Pamiętam, jak to było wiele lat temu, gdy w Warszawie wczesnym rankiem wpadłam w pośpiech, bojąc się spóźnienia. Byłam Bogumiła, a w redakcji Czysty Liść pełniłam funkcję stażystki, a moje imię jeszcze nie było znane. Gdyby nie zdołała przejść przez turnikiet przed Piotrem Mikołajewiczem, dyrektorem naczelnym, nieuniknione byłoby spisanie wyjaśnienia, w którym musiałabym opisać, jak to najlepsza pracownica zeszłego miesiąca nagle popadła w taki wstyd.
Piotr Mikołajewicz uwielbiał papiery. Rozmawiali o nich wszyscy: wyjaśnienia, potwierdzenia, gratulacje, przeprosiny, a nawet zwykłe listy zakupowe. Nikt nie potrafił wyjaśnić, skąd wzięła się jego miłość do biurokracji. Żona przesyłała mu listy zakupów, które wypadały z kieszeni spodni, a koledzy dostarczali mu rozmaite notatki służbowe wszystko to sprawiało, że Mikołajewicz był w swoim żywiole i zadowolony.
Po co to wszystko znosicie?! wykrzykiwała moja przyjaciółka Ula, pracująca w kawiarni przy kamienicy, w której dzieliłyśmy pokój. Boże, dzięki wam wycięcie lasów przyspieszy! Napiszcie mu maila! To nowoczesne i eko!
Nie rozumiesz, Ulu westchnęła Bogowiła. Ten człowiek jest całkiem zrobiony z papieru. Wystaje mu z kieszeni i spada z notesu. Wygląda na to, że mu to podoba. On w swoim żywiole, jak mówią. Niech tak płaci nam dobrze i nie zmusza do wiosennych porządków na wolontariacie.
Ula przytaknęła, choć argument był słaby. Właściciel kawiarni co kwiecień zmuszał pracowników do malowania ogrodzenia i mycia ścian. Ula ciągle kichała od farby, a kurz z murów też jej nie służył. Brak porządków w wolontariacie więc stał się dodatkową wymówką, by nie wzbudzać gniewu szefa Uli, i temat nie był już podnoszony.
Dzisiaj, gdyby Bogumiła nie wyprzedziła Piotra chociaż na chwilę, a nie zdołała go wyprzedzić, musiałaby usiąść do sprawozdania. Co napisałaby? O, byłoby tam wiele punktów
Zaspała, bo budzik odpadł, tak jak cała elektryczność w mieszkaniu. Potem biegaliśmy z Ulą, wycierałyśmy kałużę pod przeciekającym lodówką, pośpiesznie jedząc zimną owsiankę, wywarzoną wczoraj wieczorem, a potem próbowaliśmy się umyć dzięki Bogu woda w kranie wciąż płynęła, choć zimna. Po kąpieli nastąpiły kobiece drobiazgi: tusz do rzęs, róż, cienie, szminka.
Uliszka kurtka była pomarszczona, bo w nocy kot Ignacy wskoczył na nią, poślizgnął się w lodowatej kałuży przy zamrażarce, zakopał się i postanowił przetrwać burzę. Burza dopadła go jednak w postaci Uliego buta, który wypchnął go w puchaty, futrzasty tyłek. Ignacy nigdy nie był tak poniżany, więc odszedł na balkon, by pożegnać się ze światem.
Ula szukała innej kurtki, bo żelazko nie działało
To wszystko pochłonęło mnóstwo czasu. Kiedy w końcu się otrząsnęły, było już późno.
Ubrana wreszcie przyjaciółkę i życząc jej miłego dnia, Bogumiła ledwo zdążyła wskoczyć na schody odjeżdżającego tramwaju, wciągnięta jak galaretka w tłum. Pewien mężczyzna przytulił mnie, by nie przygniótł drzwi, ale spojrzałam na niego tak, że jego troska zniknęła razem z nim.
Tramwaj szeleścił, drzwi trzeszczały, a ja ledwo zdążyłam przejść na drugą stronę, bo każdy sygnał świetlny mógłby mnie uderzyć w twarz, a łotrzyki w tłumie potrafią zrobić wszystko.
Gdyby mnie złapano na spóźnieniu, straciłabym premię, którą od dawna odkładałam część na morze, część na nową kuchenkę mikrofalową, kolejny kawałek na buty. Premia gumowa, wołały dziewczyny. Bogumiła zasłużyła ją! Lecz jeden błąd mógł wszystko zepsuć.
