialność? Przesada. Niezależność? Niepotrzebnie marudzę. Proszę ich, żeby chociaż wynieśli śmieci albo posprzątali pokój patrzą, jakbym kazała im robić pranie w Wiśle w grudniu. Kiedy mówię więcej pieniędzy już nie dam patrzą na mnie z pogardą, jakbym była jedyną osobą, która nie rozumie zasad współczesnego luksusu. Przecież moim obowiązkiem jest ich sponsorować.
Najtrudniejsze w tym wszystkim jest zrozumienie, że to nie kwestia braku możliwości, a kompletnego braku woli. Oni się nie zagubili tylko rozgościli. Przywykli do życia, gdzie wszystko magicznie się dzieje, a nic nie kosztuje (poza moim zdrowiem). Gdzie matka jest bankomatem, a rodzinne złotówki są niczym manna z nieba. A ja? Przez lata, nieświadomie, wspierałam taki układ, myląc miłość z bezgraniczną cierpliwością.
Ale już nie. Dziś poczułam, że wychowanie nie polega na trzymaniu za rączkę aż do emerytury, a miłość nie daje prawa do dożywotniego wysysania matki. Nie rodziłam dzieci, żeby potem musieć znosić leniwych dorosłych z listą roszczeń dłuższą niż paragon po zakupach na święta. Komfort też psuje. Milczenie jeszcze bardziej. Jeśli chcą być leniwi, to niech chociaż znajdą nową ofiarę ja wracam do własnego spokoju i własnej kanapy. Bo macierzyństwo to nie wieczne niewolnictwo, a ja mam święte prawo odpocząć od dzieci, którym dorosłość jakoś nie w smak.



