Ustatkować męża. Opowieść
Dziękuję za wsparcie, wszystkie polubienia, zaangażowanie i komentarze pod opowieściami, za subskrypcję oraz OGROMNE dzięki za wszystkie datki ode mnie i od moich pięciu kotów.
Proszę, udostępniajcie ulubione opowieści znajomym w mediach społecznościowych autorowi to także sprawia radość!
Po szpitalu Beatę ogarnęła lekka poprawa i postanowiła wrócić rano do swoich codziennych zajęć.
Jednak gdy się obudziła, poczuła wewnętrzny bunt, tak niespodziewany, że aż się zdziwiła.
Jej mąż, Stefan, już od dawna rozgrzewał stawy.
Zawsze miał sportową żyłkę i nawet na emeryturze nie zrezygnował z rutyny. Każdy ranek zaczynał od zestawu ćwiczeń na ból stawów.
Beata najczęściej biegła do kotki Hanki, żeby posprzątać jej kuwetę.
Potem karmiła swoją ulubienicę Hankę i wiernego pieska Reksia, a także zbierała ślady nocnych wypraw futrzaków w przedpokoju i kuchni. Spieszyła się też, żeby szybko wyprowadzić Reksia na spacer.
W południe i wieczorem wychodzili na dłuższe spacery już razem, ciesząc się spokojem parkowych alejek w Krakowie. Ale rano, kiedy Stefan ćwiczył, na Beatę spadało mnóstwo obowiązków.
Z tego spaceru wracała pędem, by przygotować ich prosty, tradycyjny śniadaniowy posiłek. Był to twaróg z miodem i owocami lub serniczki, czasem omlet, jajecznica albo jajka na miękko.
Beata traktowała poranne krzątanie się jak swoją gimnastykę, ale lekarze w szpitalu, kiedy usłyszeli o jej trybie życia, stanowczo zalecili prawdziwe ćwiczenia żadne domowe krzątanie nie mogło ich zastąpić.
Stefan, gdy kończył swoją gimnastykę, zbierał pościel, często zrzędząc, że to nie jest robota dla faceta i że wszystkie domowe sprawy zawsze spadają na niego. Co drugi dzień prał zgromadzone ubrania w pralce, odkurzał podłogi, nieraz złośliwie podkreślając, jak to Beacie znów nic nie wyszło porządnie.
Po śniadaniu zmywał naczynia z przekonaniem, że w ten sposób maksymalnie pomaga żonie.
Później Beata gotowała obiad, a potem siadała do komputera.
Na emeryturze dorabiała sobie nieco, nie chcąc oglądać każdej złotówki.
Stefan uważał jej zajęcia za śmieszne, a pragnienie kupowania nowych rzeczy za niepotrzebne marnotrawstwo pieniędzy. Przecież szafy mieli pełne ubrania!
Beata zwykle mu ustępowała, nie sprzeciwiała się. Nie była wielką miłośniczką nowych ciuchów; zresztą Stefan zachwycał się nieraz tym, jak dobrze przy niej wygląda na tle znajomych. Nie protestowała, nawet kiedy kupował trzecią wkrętarkę czy kolejne sprzęty, wydając na nie właśnie te swoje śmieszne jej zarobki.
Ale jej niespodziewana choroba nagle wszystko zmieniła, aż sama się tego przestraszyła…
Trafiła do szpitala karetką, gdy zemdlała na ulicy w drodze do sklepu.
Lekarze, patrząc na szybki wynik badań, nie wierzyli, że jeszcze sama chodziła wyniki były fatalne.
Nawet Stefan się wystraszył, widząc ją bladą, pod kroplówką, gdy pozwolono mu do niej zajrzeć. Ledwie sam radził sobie wtedy w domu, nie mogąc uwierzyć, ile jest rzeczy do zrobienia.
I czekał niecierpliwie, aż jego ukochana wróci, bo przecież szczerze Beatę kochał i bardzo o nią się martwił.
