– Jak to nie zamierzasz zajmować się dzieckiem mojego syna? – teściowa nie wytrzymała – Po pierwsze, nie kręcę nosem na Igorka. Przypominam tylko, że to ja, jako porządna żona i matka, po pracy robię tu drugi etat na gotowaniu, praniu i sprzątaniu. Pomóc mogę, coś podpowiem, ale całej rodzicielskiej odpowiedzialności na siebie nie biorę. – To jak to tak – nie zamierzasz? Czyli taka z ciebie hipokrytka? – D…a z ciebie, Rytka. Kto by chciał robić coś za darmo? – jak zwykle na klasowym spotkaniu, Świetka nie zmieniła swoich nawyków komentowania i oceniania wszystkich dookoła. Tyle że czasy, gdy Rytka nie wiedziała, co powiedzieć, dawno minęły. Dziś potrafiła już postawić każdego na miejscu, więc nie zmarnowała okazji, żeby uciszyć jędzowatą Świetkę. – Jeśli ktoś musi się martwić o każdą złotówkę, to nie znaczy, że inni mają te same problemy – odparła bez skrępowania. – Dostałam po tacie dwa mieszkania w Warszawie. Jedno z nich, w którym mieszkaliśmy przed rozwodem rodziców, drugie trafiło do mnie po dziadkach. A stawki najmu wiecie sami – nie takie jak tu. Starcza mi na spokojne życie i różne przyjemności. Dzięki temu mogę wybierać pracę, nie martwiąc się o kasę. Właśnie dlatego przekwalifikowałaś się z lekarki na kasjerkę? To właściwie był sekret. Rytka obiecała nikomu nie mówić. Ale jeśli Świetka chciała zachować to w tajemnicy, powinna pilnować języka. Zwłaszcza nie wyzywać Rytki publicznie. Serio myślała, że jej to ujdzie na sucho? Jak tak, to naiwna nie jest Rytka. – Kasjerka, poważnie? – Przecież obiecałaś być cicho! – pisnęła oburzona Świetka. Porwała torebkę i wybiegła z restauracji, ledwo powstrzymując łzy. – Dobrze jej tak – skomentował Andrzej po chwili. – No właśnie, już nie do zniesienia. Kto ją w ogóle zaprosił? – dopytywała się Tania. – Ja wszystkich zbierałam – przeprosiła była przewodnicząca klasy, dziś organizatorka spotkań, Anka. – No pamiętam, że w szkole Świetka nie była sympatyczna, ale ludzie się przecież zmieniają. Teoretycznie. – Ale nie zawsze – wzruszyła ramionami Rytka. Towarzystwo wybuchło śmiechem. Potem zaczęły się pytania o pracę Rytki. To zresztą było zrozumiałe – mało kto zna branżę, o której mówiła, a wokół niej krążyło wiele mitów. Rytka wszystkie je rozwiewała, opowiadając o szczegółach kolegom ze szkoły. – Po co w ogóle ich leczyć, skoro to nie ma sensu? – spytał ktoś z klasy. – A kto powiedział, że nie ma? Jest u mnie pięciolatek. Przy porodzie doszło do niedotlenienia, stąd opóźnienie rozwoju. Ale prognoza jest dobra – zaczął mówić po trzecim roku życia, a teraz rodzice regularnie prowadzą go do logopedy i neurologa. Jest spora szansa, że pójdzie do normalnej szkoły, może nie będzie miał większych problemów później. A gdyby się nim nie zajmowano – historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. – Rozumiem. Czyli bez pogoni za kasą, wybrałaś zajęcie mające sens społeczny – podsumował Waldek. Potem rozmowa zeszła na tematy rodzin i życiorysów kolegów. Nagle Rytka poczuła, jakby ktoś ją obserwował. Najpierw uznała, że to paranoja, ale znów poczuła czyjś wzrok na plecach. Dyskretnie się rozejrzała, nikogo nie zauważyła. Wśród gości nie było nikogo, kto by zwrócił na nią uwagę. Spokojnie więc wróciła do rozmowy z dawną klasą i zupełnie zapomniała o chwilowym wrażeniu. Od spotkania minął tydzień. Rano, wychodząc do pracy, Rytka zauważyła, że jej samochód został „zablokowany”. Zadzwoniła na podany na samochodzie numer. Usłyszała stos przeprosin i zapewnienie, że już, już ktoś zejdzie i odsunie auto. – Przepraszam raz jeszcze – młody, uśmiechnięty mężczyzna sypał przeprosinami. – Załatwiałem sprawy, nigdzie się nie dało stanąć, więc tak wyszło. Jestem Maks. – Rytka – przedstawiła się. Było