Wreszcie udało mi się wyminąć Piotra, nie wyrzucając się przed tramwaj, ale iluzja wysiłku zawsze rozgrzewa. Tuż pod nosem wziął się młody człowiek, chwycił poręcz, rękaw kurtki lekko się podwinął, odsłaniając okazały zegarek z licznymi wskazówkami i tarczami.
Jego spojrzenie przyleciało na godzinę i minuty. Próbowałam odwrócić wzrok, lecz oczy same wracały do zegarka.
Spóźniacie się? zapytał z współczuciem. Dziś dzień nieprzyjazny
Tak przyznała Bogumiła, przyciskając torbę do spoconego boku.
Wiecie, co mówią? Tam, gdzie was czekają, nie można się spóźnić uśmiechnął się chłopak.
Alexandra, czyli ja, przycisnęła wargi. Normalnie skinęłaby głową, ale w tej chwili filozoficzna uwaga była nie na miejscu chodziło o mikrofalówkę i morze!
Na imię mam Kamil dodał młodzieniec, po czym zapytał: A wy?
Ja nazywam się Olga Fiodorowa. Proszę przepuścić, młody człowieku! odciągnęła go kobieta w lekkim płaszczu i koronkowych rękawiczkach, ozdobiona perfumą i ustami koloru buraka.
Jej piękny biust przytrząsnął rękę Kamila, a jej wargi przypadkowo dotknęły jego rękawa.
Przepraszam! wymamrotała Olga. Dziś burzy!
Wtedy zrozumiałam, kim była. Żona szefa. Nikt jej nigdy nie widział, nie było jej zdjęć w gabinecie Piotra Mikołajewicza, a jednak jej głos rozbrzmiewał w głośnym połączeniu, które słyszeli wszyscy.
Widziałam twoją gazetę rano, Piotrze! To nie ma przyszłości! Artykuł o mamutach już się spalił, nie rozumiesz?! Ktoś wrzucił twoją gazetę do kosza, a jakiś włóczęga
Ona nadal mówiła, nie szczędząc słów, a podwładny, będąc niechcianym świadkiem tej złości, tonął w cieniu holu.
Co dalej? pytali koledzy.
Rozdziela. Twoje mamuty, Szary, nie trafiły do cioci Oli! drwił reporter. A moja wystawa porcelany roztopiła serce tej krokodylki!
Wtedy młody szary kolega dostał cios w nos, a dumny autor artykułu o porcelanie szedł w górę, po czym Piotr Mikołajewicz ryknął, żądając wszystkich do sali konferencyjnej
Olga Fiodorowa nigdy nie pojawiała się w redakcji, ale jej duch zdawał się krążyć wszędzie. Kto ona jest, żeby krytykować naszego Piotrusia? narzekały pracownice stołówki. Biedna! Wróci, napcha się pierogami i kawą, a ona już dzwoni i dopytuje, co i jak! jęczały.
Olga przeszła obok tramwaju, popchnęła kilku chłopców wciągniętych w smartfony, usiadła i usadowiła obok Piotra Mikołajewicza.
Przepraszam. Proszę wybaczyć, my po prostu wymamrotał szef, trzymając aktówkę na kolanach.
Jak uczniak! pomyślała Bogumiła, gdy po raz pierwszy zobaczyła górę zwaną Olgą. Zazdrość wzięła górę.
Co ty marudzisz? Daj ten pierścień! wyrwała z torby Olga, klikając zamkiem i wsuwając rękę do torby. A klucze? Piotrze, gdzie klucze? Znowu będziesz siedział pod drzwiami, a ja będę kręcić się po Galerii Mokotów z Simką! krzyknęła.
Bogumiła i chłopak z zegarem obserwowali, jak w twarzy Piotra pojawia się rumień wstydu lub zakłopotania.
Lole, nic. Co tak krzyczysz? Nic się nie stało. Idźcie sobie, a ja pójdę po mamę wymamrotał.
Jaka mama, Piotrze?! Do mamy chodzimy co trzecią sobotę miesiąca. To jest trzecia sobota? zapytała gorzko żona Piotra.
Dziś środa podał Kamil.
A ciebie, młody człowieku, nikt nie pyta! rzuciła Olga Fiodorowa.
Kamil westchnął i wzruszył ramionami.
Zabawną mają, co? szepnął Bogumiła na ucho. Przepraszam, nie znam pana imienia
Tramwaj zadzwonił, szarpnął się. Kamil przycisnął Bogumiłę do policzka swoją nieogoloną, szorstką policzką.
Co to?! warknęła Alexandra.
