Cześć, słuchaj co się u nas wydarzyło. Nikt w wiosce nie mógł pojąć, dlaczego Jadwidze tak fatalnie idzie w życiu osobistym. Dziewczyna zasadna, wszystko przy niej, mądra, przystojna. Robotę ma dobrą – weterynarzem przy dużym gospodarstwie rolnym. Pewno chodzi o to, że Jadzia nie jest stąd. I co tu ukrywać, różniła się od miejscowych kobiet.
– Gdyby Jadzia tylko swą koronę odrobinę przesunęła, popatrz, i chłop się w chacie pojawiłby. Jasne, dobrych to ze świecą szukać, ale zawsze męski duch – zaczęła Kunegunda, rozkręcając plotę między babami siedzącymi wieczorem na polanie. Zawsze pierwsza zaczynała rozprawiać o zaletach i wadach mieszkańców. We wsi każdą nowinę znała jeszcze zanim się wydarzyła.
Ale zawsze miała oponenta – Bronisławę. Przyjaźniły się od młodości i tyle samo czasu się sprzeczały. Jeśli Bronisława mówiła białe, Kunegunda na piachu dowodziła, że czarne.
Wszystkie baby od razu zwróciły się ku Bronisławie, czekając na kolejny odcinek komedii. Nie kazała długo czekać.
– To co za nowiny takie? Żeby w chałupie śmierdziało zbutniałymi skarpetami, to musiałabyś przez siebie przestąpić. Nie, baby, posłuchajcie jej! I niczego od chłopa nie trzeba, niech tylko smród po izbie roznosi, a kobieta ma harować. Tfu, lepiej już z koroną chodzić!
Kunegunda nawet poczerwieniała.
– Co ty wygadujesz, wygadujesz, nie rozumiejąc? Kobiecie przystoi żyć z mężczyzną! Żeby chłop w domu był!
– Nie, ty mi wytłumacz, po co? Sama mówisz, chłopy same marne zostały! Po co on potrzebny? Żeby go pielęgnować?
Kunegunda nie wytrzymała, wstała.
– O, głupia baba! Dziecko urodzić trzeba?
– To ty głupia baba! Dziecko urodzić, a potem przez życie tak zwanego chłopa na sobie wozić! Nie łatwiej do miasta pojechać, znaleźć porządnego, przystojnego, i zrobić sobie tego malca? I nie karmić całe życie darmozjada-opoja, tylko żyć dla przyjemności?
Baby westchnęły. Najgorętsze spory wybuchały między kumoszkami właśnie o moralność. Raz tak się poróżniły, że miesiąc nie rozmawiały. Nawet na polankę nie wychodziły. Babom wtedy okropnie nudno było. A chodziło o to, że Kunegunda miała jednego męża, którego pochowała już ze dwadzieścia lat temu, a Bronisława trzech, a teraz zahaczał do niej Wacek-zdun, proponując połączenie gospodarstw. Bronisławie koło siedemdziesiątki, byłemu zdunowi pewno osiemdziesiąt, i nic.
Więc opinie kumoszek w tej sprawie zawsze się kłuły.
I teraz też skończyłoby się ogromną awanturą, gdyby nie zjawił się przedmiot dyskusji.
– Dzień dobry, dziewczyny!
Jadwiga zatrzymała się i patrzyła na staruszki z uśmiechem.
– Witaj, Jadziu! Że też z miasta?
– Z miasta, Bronisławo. A właśnie przywiozłam krople na pchły, więc mówcie, kto ma koty drapiące się, wpadnę, zakroplę.
– Oj, Jadziu, kotom pchły przystoją!
– Co też mówicie, Kunegundo. Teraz takie kropelki – raz zakroplisz, pół roku możesz swojego włochacza z łóżka nie przeganiać.
Tu znów odezwała się Bronisława. Spojrzawszy z pogardą na kumoszkę, rzekła:
– Jadziu, dziękuję, do mnie wpadnij. Ja, w przeciwieństwie do różnych zacofanych ludzi, żyjących w przeszłym wieku, rozumiem, jak to dobrze. A na takich nie zważaj, nie dziwiłabym się, gdyby się w bani myli popiołem.
I Bronisława zatrzęsła się od śmiechu. A Kunegunda aż poczerwieniała z wściekłości.
Jadwiga się uśmiechała. Przez sześć lat życia na wsi przywykła, że życia osobistego tu nie ma i być nie może, jest tylko publiczne. Z początku się przejmowała, obrażała, ale pojęła – to całkiem normalne. Martwić się trzeba, gdy nic o tobie nie mówią – znaczy, że ciebie jak osoby nie ma, pustka.
***
Jadwiga przyjechała tu głosem serca. Całkiem miejska dziewczyna, jakoś od dzieciństwa miała marzenie żyć na wsi, leczyć konie, krowy i wszelką zwierzynę. Zawsze mówiła, że zwierzęta to najbardziej oddane i dobre stworzenia. Po prostu nie mogą powiedzieć, gdzie je boli.
Gdy ujrzała ogłoszenie, że potrzeba weterynarza do nowego gospodarstwa rolnego, jeszcze z domem do użytku, nie myślała nawet sekundy. Zaraz zadzwoniła, przyjechała i została. Dom doprowadziła do porządku w dwa miesiące. Trzeba było, prawda, pożyczyć trochę od rodziców, lecz szybko się wywiązała – z pensją nie oszukiwali.
Kilka razy rodzice ją odwiedzili, mówili, że wszystko pięknie, a potem namawiali na powrót.
– Jadziu, co tu dobrego? Wiocha przecież. Zerowych rozrywek, zera kultury. Nic, nawet latarnia nocą jedna świeci – martwiła się mama.
Tata też patrzył niezadowolony. Choć gdyby mama powiedziała, że wszystko super, pewnie też by ją poparł.
Jadwiga się tylko śmiała.
– Poczekajcie! Jes
Hej, wiesz co? Jadwiga patrzyła na zachodzące słońce, przytulając Świnkusia i wiedziała, że prawdziwe szczęście już mieszka pod jej strzechą, a babcinym plotkom tego nie odbierze.