w nim coś sympatycznego. Wszystko – sposób bycia, ubranie, a nawet perfumy – sprawiły, że chętnie poszła z nim na randkę. Potem na kolejną. Po trzech miesiącach nie umiała sobie bez Maksa wyobrazić życia. Tym bardziej, że zarówno jego mama, jak i syn z pierwszego małżeństwa przyjęli ją jak swoją. Dziecko miało specjalne potrzeby, ale Rytka dzięki zawodowym umiejętnościom szybko znalazła z Igorem wspólny język. Pomogła też Maksowi zaprzyjaźnić się z synem, podsunęła mu parę nowych technik wychowawczych. Po roku zamieszkali razem – Rytka przeniosła się do Maksa i Igorka, swoje mieszkanie wynajęła przez warszawskie biuro nieruchomości. I tu zaczęły się pierwsze sygnały ostrzegawcze. Najpierw drobiazgi – „pomóż Igorkowi się ubrać”, „posiedź z nim chwilę, jak wyskoczę do sklepu”. Póki kontakty z Igorem były dobre, dało się to zaakceptować. Ale z czasem prośby stawały się coraz bardziej absorbujące. Rytka musiała poważnie porozmawiać z Maksem, że dziecko to jego odpowiedzialność. Jest gotowa pomagać w miarę możliwości, ale nie ma zamiaru brać na siebie większości obowiązków wobec Igora, bo po prostu nie jest jego matką, a pracą z dziećmi z problemami zajmuje się jeszcze w pracy. Maks niby zrozumiał, a tuż przed ślubem zaczęli z matką omawiać rehabilitację syna i wnuka. Tak rozmawiali, żeby Rytka zrozumiała, iż powinna się tym zająć po godzinach. – Stop, stop, kochani – przerwała szybko Rytka. – Maks, przecież umawialiśmy się, że to twój syn i twoja odpowiedzialność. Ja nie proszę cię, żebyś sprzątał u mojej mamy, robił remont czy rozwiązywał jej sprawy, prawda? Sama sobie radzę. – No ale wiesz, matka to co innego. A dziecko to dziecko – wtrąciła się przyszła teściowa. Czyli myślisz, że po ślubie też nie będziesz chciała zajmować się Igorkiem i uznamy to za normalne? – Po pierwsze, nie kręcę nosem na Igorka. Przypominam tylko, że po pracy pracuję tu drugi raz jako żona i gospodyni. Ale brać na siebie jeszcze rehabilitację Igora nie zamierzam. To syn Maksa – niech się nim zajmie. Mogę pomóc, ale rodzicielskiej odpowiedzialności na siebie nie biorę. – Jak to tak – nie zamierzasz? Czyli taka z ciebie hipokrytka? O swojej pracy koleżankom opowiadasz aż miło, a tu, kiedy realnie trzeba się dzieckiem zająć – nie można cię prosić! – Ale o co wam chodzi właściwie? – zdziwiła się Rytka. Przypomniała sobie nagle, że matka Maksa dorabia jako zmywaczka właśnie w tej restauracji, gdzie mieli spotkanie klasowe. Połączyła fakty. – Aha, czyli specjalnie to ustawiliście, żeby na mnie zrzucić chore dziecko? – Myślisz, że naprawdę marzyłem, żeby być z kimś takim jak ty? – nie wytrzymał Maks. – Gdyby nie Igor i twoja praca, nawet bym na ciebie nie spojrzał… – O, nie spojrzałbyś? To już nie musisz – Rytka zdjęła pierścionek i rzuciła go byłemu narzeczonemu. – Jeszcze pożałujesz – zagrozili jej Maks i jego mama. – Żaden normalny facet nie potrzebuje szarej myszki bez perspektyw i pieniędzy. – Mam dwa mieszkania w Warszawie, więc kasy mi nie brak – zgasiła ich Rytka. I ciesząc się z przerażonych min Maksa i teściowej, poszła się pakować. Za chwilę nastąpiła próba pogodzenia. Obietnice: będę sam zajmował się dzieckiem, już nigdy tak nie powiem, zmęczenie, przepraszam, kocham cię. Oczywiście, Rytka nie dała się nabrać – nie była naiwna. Pożegnała Maksa, śmiejąc się, że wypuścił szarą myszkę, i jakoś nie wygląda na to, by żałowała z tej pary właśnie ona. Z kolegami jeszcze pośmiali się z tej historii. A Rytka wciąż wierzy, że kiedyś spotka kogoś, kto pokocha ją za to, kim jest. Nie za kasę czy kompetencje, a za duszę. Na razie wystarczy jej ukochana praca, przyjaciele i być może kot – ten przynajmniej daje się wychować, w przeciwieństwie do niektórych facetów.

