Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć, bo sama się uśmiecham na samo wspomnienie tego dnia Rano, przy śniadaniu, Zosia moja najstarsza, wpatrzona w telefon, nagle pyta:
Tato, widziałeś dzisiejszą datę?
Nie, a co z nią?
Zosia odwraca ekran, a tam: 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku.
Przecież to twoja szczęśliwa liczba jedenastka, a dziś masz aż trzy pod rząd. Będzie super dzień, mówię Ci.
Z twoich ust do Bożych uszu zaśmiał się Wojtek.
Tak, tato wtrąca się młodsza, Basia, też zakopana w swój telefon. Horoskop mówi: dla Skorpionów dziś nowe znajomości i prezent na całe życie.
No to pewnie, ktoś tam w Hiszpanii czy gdzieś w Niemczech umarł, jesteśmy jedynymi spadkobiercami, zostaliśmy milionerami
Miliarderami, tato! śmieje się Zosia. Milion to za mało dla ciebie.
No właśnie, też tak myślę! Tyle pieniędzy Co robimy najpierw? Kupimy dom w Toskanii czy od razu lecimy na Malediwy i bierzemy jacht?
I helikopter, tato dorzuca Basia. Chcę mieć własny helikopter!
Bez problemu, dostaniesz helikopter. A ty, Zosiu, co byś chciała?
Chcę wystąpić w filmie w Bollywood, z Shah Rukh Khanem.
O, taka drobnostka Zadzwonię do niego i załatwię. Dobra, dziewczyny, kończcie te marzenia i śniadanie, zaraz wychodzimy.
No super, nawet pomarzyć nie można wzdycha Basia.
Marzyć trzeba i należy wyprostował się Wojtek, wypił herbatę do końca i wstał od stołu ale nie zapominajcie o szkole
I nie mogę uwierzyć, jak mi to przypomniało się później tego dnia w sklepie, kiedy pakowałem zakupy do siatek. Cały się zlękłem zamiast fajnego dnia, to miałem urwanie głowy w robocie, do tego musiałem zostać dłużej, padnięty wracałem do domu. Żadnego prezentu Żadnej znajomości na całe życie.
Szczęście uciekło, niby gołąb spod katedry prychnąłem sam do siebie, wychodząc ze sklepu.
Przy moim staruszku Polonezie kręcił się chłopak. Nikt go chyba nie pilnował sierotka jak nic. Widać to było na kilometr: ubrany niechlujnie, buty nie do pary na lewej nodze sportowy but, na prawej jakiś podarty traperek przewiązany niebieską sznurówką. Na głowie rozciągnięta uszatka, z jednym uchem nadpalonym.
Proszę pana jestem głodny dałby pan trochę chleba? ledwo słyszalnie zapytał, kiedy podszedłem do auta.
Jakoś aż mnie tknęło, bo coś tu brzmiało nie tak była w tej prośbie taka pauza, która przypominała mi lekcje w licealnym teatrze amatorskim. Uczyliśmy się tam, jak po takich pauzach można poznać, czy aktor naprawdę gra, czy tylko udaje. Tak samo jest w życiu. Chłopak zmyślał czułem to od razu.
Myślę sobie: dobrze, koleżko, pobawimy się w twoją grę. Moje dziewuchy uwielbiają przecież grać w detektywów.
Samym chlebem nie najesz się. A może zjesz miskę barszczu z ziemniakami i śledziem, do tego kompot z suszu? Słodkie bułeczki na deser?
Chłopak na chwilę zaniemówił, wyraźnie nie takiej odpowiedzi się spodziewał, ale zaraz znowu zesztywniał i tylko kiwnął głową.
Świetnie, potrzymaj to chwilę dałem mu siatkę z jedzeniem.
I to była moja metoda prawdziwi bezdomni od razu uciekali z torbą jedzenia. A ten po prostu stał. Wyciągałem długo kluczyki, rozmawiałem przez telefon, nawet odwróciłem się plecami. Nic. Stał tam, jakby był gwoździem przybity do asfaltu.
Na szczęście!
Wsadziłem torby na tylne siedzenie i mówię:
Zapraszam, panie kolego. Karoca gotowa, barszcz się grzeje.
