**Jak „wykurzyłem” teściową z domu, nie mówiąc ani słowa**
Gdy tylko ożeniłem się z Kingą, myślałem, że z teściową miałem niesamowite szczęście. Nie wtrącała się w nasze sprawy, nie pouczała, nie rozdawała rad jak wiele „mam żon”. Co więcej, gotowała bosko, zawsze była uprzejma, a nawet zabawna w swoim staroświeckim podejściu do życia. Wydawało się – idealna teściowa. Ale, jak to mówią, nie ma róży bez kolców…
Na początku wszystko było pięknie. Mieszkaliśmy osobno, odwiedzaliśmy ją w weekendy, piliśmy herbatę z ciastem, słuchaliśmy opowieści z dawnych lat. I tak toczyło się po dobrze znanych torach, aż urodził nam się syn – Tomek. Wtedy się zaczęło. Najpierw babcia zaglądała raz w tygodniu. Potem – co drugi dzień. A w końcu została u nas na dobre.
Oczywiście, z grzeczności nic nie mówiliśmy. W końcu pomoc w domu to nie błahość, szczególnie z małym dzieckiem. Żona wróciła do pracy, a mama jak na zawołanie – rosół na kuchni, podłogi lśnią, kolorowe pranie rozwieszone, dziecko najedzone i zadowolone. Wydawałoby się – marzenie. Tyle że to marzenie szybko zamieniło się w uporczywy koszmar. Bo teściowa, bez pytania, zostawała u nas na tydzień, potem dwa. Potem wracała do siebie „tylko po rzeczy” – i znów była u nas.
Żyła z nami jak u siebie: robiła przetasowania, chowała moje ulubione kubki, piekła drożdżówki, gdy ja chciałem zwykłą jajecznicę. Przestaliśmy czuć się jak u siebie. Próbowałem delikatnie sugerować żonie, że może mama odetchnie w swoim mieszkaniu, ale Kinga tylko machała ręką: „No jak możesz, przecież nudzi się sama, żal ci odrobiny cierpliwości?”.
I znosiłem to. Aż do dnia, gdy przypadek podsunął mi genialne rozwiązanie.
Tomek miał wtedy dwa latka. Pewnego wieczoru podszedł do mnie przed snem i wyszeptał, że boi się ciemności. „Tato, w ciemności mieszka Bebok…” – powiedział drżącym głosem. Starałem się go uspokoić. „Synku, jeśli się boisz, po prostu się śmiej. Śmiech przegania wszystkie Beboki. Jak się zaśmiejesz, one od razu uciekają!” – kłamałem bez zastanowienia. Tomek skinął głową i poszedł spać.
A potem, kilka nocy później, o trzeciej nad ranem słyszałem, jak mój syn idzie korytarzem… i rechocze. Głośno. Strasznie. Szczerze. Śmiech rozlegał się po całym domu. Omal nie spadłem z łóżka, ale zrozumiałem – idzie do łazienki, „odstrasza” BebokaNastępnego ranka teściowa spakowała walizki i oznajmiła, że woli wrócić do swojego spokojnego mieszkania, gdzie nie musi się bać nocnych duchów.



