«Jaki przystojny się zrobił. Gdyby tylko miał trochę więcej pieniędzy, pracował w prestiżowej firmie, może bym się w nim zakochała» – pomyślała Kinga.
– No więc, Marek, zostajesz za mnie. Jeśli będą problemy, dzwoń. Nie lecę na Marsa, będę dostępny – powiedział Jakub, wyciągając rękę do swojego zastępcy i przyjaciela.
– Rozumiem, nie martw się. A tak w ogóle, nie powiedziałeś, gdzie jedziesz na urlop. Na Malediwy czy do Turcji? – Marek uścisnął jego dłoń.
– Nie mówiłem? Do matki. Trzeba naprawić dach, poprawić płot. Kiedyś ojciec się tym zajmował, ale od kiedy odszedł, wszystko zaczęło się sypać. Nie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałem z wędką nad rzeką.
– Ja nigdy nawet nie byłem na rybach. Prawdziwy mieszczuch. Trochę ci zazdroszczę – westchnął Marek. – Jak wrócisz, opowiesz – krzyknął za odchodzącym Jakubem.
Ciesząc się, że już jutro rano będzie daleko od hałaśliwego i zakurzonego miasta, przytuli matkę i wciągnie świeże powietrze dzieciństwa, Jakub jechał do domu z uśmiechem.
Dorastał w małej wiosce. Matka była nauczycielką, ojciec pracował na budowie. Jacek często pomagał ojcu, umiał wszystko zrobić. Ojciec marzył, że syn pójdzie w jego ślady. Ale Jacka ciągnęło do maszyn, komputerów, nowych technologii. Uczył się łatwo. Kiedy skończył szkołę, oznajmił, że we wsi nie ma dla niego przyszłości, chce pojechać do Warszawy i osiągnąć więcej niż zostać budowlańcem, jak chciał ojciec.
– Jak to nie ma przyszłości? Wieś się rozwija, budowlańcy zawsze będą potrzebni. Chleba ci nie zabraknie. Chcesz, wybudujemy ci nowoczesny dom? Ożenisz się, dzieci będą miały gdzie biegać – przekonywał ojciec.
– Za wcześnie na myślenie o żonie. Najpierw muszę stanąć na nogi – odpychał te słowa Jakub.
Ojciec irytował się, kłócił. Matka cierpliwie go uspokajała i wspierała syna.
– Nie obcinaj mu skrzydeł. Niech spróbuje. Jest zdolny, jeszcze będziemy z niego dumni – przekonywała ojca.
Rodzice dali mu pieniądze na start i puścili syna podbijać stolicę. Jakub studiował i pracował na budowie. Z czasem osiągnął wszystko, o czym marzył.
W szkole zakochał się w Kingi, śmiesznej, zadziornej dziewczynie. Nie była orłem z nauki, marzyła o salonie fryzjerskim. Każde z nich miało swoje plany. Rozjechali się w różne strony, mając nadzieję, że kiedyś się spotkają.
Kiedy Jakub przyjeżdżał do domu na wakacje, okazywało się, że Kinga już wyjechała.
Mógł pójść do jej matki i poprosić o numer telefonu, adres, ale tego nie zrobił. Miłość mogła przeszkodzić w realizacji marzeń. A jeśli by się pobrali, przyszłyby dzieci, trzeba by zarabiać na chleb, a nie dążyć do celu. Nie, najpierw musiał osiągnąć wszystko – założyć firmę, kupić samochód, wybudować dom, a dopiero potem…
– Uważaj, żebyś czasu nie zmarnował. Kinga może na ciebie nie zaczekać – mawiał ojciec.
– Nie szkodzi, są inne dziewczyny – odpowiadał Jakub.
Ale inne go nie interesowały.
Teraz Jakub miał wszystko, lub prawie wszystko, o czym marzył. Elegancki dom w dobrej dzielnicy, drogi samochód, biznes przynoszący dochód. Mógł pomyśleć o żonie. Kobiety się pojawiały. Ale chciały domu, samochodu, pieniędzy. A on pragnął, by kochały go dla niego samego.
Przyjeżdżając do rodziców, w tajemnicy liczył, że spotka Kingę. Opowiadał im o sobie osobliwie i wymijająco. Żyli skromnie, bez luksusów, zarabiając uczciwą pracą. Tego samego oczekiwali od syna. Gdy zaczynał mówić o sukcesach, ojciec marszczył brwi, a matka przestraszona mrugała oczami. Czy można uczciwą pracą zdobyć mieszkanie w Warszawie, wybudować dom?
– Łamiesz prawo? Czy tego cię uczyliśmy? Lepiej byś pracował na budowie, niż żebyśmy się za ciebie wstydzili – burczał ojciec.
Dlatego Jakub przyjeżdżał do nich używanym, skromnym samochodem, który pożyczał od znajomych w zamian za swoją „Audi”. Albo pociągiem. Mówił, że pracuje jako inżynier. Ojciec kiwał z aprobatą i był dumny z syna-warszawiaka.
Tym razem też nie zmienił swojego zwyczaju, choć ojciec odszedł trzy lata temu. Zostawił „Audi” w garażu, wziął bilet na pociąg i ubrał się zwyczajnie.
Dostał miejsce na dole, a górne miała zająć starsza pani. Jakub bez wahania się zamienił. Babcia dziękowała mu przez całą podróż.
Leżąc na górnej półce, Jakub patrzył przez okno. Mijały lasy, pola, rzeki. A on wspominał, jak lata temu pierwszy raz jechał do Warszawy. Pod stukot kół myśli płyną lekko.
Wieś wydała mu się mała i bajecznie piękna. Powietrze świeże, drzewa soczyście zielone, w przeciwieństwie do przykurzonej miejskiej roślinności. W ogródkach kwitły kwiaty, ciesząc oczy.
Jakub wszedł na podwórko rodzinnego domu. Matka go zobaczyła, załamała ręce, w oczach pojawiły się łzy.
– Synku, jaka radość. A ja cię nie oczekiwałam. Na długo? – spojrzała na niego uważnie.
– Dopóki mnie nie wygonisz – przytulił ją.
Matka codziennie piekła ciasta, chcąc jak najlepiej nakarmić jedynego syna. Jadł, a potem łaził po dachu, stawiał nowy płot, naprawiał i malował okiennice.
– Odpocznij, synku. Przyjechałeś na urlop, a cały czas pracujesz – martwiła się matka.
– Właśnie skończyłem. A ty gdzie idziesz? – spytał Jakub, widząc odświętną sukienkę i dużą torbę w rękach matki.
Ona nie wychodziła z domu bez starannego ubrania.
– Muszę do sklepu – odparła.
– Ja pojadę rowerem. Co trzeba kupić? – zaproponował Jakub.
Matka podała mu listę zakupów.
– Tak pójdziesz? – załamała ręce.
– No, a co? – Jakub uważał, że jak na wieś jest ubrany więcej niż przyzwoicie: znoszone dżinsy, koszula z podwiniętymi rękawami, odsłaniającymi mocne, opalone ręce.
Buty… Buty były markowe, drogie. Nic na to nie poradził, Jakub lubił wygodne”Ale gdy stał przed lustrem tej nocy, wiedział już, że nie szuka bogatego życia ani luksusów, lecz prostego szczęścia, które zostawił tam, w małej wiosce, gdzie na niego czekała.”



