– Jak ja teraz bez ciebie? Co mam robić? Po co mam dalej żyć? – Po jego policzkach spływały łzy, a w…

Jak ja teraz bez ciebie? Co mam robić? Po co mam dalej żyć? Po policzkach Zbigniewa płyną łzy, a w duszy czuje tylko pustkę. Tam, gdzie jego serce, teraz czarna dziura.

Zbigniew zakochał się w Ludmile jeszcze w szkole. Była drobna, delikatna, z burzą rudych piegów na nosie. Taką właśnie zobaczył ją po raz pierwszy, gdy był w szóstej klasie, i już wtedy zakochał się w niej po uszy.

Ludmiła była młodsza od niego o trzy lata, zawsze uczyła się świetnie, była najlepszą uczennicą, niezwykle skromna i cicha.

Zbigniew, z każdym rokiem, coraz bardziej przywiązywał się do niej sercem. Zerkał na nią podczas przerw, gdy z koleżankami skakała na gumie na szkolnym boisku. Lekka, jak kolorowy motyl. Marzył, że kiedyś na pewno się z nią ożeni.

Kiedy wrócił z wojska, tego samego dnia poszedł do domu Ludmiły z bukietem kwiatów poprosić ją o rękę.

Ojciec Ludmiły był człowiekiem stanowczym i poważnym. Zbigniewa zaprosił na dłuższą rozmowę do osobnego pokoju. Potem, z uśmiechem na ustach, podał mu rękę swojej córki.

Wesele było huczne i bardzo radosne. Przyjechali nawet najdalsi krewni. Młodym składano życzenia przez trzy dni. Oczy Ludmiły błyszczały ze szczęścia, a Zbigniew był dumny, że otrzymał najlepszą pannę młodą w całej wsi.

Po dwóch latach, z pomocą rodziców, Zbigniew wybudował dom. Ludmiła fruwała ze szczęścia trzy miesiące przed narodzinami pierwszego dziecka mogli wprowadzić się do własnego domu.

Przyszła na świat dziewczynka, której dali na imię Bożenka, po babci Ludmiły. Dziewczynka była zdrowa i silna, ale dla Ludmiły poród okazał się ogromnym wyzwaniem.

Przez rok po narodzinach córki Ludmiła chodziła blada, wyczerpana. Zbigniew woził ją po lekarzach, lecz oni bezradnie rozkładali ręce i powtarzali to samo: potrzeba czasu, by organizm się zregenerował.

Gdy córeczka miała półtora roku, Ludmiła dowiedziała się, że znów jest w ciąży. Lekarze doradzali usunięcie ciąży jej organizm wciąż był słaby, mogła nie donosić, a nawet jeśli, dziecko mogło nie przeżyć.

Zbigniew prosił Ludmiłę razem z lekarzami, ale ona była nieugięta.

Nie pozbędę się własnego dziecka! Ono niczemu nie zawiniło, że chce przyjść na świat. Będzie, jak Bóg zechce! mówiła Ludmiła.

Ostatni miesiąc był szczególnie trudny i Ludmiła leżała w szpitalu. W domu tęskniła za nią mała córeczka, a Zbigniew nie mógł sobie znaleźć miejsca z niepokoju.

Czuł nadciągające nieszczęście. I niestety, miał rację. Ludmiła nie przeżyła porodu, jej serce nagle się zatrzymało. Ale na świat zdążyły przyjść dwie cudowne dziewczynki bliźniaczki.

Zbigniewa ogarniał bezkresny żal. Na cmentarzu patrzył na czarną mogiłę, pustym, nieobecnym wzrokiem.

Przed oczami przesuwało mu się całe jego życie z Ludmiłą, ich szczęśliwe dni, jej uśmiech. Słyszał w uszach jej radosny śmiech. Zbigniew upadł na kolana i zawył z rozpaczy.

Jak ja mam teraz żyć? Co mam robić bez ciebie? Po co mam dalej żyć? Łzy płynęły mu po policzkach, a w duszy zieje pustka, czarna dziura zamiast serca.

Po pogrzebie sięgnął po alkohol. Pił długo i mocno, by nie musieć wspominać jej głosu i śmiechu.

Rodzice Ludmiły zabrali dziewczynki do siebie. Uważali, że Zbigniew nie podoła żałobie i nie będzie w stanie być dla nich dobrym ojcem.

W czterdziestą noc po śmierci Ludmiły, znowu pił na umór i zasnął na ganku. Przyśniła mu się Ludmiła weszła do domu w białej sukience, włosy rozpuszczone, miękkie, rude loki lśniły w porannym słońcu.

Podeszła do niego, pogłaskała po głowie, jak dawniej mówiła czułym głosem:

Zbyszku, kochany, co ty wyprawiasz? Nie wstyd ci? Przymrużyła swoje zielone oczy i pogroziła mu palcem.

Twoje córki ledwo cię poznają, tęsknią za tobą. Tak samo cię potrzebują, jak ty mnie potrzebowałeś. Jeśli mnie kochasz, nie zostawiaj naszych dziewczynek! Kochaj je tak mocno, jak kiedyś kochałeś mnie.