Jak to nie zamierzasz zajmować się dzieckiem mojego syna? nie wytrzymała teściowa.

Po pierwsze, ja przecież wcale nie odsuwam się od Igorka, wręcz przeciwnie przypomnę, że w tym domu to właśnie ja, jako porządna żona i matka, po pracy odbywam drugi etat w kuchni, pralni i przy sprzątaniu. Pomóc mogę, doradzić też, ale całkowicie przejmować na siebie obowiązków rodzica nie zamierzam.

Jak to rozumieć nie zamierzasz? Czyli taka z ciebie obłudnica?

Daj spokój, Róża. Kto by chciał pracować, jeśli za to nie płacą? jak zwykle na zjeździe klasowym, Sylwia nie odpuściła sobie okazji do krytyki i plotkowania.

Lecz minęły już czasy, gdy Róża nie wiedziała, co odpowiedzieć. Teraz miała ciętą ripostę na każdą okazję i nie zamierzała ustąpić zgryźliwej Sylwii.

To, że musisz się martwić, skąd wziąć pieniądze, nie znaczy, że wszyscy mają taki sam problem rzuciła lekko, wzruszając ramionami. Po dziadku i ojcu zostały mi dwie kawalerki w Warszawie. Jedna ojca, gdzie mieszkaliśmy do rozwodu rodziców, druga po babci trafiła najpierw jemu, potem mnie.

Czynsze za wynajem w Warszawie nie dają mi, delikatnie mówiąc, powodów do narzekań: spokojnie wystarcza mi na życie i różne przyjemności. Nie muszę wybierać pracy tylko po to, byle płacili.

Ty chyba też dlatego z lekarki przekwalifikowałaś się na ekspedientkę?

To była tajemnica. Róża przysięgała, że nikomu o tym nie powie. Ale skoro Sylwia odważyła się wyzwać ją publicznie od d…, sama jest sobie winna.

Naprawdę liczyła, że taka zniewaga ujdzie jej na sucho? Jeśli tak, to chyba nie Róża jest tu naiwna.

Ekspedientka, poważnie?

Przecież obiecałaś nikomu nie mówić! zapiszczała z urażoną miną Sylwia, po czym złapała torebkę i niemal wybiegła z restauracji, ledwo powstrzymując łzy.

Dobrze jej tak podsumował Andrzej po chwili ciszy.

Dokładnie. Męczyła już wszystkich. Kto w ogóle ją zaprosił? dopytała Anka.

Ja wysyłałam zaproszenia głosem pełnym żalu odpowiedziała była przewodnicząca klasy, a teraz organizatorka spotkania, Aneta. Wiem, że Sylwia w szkole nie należała do najmilszych, ale przecież ludzie się zmieniają. Cóż, nie wszyscy.

Ale nie zawsze uśmiechnęła się Róża.

Wszyscy roześmiali się. Potem zaczęto dopytywać Różę o jej pracę.

Zainteresowanie (czyste zainteresowanie, bez kpiny z wyborów zawodowych Róży) było zupełnie naturalne. Niewielu miało do czynienia z jej branżą. Zawód otaczała masa stereotypów i niedomówień.

