W wieku trzydziestu lat udało mi się kupić dwupokojowe mieszkanie w Warszawie. Mieszkam w nim sama i do tej pory nie znalazłam odpowiedniego męża. Wiecie, co według mnie jest powodem moich trudności w życiu osobistym? To właśnie to mieszkanie. Dzisiaj trudno kobiecie być jednocześnie niezależną i kobiecą. Podzieliłabym wszystkich swoich kandydatów na dwie grupy:
1. Masz własne mieszkanie? Super, przeprowadzam się, nie muszę się już niczym martwić. Taki mężczyzna nie chce się wysilać, jest gotowy zamieszkać w gotowym. To, że mam gdzie mieszkać, dla niego to ogromny atut chętnie założy ze mną rodzinę i będzie miał dzieci, o ile w jego życiu nic się nie zmieni. Nie zamierza budować kariery ani zarabiać więcej. Skoro już rozwiązałam kwestię mieszkania, to po co auto, po co ambicje w końcu jak już coś, moje wystarczy. Taki mężczyzna nie czuje potrzeby osiągnięcia czegokolwiek więcej.
Rozmawiając z takimi facetami, mam wrażenie, że bardziej pasują na moich synów niż na mężów. Takiego musiałabym karmić, rozpieszczać, utrzymywać, a potem jeszcze pilnować, by nie odszedł. Sama nie potrzebuję takiego szczęścia. Wolę mieć kota i czas na własne pasje.
2. Masz własne mieszkanie? Ja wolę zostać u rodziców albo jedźmy na wieś a najlepiej sprzedajmy twoje mieszkanie i kupmy coś razem. Ta ostatnia opcja jest szczególnie “ciekawa”. Przez lata oszczędzałam na mieszkanie, a tu miałabym je sprzedać i znowu latami spłacać kredyt. Może gdyby potencjalny mąż sam spłacał kredyt, miałoby to sens, ale nie przecież skoro mam dobry dochód, to ja płacę, a on pomaga, na ile może. A jeśli pójdę na urlop macierzyński? Gdy już spłacimy kredyt i łaskawie będę mogła mieć dziecko, to będę już po czterdziestce. Ważne, żeby mąż żył sobie spokojnie, bez problemów, byle mu głowy nie zawracać moimi sprawami.
Coraz częściej myślę, że łatwiej wziąć trzyletnie dziecko z domu dziecka niż znaleźć faceta, który nie bałby się założyć rodziny. Wychodzi na to, że nawet jeśli wyjdę za mąż, to i tak będę musiała radzić sobie sama, rozwiązywać swoje problemy i, pewnie, sama siebie kochać. Po co mi więc facet w takiej sytuacji?
Teraz jestem panią własnego mieszkania i własnego życia. Mam ładny remont, dużo miejsca dla siebie i swoich pasji. Czasem marzę o rodzinie, o kimś bliskim, ale rzeczywistość szybko rozbija te marzenia. Opowiem o czymś, co zdarzyło mi się niedawno.
Zakochałam się w facecie, z którym się znałam, a on wydawał się odwzajemnić moje uczucia. Oglądaliśmy film u mnie w mieszkaniu, zachciało nam się pizzy. Pomyślałam, że może przynajmniej tym się wykaże. Oczywiście, wywiązał się wyszedł po pizzę do windy, zapłacił kurierowi, tylko za pieniądze, które dostał ode mnie. Po tej randce nasza relacja i jakiekolwiek sympatie po prostu się skończyły.
Może sama jestem sobie winna. Przyjaciółki mówią, że nie powinnam była proponować, żeby zapłacił za pizzę. Ale byłam ciekawa, czy przyjmie ode mnie pieniądze, czy odmówi. Dla mnie to niewielka suma. Ale przecież nie w tym rzecz…