Pierwsze kilka dni leżała dużo, jak zalecali lekarze. Stefan się nią opiekował, co chwilę dopytując:
No co, Beata, już ci lepiej? Jeszcze nie? Ale nie wyglądasz już tak blado jak wtedy!
I żartował:
Nie leż tyle, bo zapomnisz, jak się chodzi, od leżenia też nic dobrego. Czas wracać do codziennego trybu…
Z większością jego słów Beata się zgadzała, ale wewnętrznie czuła już co innego. Dziś rano, zamiast rozpędzić się tradycyjnie po kuchni, nie odczuła tej starej pilności.
Spojrzała na Stefana, który skoncentrowany znów rozciągał stawy, wyglądając, jakby czekał, aż i ona zabierze się za swoje.
I pierwszy raz od lat nie widziała w nim troskliwego męża, ale kogoś, kto nawet nieświadomie znów chce zrzucić na nią cały ciężar.
Poczuła wewnętrzny bunt.
Przypomniały jej się słowa lekarki, które zaniepokojonym tonem powtarzały się w jej głowie niczym dzwon.
Wy o sobie nie myślicie, a męża do tego przyzwyczaiłyście.
Jemu się wydaje, że wszystko przychodzi pani lekko i że pani się nie męczy.
Zawsze z uśmiechem pani działa, bez skarg?
Ale przecież trafiła pani do szpitala z anemią, wyniki trzy razy poniżej normy czy wy chcecie żyć?
W szpitalu natychmiast założono jej kroplówkę, potem pięć razy przetaczano krew, aż badania wróciły do normy.
Po raz pierwszy przeszła transfuzję. Patrząc na przejrzystą rurkę prowadzącą do żyły, myślała:
Jak to możliwe, dostałam krew aż od pięciu obcych ludzi. Uratowali mi życie. Czy może w środku coś się przez to we mnie zmieniło?
I wyglądało na to, że te myśli nie były przypadkowe.
Po powrocie do domu Beata ze zdumieniem odkryła, że nie zamierza już ślepo zadowalać męża.
Tak, kochała Stefana, on ją też. Był może czasem zgryźliwy, ale robił więcej w domu niż niejeden sąsiad. Tylko że z reguły swoje sprawy uważał za ważniejsze, jej za mniej istotne.
Dotąd Beata godziła się z tym pobłażliwie była z natury łagodna. Lecz teraz odczuła w sobie zmianę.
Nagle zapragnęła zadbać o siebie i dawne zainteresowania: na przykład znów pograć na pianinie, które stało i zbierało kurz, czy robić coś, czego jeszcze nie potrafiła nazwać.
Wstała i, zamyślona, zaczęła ćwiczyć razem ze Stefanem. Mąż nie wytrzymał i zaskoczony zapytał:
Co ci tam w tym szpitalu zrobili, że chcesz się sobą zająć na stare lata, Beata? Przecież wyglądasz świetnie, lepiej weź się za karmienie Hanki i Reksia, a potem śniadanie zrób głodny jestem.
Lekarz mi kazał odparła Beata głosem twardym, jakiego Stefan od niej nie znał Powiedziała, że inaczej długo nie pożyję. Chcesz mojej śmierci?
Mąż aż zaniemówił z wrażenia na jej szczerość. Chyba pomyślał, że to przejdzie jej po kilku dniach, akurat przez pobyt w szpitalu takie wymysły Ale nawet nie zaczął narzekać, kiedy Beata zarządziła po ćwiczeniach:
Ja teraz karmię Hankę i Reksia, a ty idziesz z psem na spacer! Ja w tym czasie zrobię śniadanie będzie szybciej…
Zdziwiło ją, z jaką łatwością Stefan się zgodził. Sama czuła chaos w duszy.
Jakby naraz w niej zamieszkała nowa siła a raczej pięć nowych sił, które podpowiadały, że ma prawo wyrzucić stare ubrania i kupić sobie nowe, bo przecież sama na nie zarobiła.