Stopniowo Róża rozwiewała je podczas rozmowy z dawnymi znajomymi.

Po co ich w ogóle leczyć, skoro to nie ma sensu? zapytał jeden z dawnych kolegów.

A kto powiedział, że nie ma sensu? Na przykład mam pod opieką pięcioletniego chłopca. Przy porodzie był niedotleniony, efektem czego jest opóźnienie rozwoju. Prognozy jednak są dobre zaczął mówić dopiero koło trzeciego roku życia, teraz rodzice intensywnie wożą go do neurologopedów i neurologów. Są spore szanse, że normalnie pójdzie do szkoły, nie do klasy integracyjnej, i nie będzie miał w przyszłości większych problemów.

A gdyby nikt się nim nie zajął byłoby zupełnie inaczej.

Rozumiem. Czyli nie musząc ganiać za złotówką, możesz robić coś pożytecznego dla ludzi podsumował Waldek.

Rozmowa szybko przeszła na inne tematy życie i rodziny starych znajomych.

Nagle Róża poczuła, jakby ktoś ją obserwował. Początkowo zrzuciła to na przewrażliwienie, ale po chwili ponownie dało jej się we znaki to dziwne wrażenie.

Niepostrzeżenie się rozejrzała nikogo jednak nie zauważyła. Żaden z gości restauracji nie zwracał na nią uwagi.

Machnęła więc ręką i już zupełnie oddała się rozmowie z dawnymi przyjaciółmi, zapominając o ulotnym niepokoju.

Minął tydzień od zjazdu.

Wczesnym rankiem Róża, schodząc na parking przed blokiem, odkryła, że jej auto jest zastawione. Zadzwoniła pod numer z obcej karteczki zostawionej na szybie.

W słuchawce usłyszała lawinę przeprosin i zapewnienie, że właściciel już schodzi.

Przepraszam najmocniej młody mężczyzna niemal ją przepraszał na kolanach. Przyjechałem załatwić sprawę, a nigdzie miejsca. Jestem Maksym.

Róża odpowiedziała. Było w Maksymie coś ujmującego; jego sposób bycia, strój, zapach wszystko wzbudzało od razu zaufanie.

Bez wahania zgodziła się pójść z nim na kawę.

A potem jeszcze raz. I po trzech miesiącach nie wyobrażała sobie życia bez Maksa.

Tym bardziej, że i jego matka, i syn z pierwszego małżeństwa Igorek przyjęli ją jak rodzinę.

Chłopiec miał swoje trudności, ale Róża, mając odpowiednie kompetencje, szybko się z nim porozumiała.

Doradziła też Maksowi kilka nowych metod, które miały pomóc mu lepiej dogadywać się z synem i wspierać jego rozwój.

Pod koniec pierwszego roku związku zamieszkali razem. A właściwie Róża przeniosła się z rzeczami do mieszkania Maksa i Igorka.

Swoją kawalerkę jak zawsze wynajęła przez to samo biuro, które obsługiwało jej warszawskie lokale.

Wtedy zaczęły się pierwsze niepokojące sygnały. Z początku drobiazgi pomóż Igorkowi się ubrać, posiedź z synem chwilkę, póki wrócę z zakupów.

To wciąż było do wytrzymania zwłaszcza że Róża miała z Igorem dobrą relację, a prośby trafiały akurat, gdy nie była zajęta.

Ale wkrótce obowiązki zaczęły się mnożyć i stawały się coraz bardziej uciążliwe.

W końcu musiała szczerze pogadać z Maksem: jego syn to przede wszystkim jego obowiązek. Może pomóc, czasem doradzić, lecz nie zamierza przejmować na siebie większości opieki nad Igorem chłopiec nie jest przecież jej synem, a ona sama ma na co dzień dość pracy z dziećmi wymagającymi wsparcia.

Maks niby wszystko zrozumiał, ale niedługo przed weselem, dyskutując z matką o programie rehabilitacyjnym Igora, wyraźnie dawali Róży do zrozumienia, że to ona będzie się tym zajmować po godzinach.