Chłopak jakoś dziwnie westchnął i usiadł obok. Jechaliśmy tak przez pięć minut w ciszy. Moja chałupa jest w małej wiosce pod Lubartowem. Pracuję tam już ponad dziesięć lat jako spawacz. Sam, ojciec dwóch cudownych córek całe moje życie to one. Sam byłem dzieckiem z domu dziecka, więc serce mi się kraje do takich losów jak ten chłopak.
Wielu już przez mój dom przeszło żebym tylko mógł, to bym połowę tych dzieciaków adoptował. Ale te nasze polskie przepisy Za małe mieszkanie, za mało pieniędzy, samotny ojciec Stosy argumentów, a i tak w domu dziecka jest sto razy gorzej. Liczy się przecież miłość, nie warunki!
Niestety, urzędnicy wiedzą lepiej
Chłopak siedział skulony, uszy wciągnięte po same ramiona. Wydawał się przytłoczony, przeżywał coś po swojemu. Inny typ niż te dzieciaki, które już wcześniej spotykałem. Tamci byli pyskatymi wyjadaczami. Ten raczej milczący, domowy. Na pewno nie z bidula. Pewnie uciekł z domu. A może jest tu tydzień, może mniej
Nawet nie kłamał pomyślałem. Po prostu był w szoku. Zaraz go zjemy miłością, nakarmimy, wyśpimy się i sam wszystko opowie. Będzie dobrze.
Zosia i Basia już czekały na ganku, kiedy dojechaliśmy. Pojawiły się natychmiast, wyciągnęły zakupy z auta i nagle coś zauważyły.
Tato, a kto to? patrzą na chłopaka.
No widzicie, dziewczyny, wasze dzisiejsze nowe znajomości i prezent na całe życie!
Rewelacja, tato! Basia podchodzi, zagląda pod czapkę chłopca. Fajny prezent, obyś nie zabrał go z cudzego wózka!
Gdzie tam Chwycił mnie za nogę i woła, że jest moim prezentem!
I jak się nazywa ten podarek? dopytuje Zosia.
Bez nazwy.
Bez etykietki i ceny?
Bez.
No to ładny mi prezent, tato Brak towaru! zażartowała Basia.
Chłopak aż się spiętrzył od napięcia, bał się pewnie uciec. Basia złapała go mocno za ramię.
Halo, jest tu kto?
Chłopak milczał.
Chyba tu nie ma zasięgu śmiała się Zosia. Wejdźmy do domu, może tam się uruchomi.
Dały mi znać oczami zagramy w dobrego i złego policjanta. Znamy to. Pokazałem im: pięć minut i ani sekundy dłużej. Spokojnie, tato, trzy minuty starczy odpowiedziała Zosia jednym spojrzeniem.
Basia spektakularnie wciągnęła chłopaka do domu.
Chodź, zbadamy, co to za Nieznany Obiekt Przemieszczający się.
Dziewczyny zniknęły z zakupami i chłopakiem w domu, ja poszedłem do garażu szykować Poloneza na rano. Przeszło kolejne pięć minut, a tu wpada rozemocjonowana Basia.
Tato! On ściemnia!
Skąd wiesz?
Elementarna dedukcja, Watsonie! On pachnie po domu, nie jak dzieciak z ulicy.
Obwąchałaś go?
Oczywiście! Wiesz czym pachnie?
Zgaduję bułeczkami? Mydełkiem? Mlekiem?
Spaliłeś już trzy szanse. Poczuj sam!
Podsuwam rękę pod nos smar, trochę kolorowe plamy.
Farby do charakteryzacji?
Punkt dla ciebie! śmieje się Basia. Zmalował się, żeby wyglądać na brudnego.
Powiedział, że nazywa się Byk. Pewnie jakaś ksywa.
Byk to dobrze, wykarmimy go, na skup mięsa oddamy
Oj, tato, teraz poważnie. Jestem przekonana, że on Cię celowo znalazł. Przebrał się za bezdomnego, żeby tu trafić. Cicho siedzi, ale zaraz Zosia go złamie i wszystko się wyjaśni.
Nie zdążyła dokończyć, bo z kuchni wrzasnęła Zosia:
Mamy jeszcze kwas siarkowy?
Jasne, połowa kanistra została krzyknęła Basia, udając, że leci do garażu po kanister.
Teraz rozpuszczamy w kwasie i puszczamy rurą rzuciła do mnie, przebiegając obok.
