Julek, nie licz srok!
Już od kilku dni Julek odmawiał jedzenia, które przynosiła mu Jagoda:
No co Ty, kochany, to te same kotlety, które kupował Ci pan Marian. Na razie go nie będzie Nie czekaj Jagoda rozłożyła ręce i spojrzała w dal, jakby widziała przez mgłę coś, czego nie było.
Przedziwny obraz Na wydłużonym, żółtym przystanku autobusowym cała gromadka pracowników fabryki tłoczyła się w jednym rogu, jakby lgnęli do siebie z obawy przed czymś niespodziewanym.
Druga część przystanku była pusta, jeśli nie liczyć rudego, pokudłatego psa, który wylegiwał się leniwie przed ławką i wyglądał, jakby zaraz miał zacząć mówić ludzkim głosem.
Julkowi mijał właśnie czwarty rok życia, a świat znał tak dobrze, jak swoje cztery łapy. Wszystkie dnie spędzał właśnie na tym przystanku autobusowym przy akademiku pracowniczym. Za akademikiem huczała fabryka, a dalej rozciągało się puste pole. Nic specjalnego Julek znał te tereny na pamięć, był tam nie raz, nie dwa, czasem nawet w snach śniło mu się, że biegnie przez to pole w nieskończoność.
Jak został Julkiem? Sam już nie pamiętał. Tak zaczęły na niego wołać młode dziewczyny z akademika. Z litości dla jego psiego losu dokarmiały go ukradkiem i szeptały do siebie, że mało kto rozumie tego psa. Reszta ludzi wolała trzymać się od Julka z daleka.
Nie patrzył na człowieka smutnym wzrokiem, nie machał przyjaźnie ogonem, nie domagał się głaskania On był inny.
W tych swoich trzech pełnych latach miał w sobie coś ze zgrzybiałego dziadka wiecznie niezadowolony, warczący pod nosem na wszystkich i wszystko.
Nie lubił Julka ludzi, nie chciał nawet patrzeć na sroki, z obrzydzeniem przyglądał się wróblom, które pluskały się w kałużach.
O, nie, szczenięce marzenia o tym, że każdy człowiek chce psa pogłaskać czy przygarnąć, dawno się skończyły. Przeminęły jak mgła nad Wisłą.
Ludzie! Co dobrego powiedzieć o ludziach? O większości z nich? Przecież nic! Te dwie dziewczyny dokarmiające Julka, ich tylko łaskawie nie wliczał do reszty.
Dźwięki wydawane przez ludzi i przez sroki były według Julka jednakowo wstrętne. Na przystanku wystarczyła iskra już się kłócą, przepychają, poganiają psa, by zszedł z drogi.
Jak ich tu lubić? Nawet nie warto pytania zadawać
Z srokami inny problem te zuchwałe ptaszyska kradły Juliowi resztki, które przynosili mu mieszkańcy akademika.
Gonił więc Julek skrzydlatych złodziei. Uciekały, zlatywały się na powrót, jakby ustalały strategię. Nie chciały oddać pola bez walki.
Tak mijały dni. Awantura z srokami, liczenie ptaków, szczekanie na dwunożnych Gdzieś z tyłu wciąż marzył mu się świat, gdzie ludzie mają mniej słów, a ptaki mniej krzyku.
Na tym żółtym przystanku nie było najgorzej. Nie pałac co prawda, ale wiatr i deszcz nie doskwierały aż tak bardzo, a w upały można się było schować w cieniu. Tylko ludzi zawsze za dużo
Patrzcie się, pan pies rozłożył się jak hrabia! Przejść do ławki nie można! Ktoś w skórzanym bucie warknął i przerwał psu drzemkę.
Julek otworzył jedno oko. But próbował minąć jego łapy, ale on pan tego kąta świata miał własne zasady:
Chcesz walczyć? Poczekaj, zaraz ci pokażę!
Julek zerwał się, gotów do ataku. But dzielnie stawał do walki, ale wtedy nadjechał autobus.
Julek najbardziej nie znosił tych chwil, gdy ludzie wskakiwali w swoje pojazdy i uciekali, zostawiając go tu, na przystanku. Wielu jego wrogów tak właśnie umknęło schowali się w autobusowych snach i uciekli.
But został sam, porzucony, leżał jak zionący tęsknotą relikt walki.
Dobrze ci tak! zamruczał w środku Julek, z satysfakcją obracając zdobycz pyskiem, gryząc, dopóki zadowolony nie schował buta za śmietnikiem.