Chwileczkę, wybaczcie, ale my z Maksem mamy przecież umowę, że to on zajmuje się swoim synem, nie ja. Nie proszę cię, Maks, żebyś odmalowywał mieszkanie mojej mamie, sprzątał jej piwnicę czy rozwiązywał jej problemy sama to ogarniam w miarę możliwości.

Porównałaś… prychnęła przyszła teściowa. Matka to matka, dorosła żyje na swoim, a dziecko to dziecko. Chcesz, żeby i po ślubie tak samo odsuwać się od Igora? Uważasz, że się na to zgodzimy?

Po pierwsze, ja nie odwracam się od Igora! Przypominam, że to ja prowadzę tutaj drugi etat po pracy gotuję, piorę, sprzątam. Ale przejmować całą rehabilitację nie zamierzam, bo Igor jest twoim synem, Maks, więc to twoja odpowiedzialność. Pomóc mogę, ale robić wszystko sama nie zamierzam.

Czyli nie zamierzasz? Tyle opowiadasz znajomym o swojej pracy, żeby podziwiali, a tu o dziecko nie chcesz zadbać?

Ale o co wam chodzi? zdziwiła się Róża.

I w tym momencie pojawiło się wspomnienie matka Maksa pracowała na zmywaku w restauracji, gdzie odbył się zjazd. Skojarzyła fakty.

No tak, wszystko ustawione na to, żeby przerzucić mi wasze chore dziecko?

Naprawdę myślałaś, że taką jak ty to sobie wyśniłem? Maks puścił hamulce. Gdyby nie Igor i twoja robota, w życiu bym na ciebie nie spojrzał…

No to już nie patrz! Róża zdjęła pierścionek z palca i rzuciła nim w byłego już narzeczonego.

Jeszcze pożałujesz! zagroziła jej teściowa. Porządny facet nie potrzebuje szarej myszki bez pieniędzy i z beznadziejną pracą.

Mam dwie kawalerki w Warszawie, więc i bez was dam sobie radę! odparła z satysfakcją.

Widziała, jak im zrzedły miny, ale poszła spokojnie zbierać rzeczy.

Oczywiście, szybko zaczęły się próby godzenia: obietnice, zapewnienia, że sam będzie się zajmować synem, że więcej tak z nią nie porozmawia, że to z nerwów po pracy, że kocha, że nie wytrzyma, że już nigdy tego nie zrobi.

Róża jednak nie była naiwna. Zaśmiała się tylko na koniec, rzucając, że Maks właśnie stracił swoją myszkę i raczej nie ona będzie tego żałować.

Z przyjaciółmi później nie raz się z tej historii pośmiali. A Róża miała nadzieję, że w końcu trafi na kogoś, kto pokocha ją nie za pieniądze czy zawodowe umiejętności, tylko za to, kim naprawdę jest.

Na razie wystarczała jej ukochana praca i kontakty z przyjaciółmi. A kota zawsze można przygarnąć on przynajmniej daje się ułożyć, w przeciwieństwie do niektórych mężczyzn…

