Jeśli dziecko będzie podobne do tamtego odmówię oddam życie i odmówię! bezbarwnym głosem powiedziała Iza.
Kochanie, już za późno, teraz tylko czekać na termin podsumował lekarz. Inaczej możesz zostać bezdzietna.
Iza wyszła z gabinetu, osunęła się na kanapę, by złapać oddech. Chciało jej się płakać z bezsilności Podniosła głowę i zobaczyła, jak za oknem jesienny wiatr bezlitośnie szarpie gałęzie z resztkami liści.
Wydało jej się, że sama jest teraz jak ta gałąź zupełnie bezradna, a dziecko w jej brzuchu to teraz tylko niewłaściwy czas. Przecież jeszcze trzy miesiące temu tak go pragnęła Jak szybko wszystko się zmieniło.
Wyszła z poradni, mijając szczęśliwą parę: mężczyzna obejmował żonę, oboje się uśmiechali. Ten widok bolał jeszcze bardziej. Iza powlokła się na przystanek.
Gdy w końcu dotarła do domu, zamknęła się w swoim pokoju i nie wychodziła prawie godzinę. Matka namawiała ją, by coś zjadła, ale córka nie odezwała się ani słowem. Katarzyna Szymańska poszła do kuchni i usiadła tam, zamyślona. W mieszkaniu panowała ciężka cisza.
W końcu Iza wyszła, usiadła naprzeciw matki i tak samo milcząco siedzieli jeszcze przez dłuższą chwilę.
Jeśli będzie podobny do niego odmówię oddam życie i odmówię powtórzyła bezbarwnym głosem.
Katarzyna Szymańska drgnęła, słowa córki wyrwały ją z zamyślenia:
Tego jeszcze brakowało! Izabelo, czy ty w ogóle myślisz, co mówisz?! Katarzyna, gdy chciała być stanowcza, nazywała córkę pełnym imieniem.
Zdrowa, pracowita dziewczyna ma odmówić własnemu dziecku z jakiej racji? Co powie rodzina? Koledzy z pracy? Jak ty w ogóle będziesz żyła? Ludzie co powiedzą? I dziecko przecież niczemu nie winne, że ojciec to łajdak.
Mam pluć na ludzi? Kto mnie pożałuje? wykrzyknęła Iza. W tej chwili przypominała zwierzę osaczone w pułapce. W jej wielkich brązowych oczach malował się strach, usta drżały, ramiona opadły.
Ja cię pożałuję i pomogę odparła Katarzyna. I nie pozwolę, żebyś porzuciła własnego wnuka czy wnuczkę
Żyjesz od pierwszego do pierwszego, pensja ledwo starcza, jaka pomoc może być?
Jakoś przetrwamy upierała się matka. Ludzie przeżywali i gorsze czasy, a teraz mamy spokój rok osiemdziesiąty dziewiąty.
Iza ciężko westchnęła. Już teraz było jej strasznie, a przyszłość wydawała się zupełnie niepewna. Nie wiedziała jeszcze, że lata dziewięćdziesiąte pokażą swoje okrutne oblicze. Ale dziś wiedziała tylko jedno: Marek ją opuścił.
Pobrali się pół roku temu, a przedtem spotykali się półtora roku. Nic nie zapowiadało nieszczęścia tej młodej, urodziwej parze.
Iza pamiętała każdą chwilę tamtego dnia, gdy Marek wrócił do domu zupełnie innym człowiekiem. Próbował być czuły, taki jak zawsze.
Ale nie dało się nie zauważyć jego dystansu, zamyślenia i tego spojrzenia spojrzenia mężczyzny, który przestał kochać Izę.
Wiedział już, że jest w ciąży, a to go najbardziej męczyło w przeciwnym razie odszedłby od razu. Przez miesiąc Iza wypytywała, co się stało, i dopiero gdy Marek w końcu odszedł, poznała prawdę.
Dostała histerii, gdy przyszła matka Marka, która też płakała, nie spodziewając się takiego podstępu od syna.
A ta historia ciągnęła się jeszcze ze szkolnych lat. Gdy Marek przeszedł do maturalnej klasy, pojechał na obóz harcerski.
Byli tam nastolatkowie z całej Polski: wędrowali po górach, żyli w namiotach. Tam poznał Ewę i od razu się zakochał.
Przez dwa tygodnie nie odstępował jej na krok. Gdy się rozstali, wymienili adresy. Ale Marek, przeprowadzając się, zgubił jej adres. Od niej też nie było listów.
Z czasem się pogodził ze stratą i próbował o niej zapomnieć. Ale potem zrozumiał, że to była jego jedyna miłość. Po trzech latach poznał Izę, wydawało mu się, że Ewa została w przeszłości, i po dwóch latach wzięli ślub, zaczęli czekać na dziecko.
Ewa pojawiła się niespodziewanie. Też nie zachowała adresu, ale wiedząc, w jakim mieście mieszka Marek, dała ogłoszenie do lokalnej gazety. I Marek je zobaczył. Zaprosił Ewę do siebie, wynajął dla niej pokój w hotelu.
Najpierw chciał tylko zobaczyć dziewczynę, której nie mógł zapomnieć przez tyle lat. Ale spotkanie od razu ich do siebie zbliżyło. Decyzja przyszła mu z trudem, ale ją podjął: zostawić żonę Izę, która była w ciąży, i wyjechać z Ewą.
W pracy Iza otrzymywała wsparcie. Nowa dziewczyna, która dopiero co się zatrudniła, ze smutkiem zauważyła:
Dziecko to szczęście, a my z mężem już pięć lat próbujemy.
Właśnie z mężem mruknęła niezadowolona Iza. Nie czuła już radości z oczekiwania na pierworodnego, tylko gorycz porzucenia.
W domu Katarzyna starała się dogodzić córce, by ukoić jej żal. Aż pewnego dnia przyszła teściowa. Weszła i rozpłakała się. Szczerze chciała, by Marek i Iza byli razem.
Ewy nowej żony syna nie znosiła. Choćby dlatego, że zabrała Marka tysiąc kilometrów stąd. Oczywiście tak myślała, a w rzeczywistości Marek sam wyjechał tak chciał.
Pocieszenie dwóch przyszłych babć jej dziecka dawało Izie ulgę, choć było też ciężarem. Ale najbardziej bała się spotkania z dzieckiem.
A jeśli będzie miał oczy, nos, usta jak Marek i co wtedy? Całe życie patrzeć na własne dziecko i przypominać sobie zdradę męża? To ją przerażało.
Gdy Iza wychodziła ze szpitala, nie spodziewała się, że przyjdzie tyle osób. Była jej mama Katarzyna, była teściowa Wanda Nowak, przyjaciółka z mężem, starsza siostra z siostrzenicą i cały jej niewielki zespół w pracy.
Syna każdy chciał wziąć na ręce. Wszyscy życzyli matce i dziecku zdrowia. Gdy w domu rozwinęli chłopca, teściowa wzięła go na ręce, popatrzyła na wnuka, uśmiechnęła się przez łzy i szepnęła:
Kropka w kropkę Marek.
Myślała, że Iza