Mówiły, że musi ćwiczyć, zadbać o zdrowie, nawet muzykę w życie wprowadzić znowu.
Pięć wyraźnych nowych decyzji i z przerażeniem poczuła…
Rzeczywiście, pięć razy miała transfuzję, od pięciu ludzi. Siła i odwaga do zmian przyszły prosto od nich!
Czy to nie tak, jak mówią: po przeszczepie serca można przejąć od dawcy niektóre cechy, talenty, upodobania lub nawet wspomnienia?
Przecież nieraz po ciężkich operacjach ludzie nagle odkrywali w sobie nieznane wcześniej uzdolnienia?
Teraz, patrząc Stefanowi prosto w oczy, już nie była cichą, wycofaną Beatą. Pojawiła się pewność siebie nie tylko od lekarza, ale też od tego tajemnego, wewnętrznego zastrzyku energii.
Widziała, jak mąż usiłuje zrozumieć, co się dzieje, jak jego świat, w którym Beata zawsze była cicha, uległa i wygodna, zaczyna się rozpadać.
Wiesz, Stefanie mówiła już bez dawnego strachu, Chyba zrozumiałam, czemu zawsze myślałeś, że nic nie robię. Po prostu nie widziałeś. Nie widziałeś, jak się staram, jak się męczę, jak dbam o ciebie, żebyś miał dobrze.
Ale teraz, myślę, zobaczysz wszystko. Nie zdziw się więc, ale wyrzucę stare sukienki i płaszcze i kupię sobie nowe. A do tego znów zacznę grać na pianinie. Śmiałeś się, że po tylu latach umiem tylko Marsz kotów i Mazurka Dąbrowskiego? To posłuchaj…
Otworzyła klapę pianina, położyła dłonie na klawiszach i niespodziewanie dla siebie samej zagrała coś pięknego, nostalgicznego, dawno zapomnianego, a jednak bliskiego.
Stefan patrzył na nią z zachwytem szeroko otwartymi oczami i szeptał do niej:
Beatko, jak ty to robisz, przecież nigdy tak nie grałaś! Jakaś ty inna!
Na jego twarzy malowało się zdziwienie, może i lekki niepokój.
Przywykł do jednej Beaty, a przed nim stała inna. Silniejsza, zdecydowana. Ta zmiana była dla niego czymś niewytłumaczalnym i trochę przerażającym.
Beata się uśmiechnęła.
To już nie był tamten przepraszający, niepewny uśmiech lecz szczery, niosący radość i oczekiwanie. Czuła w sobie żar, podsycany pięcioma nowymi iskrą życia. Ten żar obiecywał nie tylko przetrwanie, ale prawdziwe życie.
Życie pełnią z miejscem i dla siebie, i dla swoich pragnień. I być może dla nowej, dojrzalszej miłości do Stefana, opartej na wzajemnym szacunku, a nie na poświęcaniu siebie przez nią.
Beata nie wiedziała, kim byli tamci ludzie, ci pięciu dawcy, ale czuła, że byli silni i utalentowani.
Ocalili jej życie i wnieśli do niego nową jakość, prawdziwe szczęście…
Stefan patrzył teraz na swoją Beatę z podziwem.
Mówi się, że nie trzeba pytać, dlaczego przydarzają się choroby albo inne trudności.
Ważniejsze jest znaleźć ich sens może właśnie po to są, by jeszcze raz docenić, jak cudowne jest życie.
Cudowna jest i wiosna, i zima, i chlapa, i mróz. Każdy dzień niesie coś dobrego, każde niebo, pierwszy i ostatni promień słońca.
Szczęśliwe są uśmiechy bliskich i ich wsparcie, a nawet ich słabostki, bo wszyscy przecież jesteśmy tylko ludźmi…
A jeśli kochający mąż zaczyna zrzędzić i narzekać, trzeba go czasem ustatkować wtedy może przypomni sobie, że jest prawdziwym mężczyzną…
Póki możemy, żyjmy pełnią, doceniajmy to, co mamy inaczej nie warto…



