“TOMEK, nie przychodź do mnie więcej. Dobrze?” – poprosiłam spokojnie.
“Co? Dzisiaj nie mam przychodzić?” – nie zrozumiał Tomek.
…Był wczesny poranek, a on już stał w przedpokoju, spiesząc się do pracy.
“Nie, w ogóle nie przychodź” – doprecyzowałam.
“Hm… Co się stało, Danuta? Dobra, zadzwonię później” – Tomek pośpiesznie pocałował mnie i wybiegł. Zamknęłam drzwi za nim. Westchnęłam z ulgą.
…Długo nie mogłam zebrać się na odwagę, by to powiedzieć. Te słowa kosztowały mnie wiele. Tomek był niemal jak rodzina.
Tej nocy byłam namiętna i nienasycona. Żegnałam się. On niczego nie zrozumiał, nie domyślił się.
Tylko się zdziwił:
“Danuta! No proszę, dziś jesteś cudowna. Bogini! Bądź zawsze taka! Kocham cię, kotku!”
…Kiedyś przyjaźniliśmy się rodzinami. Ja, mój mąż Roman, Tomek i jego żona Wiórka (tak czule nazywał swoją Wandę).
Młodość była hałaśliwa, szalona i beztroska. Prawdę mówiąc, Tomek zawsze mi się podobał. Gdy kupowałam sukienkę, buty, torebkę – wyobrażałam sobie, czy spodobają się Tomkowi. Wiórka była moI tak zostałam sama, patrząc przez okno na ulicę, gdzie odchodził Tomek, z tą dziwną ulgą, że wreszcie jestem wolna, choć serce ściskało się nieoczekiwanym żalem.