Zbigniew obudził się z uczuciem trzeźwości, słońce wpadało przez okno i ogrzewało mu policzek.

Gdy tylko świt zagościł, Zbigniew wrócił do domu rodziców Ludmiły, ogolony, elegancki. Tak poważny, że aż wydawało się, iż postarzał się o pół wieku.

W milczeniu ucałował rękę teściowej, męża Ludmiły mocno uściskał, dziewczynki zabrał i wrócił z nimi do domu.

Od tej pory żyli razem we czwórkę. Zbigniew starał się być dla nich i ojcem, i matką. Nauczył się gotować obiady, prać oraz cerować ubrania.

A jak plotł warkocze lepiej niż niejeden fryzjer. W szkole dziewczynki zawsze były chwalone, uczyły się dobrze, były grzeczne i troskliwe.

A jeśli ktoś zrobił im krzywdę, Zbigniew rzucał się na pomoc jak sokół.

Sąsiedzi często pytali Zbigniewa:

Czemu nie ożenisz się drugi raz? Toż jesteś jeszcze młody, przystojny, zdrowy. Popatrz, ile dziewcząt w wiosce na Ciebie zerka!

A on odpowiadał z uśmiechem:

Ja już jestem żonaty.

Popatrzcie, mam w domu już trzy panny, a miałbym przyprowadzić jeszcze jedną? Czterech naraz nie utrzymam…

Tak, żartami, niewyspanymi nocami, niedojedzoną kromką chleba i ciężką pracą wychował Zbigniew swoje piękne córki.

A kiedy dziewczynki były już w starszych klasach, sąsiadka zaczęła coraz częściej wpadać do Zbigniewa w odwiedziny raz suszone grzyby przyniosła, raz śledzia po wiejsku. Próbowała go sobie zjednać.

Widział że nie odpuści, ale nie chciał jej urazić. W końcu zaprosił ją na kolację i zapytał:

Którą z moich córek lubisz najbardziej?

A ona na to:

Córki Twoje mi niepotrzebne! Zaraz przecież dorosną i pójdą w świat. A Ty? Chcesz całe życie być samotny? Ja Ciebie kocham, nie Twoje córki!

Zbigniew spojrzał na nią i podał jej swoje zdjęcie:

Weź mój portret i kochaj mnie w domu, byle ode mnie już dałaś spokój.

Poszła sąsiadka do siebie zawiedziona, z portretem pod pachą.

Córki dorosły, zdały na uniwersytet, ale ojca nigdy nie zapomniały. W każdy weekend i święto przyjeżdżały całą trójką, pomagały w gospodarstwie i ogrodzie.

A potem Zbigniew wydawał swoje córki za mąż. Z każdym narzeczonym rozmawiał tak, jak kiedyś jego teść z nim rozmawiał: chciał dla swoich trzech księżniczek tylko szczęścia.

I tak dziewczyny już dorosłe, każda ma rodzinę, dzieci, swoje sprawy. Ale swojego ojca żadna nie zapomina!

Na każde święta i wolne dni zjeżdżają się całą rodziną do ojca na wieś. Zbigniewa otacza miłość córek, wnuków i prawnuka.

Gdy Zbigniew obchodził osiemdziesiąte pierwsze urodziny, przyśnił mu się znów sen: stoi na polu, młody, przystojny, z szerokimi ramionami, bujne czarne włosy. A naprzeciw biegnie do niego jego Ludmiłka.

W białej sukience, boso, w jej włosach promienie słońca połyskują, przeplatają się kolorami.

Wyciągnął ramiona szeroko, a serce biło mu mocno i drżało jak nigdy. Spotkali się, objęli, Ludmiłka spojrzała mu w oczy i szepnęła:

Zbyszku, kochany, jaki z Ciebie wspaniały człowiek! Dziewczynkom dałeś takie szczęśliwe życie. Widziałam wszystko, codziennie się za ciebie modliłam. Ujęła go za dłoń. Chodź. Teraz będziemy razem, na zawsze.

Wzięli się za ręce i poszli razem przez zieloną łąkę.

Po Zbigniewa przyjechała cała rodzina, by go wspomnieć. Córkom ciężko było żegnać ojca, ale każda z nich wiedziała, że jest teraz blisko tej, którą kochał przez całe życie.

To historia z prawdziwego życia los wspaniałego człowieka, ojca przez duże O! Historię tę opowiedziała mi moja babcia wszyscy we wsi dobrze go znali. Tak już bywa, że niektórzy mężczyźni wybierają życie trudów i poświęceń dla ukochanych córek. Wieczna mu pamięć!

Podzielcie się w komentarzach, co o tym myślicie. Kliknijcie lubię to i obserwujcie stronę, by czytać kolejne historie.

Rate article
Fajna Tajna
– Jak ja teraz bez ciebie? Co mam robić? Po co mam dalej żyć? – Po jego policzkach spływały łzy, a w…