Potwory!
Potwory w spódnicy! odkrzyknęła ze śmiechem Basia.
Tato, myj ręce, wszystko gotowe! zawołała Zosia, jak tylko wszedłem. Jesteśmy głodni jak wilki, chętnie byśmy zjadły nasz byczek.
O, chętnie bym mu kostki pochrupała śmieje się Basia.
Wszedłem do kuchni, a tam chłopak już w zwykłej koszulce, trochę zdezorientowany, ale czysty i od razu jakby inny. Dziewczyny kończyły nakrywać do stołu, szeptały do siebie, chichrały się co chwilę. Dał się zauważyć pewny siebie, patrzył jasno w oczy, trzymał się prosto, nie spuszczał wzroku. Domowy chłopak.
Zosia i Basia rzucały żarcikami, a ja w głowie miałem jedno: wszystko, co zrobił, było po to, by tu trafić. Czemu? Ciekawy, grzeczny, domowy. Boi się, ale i ufa? Co dalej?
Tato, halo! potrząsa mną Zosia. Jeszcze chcesz dokładkę?
Dzięki, najadłem się. Dziewczyny, jesteście cudowne kucharki.
Długo odpłynąłeś Basia się śmieje. Córki się wydały, jesteś już dziadkiem…
Chłopak się wyprostował, zebrał się w sobie:
Wystarczy Zosiu, Basiu, już nie trzeba Poddaję się. Panie Wojciechu, przepraszam, że to tak głupio rozegrałem
Usiądź, uspokój się i opowiedz wszystko mrugnąłem do niego.
Prosta, szczera prawda wywróciła wszystko do góry nogami. Chłopiec nazywał się Szymon Bykowski (pokazał dowód), był tylko jeden dzień starszy od Basi, miał też jedenaście lat. Ojciec poległ na misji, mama była jeszcze w ciąży, ciężko to przeżyła, została z dziećmi sama. Starsza siostra Kasia prawie pełnoletnia, musiała walczyć w sądzie, żeby ich nie oddano do domu dziecka. Z pomocą rodziny dali radę, ale życie zmusiło Szymona i jego siostrę do bardzo wczesnej dorosłości. Byli razem jak drużyna.
W październiku Szymon zauważył, że z siostrą coś nie tak apatyczna, smutna. Okazało się, że się zakochała. W kim? W kimś takim jak ja, tylko po przejściach. Długo nie mówiła, ale w końcu się wygadała, że chodzi o mnie, Wojtka, złotą rączkę z naszej wioski, co nie pije, nie pali, dziewczynki wychowuje sam. A że czasem pomaga dzieciakom, bo sam z bidula Wtedy Szymon wpadł na pomysł, by się przebrać, sprawdzić mnie i dom od środka. Chciał ocenić, czy siostra znajdzie tu dom, czy będzie kochana i bezpieczna. Wszystko się wydało. Dziewczynki go złamały w pięć minut.
Bardzo was polubiłem. Zosiu, Basiu, jesteście super. Panie Wojciechu, proszę, weź pan moją siostrę za żonę. Będziecie szczęśliwi. Ona jest wspaniała, dobra jak mama Sama bała się powiedzieć, bo no, boi się, że jak się dowiesz, że ma dzieci pod opieką
E tam! oburza się Zosia. My się tym zajmiemy. Będzie wasza rodzina.
Zajmiemy się, damy radę potwierdza Basia. Tato, co ty na to? Pytamy Kasię o zgodę?
Tak wyszło, jak z filmu ja na Kasię też od dawna patrzyłem ciepło. Taki los Przygarniemy się razem.
Szymon wstał od stołu, podał mi rękę:
Panie Wojciechu, jako jedyny mężczyzna w rodzinie, oddaję panu siostrę w dobre ręce.
Uścisnąłem go mocno. Sam się popłakałem.
A Basia, widząc, że robi się wzruszająco, od razu rozkręciła atmosferę:
Widzisz, tato? Nie wierzyłeś, a się spełniło! Dostałeś prezent na całe życie nową, wielką rodzinę. Przecież o tym zawsze marzyłeś!
I ja ci powiem miałem szczęście, które przyleciało nie jak gołąb, tylko jak ruda wichura, razem z pyskatymi dziewczynkami i jednym bardzo dzielnym, upartym chłopakiem.