Rate article
Fajna Tajna
– Jak to nie zamierzasz zajmować się dzieckiem mojego syna? – teściowa nie wytrzymała – Po pierwsze, nie kręcę nosem na Igorka. Przypominam tylko, że to ja, jako porządna żona i matka, po pracy robię tu drugi etat na gotowaniu, praniu i sprzątaniu. Pomóc mogę, coś podpowiem, ale całej rodzicielskiej odpowiedzialności na siebie nie biorę. – To jak to tak – nie zamierzasz? Czyli taka z ciebie hipokrytka? – D…a z ciebie, Rytka. Kto by chciał robić coś za darmo? – jak zwykle na klasowym spotkaniu, Świetka nie zmieniła swoich nawyków komentowania i oceniania wszystkich dookoła. Tyle że czasy, gdy Rytka nie wiedziała, co powiedzieć, dawno minęły. Dziś potrafiła już postawić każdego na miejscu, więc nie zmarnowała okazji, żeby uciszyć jędzowatą Świetkę. – Jeśli ktoś musi się martwić o każdą złotówkę, to nie znaczy, że inni mają te same problemy – odparła bez skrępowania. – Dostałam po tacie dwa mieszkania w Warszawie. Jedno z nich, w którym mieszkaliśmy przed rozwodem rodziców, drugie trafiło do mnie po dziadkach. A stawki najmu wiecie sami – nie takie jak tu. Starcza mi na spokojne życie i różne przyjemności. Dzięki temu mogę wybierać pracę, nie martwiąc się o kasę. Właśnie dlatego przekwalifikowałaś się z lekarki na kasjerkę? To właściwie był sekret. Rytka obiecała nikomu nie mówić. Ale jeśli Świetka chciała zachować to w tajemnicy, powinna pilnować języka. Zwłaszcza nie wyzywać Rytki publicznie. Serio myślała, że jej to ujdzie na sucho? Jak tak, to naiwna nie jest Rytka. – Kasjerka, poważnie? – Przecież obiecałaś być cicho! – pisnęła oburzona Świetka. Porwała torebkę i wybiegła z restauracji, ledwo powstrzymując łzy. – Dobrze jej tak – skomentował Andrzej po chwili. – No właśnie, już nie do zniesienia. Kto ją w ogóle zaprosił? – dopytywała się Tania. – Ja wszystkich zbierałam – przeprosiła była przewodnicząca klasy, dziś organizatorka spotkań, Anka. – No pamiętam, że w szkole Świetka nie była sympatyczna, ale ludzie się przecież zmieniają. Teoretycznie. – Ale nie zawsze – wzruszyła ramionami Rytka. Towarzystwo wybuchło śmiechem. Potem zaczęły się pytania o pracę Rytki. To zresztą było zrozumiałe – mało kto zna branżę, o której mówiła, a wokół niej krążyło wiele mitów. Rytka wszystkie je rozwiewała, opowiadając o szczegółach kolegom ze szkoły. – Po co w ogóle ich leczyć, skoro to nie ma sensu? – spytał ktoś z klasy. – A kto powiedział, że nie ma? Jest u mnie pięciolatek. Przy porodzie doszło do niedotlenienia, stąd opóźnienie rozwoju. Ale prognoza jest dobra – zaczął mówić po trzecim roku życia, a teraz rodzice regularnie prowadzą go do logopedy i neurologa. Jest spora szansa, że pójdzie do normalnej szkoły, może nie będzie miał większych problemów później. A gdyby się nim nie zajmowano – historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. – Rozumiem. Czyli bez pogoni za kasą, wybrałaś zajęcie mające sens społeczny – podsumował Waldek. Potem rozmowa zeszła na tematy rodzin i życiorysów kolegów. Nagle Rytka poczuła, jakby ktoś ją obserwował. Najpierw uznała, że to paranoja, ale znów poczuła czyjś wzrok na plecach. Dyskretnie się rozejrzała, nikogo nie zauważyła. Wśród gości nie było nikogo, kto by zwrócił na nią uwagę. Spokojnie więc wróciła do rozmowy z dawną klasą i zupełnie zapomniała o chwilowym wrażeniu. Od spotkania minął tydzień. Rano, wychodząc do pracy, Rytka zauważyła, że jej samochód został „zablokowany”. Zadzwoniła na podany na samochodzie numer. Usłyszała stos przeprosin i zapewnienie, że już, już ktoś zejdzie i odsunie auto. – Przepraszam raz jeszcze – młody, uśmiechnięty mężczyzna sypał przeprosinami. – Załatwiałem sprawy, nigdzie się nie dało stanąć, więc tak wyszło. Jestem Maks. – Rytka – przedstawiła