Klaudia, odejdź od tego nienormalnego psa! jasnowłosa kobieta ściągnęła przyjaciółkę dalej.
Wściekły pies, nie ma na niego żadnej siły, przytaknął mężczyzna z papierosem.
Niedopałek śmignął, o włos mijając Julka. Pies znowu wpadł w amok szczekania. Mężczyzna tylko burknął coś pod nosem i przeszedł na drugi koniec przystanku
*****
Następnego dnia Julek znów zobaczył właściciela buta. Był z nim jeszcze jeden człowiek.
O! palec Buta agresywnie wskazał Julka, stojąc co najmniej trzy metry od psa. To ta agresywna psina! Zróbcie z nim coś!
Co niby?! Tamten rozłożył ręce w typowym polskim geście bezradności. Nie jesteście pierwsi, ale w Nowej Hucie nie ma żadnej straży dla zwierząt.
But przestał grozić palcem i zaczął wymachiwać rękami, paplając jak sroka. Julek słuchał wszystkiego z ciekawością, przymykając powieki.
W końcu i drugi mężczyzna wpadł w złość. Julek patrzył na całą scenę jak na wyjątkowo zabawny teatr.
Pan jest przecież ochroniarzem! But aż zadrżał w słowach.
Julek nie zaszczekał nawet odrobinę. Ot, ludzie warczą na siebie. Spektakl stokroć lepszy niż walka sroki z wróblami o kawałek blachy.
Właściciel buta miał nawet wrażenie, że psia mordka przemyka uśmiech triumfu. Niemożliwe, przewidziało się
Ja pilnuję akademika, a nie przystanku! Ochroniarz wrócił na swoje stanowisko, ale jeszcze przez ramię rzucił: Dajcie mu kość, to nie będzie was odganiał.
No tak, Polak potrafi, zawsze “dobrą radą” służy.
O, dzięki! Może jeszcze połowę schabowego z bufetu mam dla niego nosić?! syknął właściciel buta, zerkając na Julka: A ty, mordo, co milczysz? Nie łaska warknąć?! Ta, potwór!
Potwór, zerkając znad łapy, eskortował wzrokiem niezadowolonego pana Buta na autobus, który pochłonął go jak mgła.
Julek jeszcze długo szczekał w stronę odjeżdżającego autobusu, a czerwone od wściekłości oblicze pana Mariana, bo tak miał na imię właściciel buta, rozmazywało się za brudną szybą
Ponownego spotkania nie udało się uniknąć. Pan Marian właśnie objął stanowisko zastępcy dyrektora produkcji w fabryce, nie znał jeszcze ludzi, wszystko tu było nowe przystanek, autobus, pies. I tak niefortunnie na dzień dobry z tym kudłatym bandytą!
Samochód w naprawie, więc co rano przystanek witany był furą głośnego szczekania. Dlaczego ten kudłaty łobuz się na niego uwziął?!
Od tego czasu Julek coraz bardziej skupiał się na Marianie, inni dwunożni zdawali się nie istnieć.
Pies odliczał chwile aż znajomy autobus na horyzoncie stanął, a but Mariana dotknął asfaltu przystanku!
Pan Marian, mając dość kpiących spojrzeń, postanowił w końcu kupić w zakładowej stołówce kotleta dla Julka.
No, jedz wytrzepał z reklamówki smakołyk i patrzył wyczekująco.
Julek już miał obszczekać Buta, ale zapach kotleta nie pozwolił. Podszedł, powęszył
Kotlety znikały błyskawicznie, ledwie zostawiały ślad aromatu na asfalcie. Julek wylizał do sucha miejsce i spojrzał pytająco na człowieka.
Patrzcie na niego! Mało mu? No, no Żony nie mam, gotować nie umiem, z bufetu codziennie nosić a twoja morda to z głodu nie pęknie, czy co?
*****
Nazajutrz pan Marian aż się zdziwił:
Panie Marian, chyba nie lubi już pana ten pies, prawda? W ogóle nie szczeka! wyśmiała się sekretarka Jagoda.
Ano, Jagódko, szacunek u niego zdobyty! odparł dumnie, a ukradkiem zerknął na Julka.
Od tego dnia rudzielec przyzwyczaił się na dobre do cotygodniowego kotleta już tylko pan Marian przynosił mu pyszności.
Może nie wszyscy ludzie byli tacy głupi, jak sądził Julek? Może jednak różnią się czymś od srok, które całe ranki drą się o kawałek błyskotki?
