Mój mąż miał babcię, Panią Stanisławę. Każde lato spędzał u niej w małej wsi pod Krakowem. To jej nie przeszkadzało wręcz przeciwnie, bardzo sobie to ceniła. W tamtych czasach prowadziła własną działalność gospodarczą. Sama wszystko załatwiała, a jej specjalnością były ekologiczne mieszanki ziołowe, które sprzedawała do krakowskich aptek. Mąż nie ma pojęcia, jak to wszystko funkcjonowało od środka, ale pamięta, że jak na tamte lata zarabiała naprawdę sporo. Była kobietą o wyjątkowym charakterze bardzo twardą, nieco upartą, ale pełną miłości do mojego męża.
Stanislawa nigdy nie szczędziła pieniędzy na jedzenie. Zawsze dbała, żeby w domu niczego nie brakowało, jeśli chodzi o posiłki czy podstawowe zakupy. Ale o dodatkowe przyjemności kino, lody, zabawki można było tylko pomarzyć. Nigdy nie dawała na takie błahostki ani jednego złotego. W rodzinie wszyscy uważali, że ona odkłada na coś ważnego, może na lepszą przyszłość. W jej dużym domu stały ciężkie, stare szafy z mnóstwem zamykanych przegródek, wszystko pilnowane kluczami, których zawsze pilnowała jak oka w głowie.
Mąż jako dziecko wielokrotnie pytał, co tam trzyma, lecz babcia zawsze odpowiadała, że to rzeczy potrzebne jej do pracy. Z biegiem lat jednak czasy się zmieniły. Własny biznes już nie przynosił takich zysków, a coraz więcej konkurencji pojawiało się nawet na wiejskim rynku. Gdy ekologia i zioła stały się modne, przestała się wyróżniać. Wtedy zaczęła leczyć ludzi nie za pieniądze, lecz po prostu z potrzeby serca. Odwiedzali ją zamożni i znani, przynosili różne dary z wdzięczności. My także jeździliśmy do niej, jeszcze gdy żyła. Pamiętam, jak skromnie mieszkała: zniszczone kapcie, stare swetry, ledwie cokolwiek stało w lodówce. Kupowaliśmy jej jedzenie, przywoziliśmy mazurki, wędliny, sery ale zawsze grzecznie odmawiała. Twierdziła, że nie powinniśmy jej rozpieszczać, bo jej taki sposób życia nie przeszkadza.
Po jej odejściu, Stanisława zostawiła mężowi w spadku dom. Gdy pojechaliśmy uporządkować wszystko w Tucholi, odkryliśmy w jej spiżarni mnóstwo jedzenia ryż, makaron, mąkę, konserwy, ale wszystko już dawno po terminie. Okazało się, że wdzięczni klienci przez lata obdarowywali ją różnymi produktami spożywczymi, ale ona prawie nic nie zjadała.
Prawdziwy szok przeżyliśmy jednak, kiedy weszliśmy do jej szafek. W środku leżały całe stosy luksusowych przedmiotów z lat dziewięćdziesiątych kryształowe wazony, porcelanowe filiżanki, kosztowne tkaniny wszystko zebrane jak w muzeum osobliwości. Ilość tych rzeczy wprawiała w osłupienie. Zastanawia mnie do dziś, dlaczego trzymała swój majątek w przedmiotach, które przecież tracą na wartości. Nigdy tego do końca nie pojmę. Babcia Stanisława była dziwną kobietą kochaną, upartą i tajemniczą. Te sekrety chyba zabrała ze sobą na zawsze.



