Dzisiaj znów kupiłeś nie ten chleb. Prosiłam – bez ziaren – powiedziała Basia, kładąc bochenek na stole, nawet nie patrząc na Artura.
– To był ostatni – odpowiedział spokojnie. – Po co się denerwujesz? Normalny chleb.
– Potem Kacperek ma ból brzucha. Tobie łatwo mówić, nie ty podajesz mu leki w nocy i siedzisz przy nim.
Artur na chwilę zamknął oczy i powoli wypuścił powietrze. Postawił torbę z zakupami dalej, przy oknie, i sam usiadł na stołku. Jakby próbował trzymać się z dala od rodziny. Chciał być bliżej, ale nie mógł.
W drzwiach zadzwoniła Dorota. Przyszła z upominkami i uśmiechem. Tutaj, w domu siostry, ogarniało ją uczucie, jakby czas stanął w miejscu. Codziennie te same troski, ale rodzinne, ciepłe. Ciągnęło ją do tego ciepła.
– Cześć, rodzinko. Jak tam u was? Spokój i wygoda?
– Gdyby tylko. Prawie się wyrobiliśmy. Teraz tylko lekcje, obiad, kąpiel. I jeszcze prasowanie ubrań na jutro – odparła Basia, rozpakowując torby. – Od rana na nogach, nawet nie usiadłam.
– Kolana jeszcze nie trzeszczą? – zaśmiała się Dorota, zdejmując kurtkę.
Artur tylko skinął jej głową na powitanie i wyszedł do sypialni. Od dawna nie próbował wtrącać się do kobiet.
– Wszystko jak zwykle? – cicho zapytała Dorota, patrząc na siostrę.
– Co masz na myśli?
– No, znowu jesteś tu sama. A Artur w drugim pokoju, cichy jak mysz.
Basia machnęła ręką, zirytowana.
– Nie zaczynaj. Po prostu… dzielimy obowiązki. Ja w domu i z dziećmi, on pracuje. Jak wszyscy.
– Nie o to chodzi. Jest w domu już półtorej godziny. Choć raz w tym czasie z nim porozmawiałaś?
– Wybacz, nie muszę mu codziennie urządzać romantycznej kolacji. Mamy dzieci.
Kuchnia była mała. Wąski stół, krzesła z podniszczonymi poduszkami, wytarta deska do krojenia. Na ścianie – lista zajęć dodatkowych i harmonogram treningów. Wszystko starannie napisane ręką siostry.
– Dla ciebie dzieci to koniec życia osobistego? – spytała Dorota.
Basia wzruszyła ramionami.
– Po prostu nie chcę, żeby było tak… jak u nas. Pamiętasz, jak mama zostawiała nas same na pół dnia? Albo jak ojciec pił, gdy ona harowała? Nie mówiąc o bałaganie. Strach było wejść do łazienki, zanim nie zaczęłam sprzątać.
– Pamiętam – potwierdziła Dorota i westchnęła. – Pamiętam też, jak leżałyśmy na podłodze i oglądałyśmy bajki. Kiedy ostatnio oglądałaś coś z chłopakami?
Basia zawstydzona spuściła wzrok. Odpowiedź była oczywista.
– Potrzebują angielskiego, matematyki i basenu, nie bajek.
– A Arturowi też nic nie jest potrzebne?
Basia spojrzała w kierunku korytarza, marszcząc czoło.
– Jest dorosły. Nie dziecko. Wytrzyma dla rodziny.
Dorota zamilkła. Patrzyła tylko na siostrę, która miała pod oczami sińce, a włosy związane w niedbały kucyk. Jej ręce były w ciągłym ruchu: otwierać, zamykać, mieszać, sprzątać.
– Kochasz go? – nagle spytała Dorota.
– Zwariowałaś?! Oczywiście, że kocham! Po prostu teraz nie ma na to czasu.
– Już ponad dziesięć lat nie ma czasu. Od kiedy urodził się Filip.
Do pokoju wszedł Kacper. W piżamie, rozczochrany i nastroszony jak wróbelek.
– Mamo, Filip rozdarł książkę. Mówi, że to ja. Ale nie dotykałem!
– Zaraz się tym zajmę.
Basia natychmiast wstała i wyszła. Dorota została sama na chwilę. Po kilku minutach pojawił się Artur. Wyglądał, jakby czekał, aż żona wyjdzie, by nalać sobie wody.
– Zmęczony? – delikatnie spytała Dorota.
– To nic. Czasem myślę, że gdybym zniknął, nawet by nie zauważyła – cicho powiedział Artur.
– Zauważy. Ale może za późno.
Wzruszył ramionami, westchnął i odwrócił się.
– Kocham ich. Ale czuję się tu jak mebel. Przyniosłem pieniądze – i koniec.
Dorota nie wiedziała, co powiedzieć, a Artur nie czekał na odpowiedź. Wstał i wrócił do sypialni.
Basia nie wróciła. Utknęła gdzieś między zniszczoną książką, zakurzonym parapetem i nierówno złożonym praniem.
Następny poranek zaczął się nie od kawy, ale od kłótni przy szafie. Basia, jak zwykle, próbowała wszystkich ubierać zbyt ciepło.
– Filip, załóż tę kurtkę, z kapturem.
– Mamo, będzie mi gorąco. Jedziemy do centrum handlowego, tam jest ciepło.
– A co, jak na ulicy będzie zimno? Kto później będzie ci wycierał katar?
Kacper kręcił się przy drzwiach, wkładając skarpety na buty, żeby „mniej się ślizgało”. Basia krzyknęła, a on drgnął i zaczął przebierać się na nowo. Tymczasem Artur siedział już w samochodzie. Kilka razy oferował pomoc, ale słyszał to samo: „Dam sobie radę, nie przeszkadzaj.”
W samochodzie zapytał:
– Słuchaj, może jutro gdzieś wyjdziemy, tylko we dwoje? Do kina, na kawę. Pamiętasz, jak kiedyś chodziliśmy?
– Jutro? A kto zostanie z dziećmi? – zdziwienie w głosie Basi szybko zmieniło się w irytację. – Nie możemy ich tak zostaw”Nie wiem,” odparła Basia, patrząc przez okno na mijające domy, czując, że coś pomyliła w tym całym planie na życie, ale jeszcze nie wiedząc, jak to naprawić.