Przepraszam, naprawdę. Burzy, jak tu niektórzy zauważyli spojrzał Kamil na Olgę. I przepraszam za zarost. Dwa dni na służbie nie zdążyłem się ogolić.
Bogumiła zauważyła, jak zmęczony wygląda ten młody mężczyzna, szary i zielonkawy.
Powinnaś się wyspać odrzekła współczująco.
Nie, zaraz idę do przyjaciół, muszę wyprowadzić psa, a potem do domu na obiad. Dziękuję za troskę uśmiechnął się Kamil.
W tym czasie Olga, niczym babcia z bajki o złotej rybce, przetrząsała stertę papierów.
Piotrze, zapamiętaj szarpała kartki. To lista z pralni, to adres mojego masażysty, to zamówienie. Weź i sprawdź, czy wszystko jest świeże. To, co trzeba kupić córce i siostrzeńcom. Pamiętasz, że w niedzielę jedziemy do nich? Piotr skinął. Dobrze. Dalej
Przeglądając papiery, Piotr spotkał oczy Bogumiły, które w jego brązowych oczach wyrażały zarówno beznadziejność, jak i prośbę o milczenie o tej żenującej scenie. Teraz mieli jedną tajemnicę we dwoje.
Dlaczego Piotr znosił tę megę? Dlaczego tolerował kontrolę i despotyzm? Ona go zrobiła. Z prostego dziennikarza wypchnęła go na stanowisko szefa, powoli, lecz konsekwentnie. Dostrzegła talent już na studiach, wzięła go pod swoje skrzydła, a potem przy pomocy ojca, wujka i znajomych wypychała w górę.
Olga nigdy nie pracowała sama, nie dzień po dniu. Zajmowała się telefonami, spotkaniami w kawiarniach, nadzorowała życie rodziny wszystko spoczywało na niej. To ona, siedem lat temu, zadzwoniła do Fimki, który wypchnął Piotra na to stanowisko. Fimo był w branży gazetowej szefem, a jednocześnie kochał energiczną Olgę. Wykorzystywała to.
Fimo, załatw to! Piotr już nie jest chłopcem, a wciąż ma plany. Znajdź mu miejsce, słuchaj! żartobliwie zaśmiała się Olga.
Fimko zadzwonił do redakcji Czysty Liść, gdzie odszedł na emeryturę szef. Sekretarka Fimka wpisała w komputerze Rozkaz o mianowaniu.
Olga była zadowolona. Nie poszła do restauracji, tłumaczyła się migreną, ale Fimko wciąż miał nadzieję na spotkanie.
Piotr został redactorem naczelnym.
W swoim pierwszym dniu w nowym gabinecie, wykończonym dębowymi panelami, westchnął: Olga, nie dam rady! To nie mój poziom, Lole! szepnął, po czym ucichł, gdy przynieśli herbatę i bułki z kantyny.
Olga spojrzała krytycznie na kelnerkę, wzruszyła ramiona Piotra i odparła: Nie ma sprawy, Piotrek! Nie płoną talerze, damy radę!
Była szarą kardynalką. Piotr, gdy nikt nie patrzy i nie słucha, dzwonił do niej, pytając, które artykuły wybrać, a które zostawić. Nie dlatego, że nie wiedział, ale bo przyzwyczaił się pytać, szanować żonę. Ona natomiast nie miała czasu cierpiała na chorobę żołądka, często leżała w szpitalu, a w przerwach między atakami zarządzała małym państwem Czysty Liść.
Artykuł o mamutach od dziennikarza Szarego wpadł w ramkę zamiast wiadomości o żarówkach. Piotr dzwonił do Olgi pięć razy, by potwierdzić temat, ale ona nie odbierała, krążyła po Galerii Mokotów.
Mamutowiec trafił na pierwszą stronę, a Olga nie była zadowolona
Olga kontrolowała też pracowników. Na jej prośbę administrator otworzył jej dostęp do bazy przychodzeń i odejść. W szczycie emocji zgłaszała Piotrowi, że ktoś się spóźnił minutę i czterdzieści siedem sekund.
Panie, to była sytuacja Jesteśmy ludźmi! tłumaczył Piotr kolegów.
A tak? To ja odchodzę. Jeśli chronisz ich, a jaWtedy, z ciężkim sercem, odwróciła się, opuściła biuro i nigdy już nie wróciła do redakcji, pozostawiając w pamięci wszystkich jedynie echa dawnych rozmów i nieodgadnioną tajemnicę, którą Piotr Mikołajewicz nosił w sobie aż do końca swoich dni.