się. Było w nim coś sympatycznego. Wszystko – sposób bycia, ubranie, a nawet perfumy – sprawiły, że chętnie poszła z nim na randkę. Potem na kolejną. Po trzech miesiącach nie umiała sobie bez Maksa wyobrazić życia. Tym bardziej, że zarówno jego mama, jak i syn z pierwszego małżeństwa przyjęli ją jak swoją. Dziecko miało specjalne potrzeby, ale Rytka dzięki zawodowym umiejętnościom szybko znalazła z Igorem wspólny język. Pomogła też Maksowi zaprzyjaźnić się z synem, podsunęła mu parę nowych technik wychowawczych. Po roku zamieszkali razem – Rytka przeniosła się do Maksa i Igorka, swoje mieszkanie wynajęła przez warszawskie biuro nieruchomości. I tu zaczęły się pierwsze sygnały ostrzegawcze. Najpierw drobiazgi – „pomóż Igorkowi się ubrać”, „posiedź z nim chwilę, jak wyskoczę do sklepu”. Póki kontakty z Igorem były dobre, dało się to zaakceptować. Ale z czasem prośby stawały się coraz bardziej absorbujące. Rytka musiała poważnie porozmawiać z Maksem, że dziecko to jego odpowiedzialność. Jest gotowa pomagać w miarę możliwości, ale nie ma zamiaru brać na siebie większości obowiązków wobec Igora, bo po prostu nie jest jego matką, a pracą z dziećmi z problemami zajmuje się jeszcze w pracy. Maks niby zrozumiał, a tuż przed ślubem zaczęli z matką omawiać rehabilitację syna i wnuka. Tak rozmawiali, żeby Rytka zrozumiała, iż powinna się tym zająć po godzinach. – Stop, stop, kochani – przerwała szybko Rytka. – Maks, przecież umawialiśmy się, że to twój syn i twoja odpowiedzialność. Ja nie proszę cię, żebyś sprzątał u mojej mamy, robił remont czy rozwiązywał jej sprawy, prawda? Sama sobie radzę. – No ale wiesz, matka to co innego. A dziecko to dziecko – wtrąciła się przyszła teściowa. Czyli myślisz, że po ślubie też nie będziesz chciała zajmować się Igorkiem i uznamy to za normalne? – Po pierwsze, nie kręcę nosem na Igorka. Przypominam tylko, że po pracy pracuję tu drugi raz jako żona i gospodyni. Ale brać na siebie jeszcze rehabilitację Igora nie zamierzam. To syn Maksa – niech się nim zajmie. Mogę pomóc, ale rodzicielskiej odpowiedzialności na siebie nie biorę. – Jak to tak – nie zamierzasz? Czyli taka z ciebie hipokrytka? O swojej pracy koleżankom opowiadasz aż miło, a tu, kiedy realnie trzeba się dzieckiem zająć – nie można cię prosić! – Ale o co wam chodzi właściwie? – zdziwiła się Rytka. Przypomniała sobie nagle, że matka Maksa dorabia jako zmywaczka właśnie w tej restauracji, gdzie mieli spotkanie klasowe. Połączyła fakty. – Aha, czyli specjalnie to ustawiliście, żeby na mnie zrzucić chore dziecko? – Myślisz, że naprawdę marzyłem, żeby być z kimś takim jak ty? – nie wytrzymał Maks. – Gdyby nie Igor i twoja praca, nawet bym na ciebie nie spojrzał… – O, nie spojrzałbyś? To już nie musisz – Rytka zdjęła pierścionek i rzuciła go byłemu narzeczonemu. – Jeszcze pożałujesz – zagrozili jej Maks i jego mama. – Żaden normalny facet nie potrzebuje szarej myszki bez perspektyw i pieniędzy. – Mam dwa mieszkania w Warszawie, więc kasy mi nie brak – zgasiła ich Rytka. I ciesząc się z przerażonych min Maksa i teściowej, poszła się pakować. Za chwilę nastąpiła próba pogodzenia. Obietnice: będę sam zajmował się dzieckiem, już nigdy tak nie powiem, zmęczenie, przepraszam, kocham cię. Oczywiście, Rytka nie dała się nabrać – nie była naiwna. Pożegnała Maksa, śmiejąc się, że wypuścił szarą myszkę, i jakoś nie wygląda na to, by żałowała z tej pary właśnie ona. Z kolegami jeszcze pośmiali się z tej historii. A Rytka wciąż wierzy, że kiedyś spotka kogoś, kto pokocha ją za to, kim jest. Nie za kasę czy kompetencje, a za duszę. Na razie wystarczy jej ukochana praca, przyjaciele i być może kot – ten przynajmniej daje się wychować, w przeciwieństwie do niektórych facetów.