Słońce coraz częściej ginęło za chmurami, potem na żółtym przystanku rozłożył się biały puch. Z pierwszym śniegiem przez pole przebiegł mróz.
Pan Marian, zgodnie z nową tradycją, kładł przed nosem Julka kotleta i inne drobiazgi.
Drżącemu psu nie udawało się nawet przyjrzeć dokładnie kotletowi, bo ten natychmiast znikał, jakby go tylko wyśnił.
Pan Marian patrzył na dygocące kudły.
Autobus, panie Marian szepnęła sekretarka, ciągnąc go za rękaw, a on tylko machnął ręką.
Ech! z jakimś szczególnym żalem wykrzyknął, obracając się ku portierni.
Nie minęła chwila, a dłonie w skórzanych rękawicach ostrożnie pogłaskały Julka. Pies spojrzał na człowieka.
No co, zmarzłeś, wędrowcze? Już nie taki zadziorny jesteś Leż na kartonie. Tu lepiej Z boku mniej wieje Trzymaj jeszcze kotleta
*****
W sobotę pan Marian został w domu. Grządki wokół jego świeżo kupionego domu na obrzeżach Krakowa przykrył gruby puch. Wiatr świszczał, śmigając drobinkami śniegu jak wirujące kryształy cukru.
Marian usmażył jajecznicę z kiełbasą, zjadł pięknie, jak za dawnych lat z babcią. Poszedł do garażu po łopatę, sypał śnieg z chodnika, a myśli sunęły gdzieś pomiędzy zimą sprzed lat, a ciepłem stołówki w fabryce
Przystanął, zapatrzony w tańczące płatki. Coś mamrotał niezrozumiale, rzucił łopatę i wybiegł przez furtkę
Na przystanku pusto. Julek wiedział, że są dni, gdy ludzie nie przyjeżdżają prawie wcale. Autobus i tak otwiera drzwi, wypuszczając z siebie tylko kilku zamglonych pasażerów.
W takie dni pusty żołądek dawał się Juliowi mocniej we znaki. Dziewczyn z akademika dziś też nie było
Julek podniósł się i ruszył wzdłuż przystanku, wiedząc, że jeszcze długo przyjdzie mu biec przez śnieżne drogi, zanim dotrze pod znajomy sklep i domy. Może tam wpadnie w oko jakiejś dobrej duszy
Już miał opuścić swoje schronienie, gdy nagle autobus stanął tuż przed jego nosem.
A gdzie to się wybierasz? Zgubić się chcesz w zamieci?
Pan Marian wysypał przed Julkiem parówki z kilku opakowań. Pies pałaszował tak, jakby za moment miały zniknąć z tego świata.
Kotletów nie mam, bar mleczny dziś nieczynny Marian jakby się tłumaczył. Ale patrz, coś jeszcze ci przyniosłem
Na przystanku pojawił się wielki karton, a w środku stary wyprany pled.
Nic więcej już nie wymyślę. Właź, tam cieplej Jakoś przeżyjesz do wiosny
I nagle wszystko śnieg, mróz, wiatr przestawało dla Julka istnieć. Wewnątrz rozlewało się coś bardzo ciepłego, nieziemskiego.
Julek miał tylko jedną myśl: nigdy nikt nie przyniósł mu jeszcze takiej rzeczy
*****
Od paru dni Julek odmawiał jedzenia od Jagody.
Przecież to te same kotlety, co pan Marian ci dawał. Jeszcze go nie będzie, rozchorował się mocno Nie czekaj rozłożyła ręce jakby przepraszała za całą zimę.
Julek spuścił uszy i spojrzał w śnieg.
Za każdym razem, gdy drzwi autobusu się otwierały lub ktoś wychodził z fabryki, Julek zrywał się na równe łapy. To nie on
Wracał rozczarowany na swój pled w pudełku. Za przystankiem sroki walczyły o kawałeczek chleba. Każda chciała ukryć zdobycz w swoim tajnym miejscu.
Julek patrzył na nie. Hau! Głupie ptaszyska! On także miał swoje tajne miejsce jamę pod przystankiem, zaraz za śmietnikiem.
Wyszedł ze swojego pudełka, podszedł do dziury. Przecież nie zgubi, jak te sroki, swego skarbu!
Jest! But. Oczywiście, pamiętał. Kiedyś nienawidził go całym sobą. A dziś?
Coś przebiegało mu przez serce, kłuło i drapało od środka. Wyciągnął but. Gdzie jest pan Marian?
Już wiedział, jaką przezwę jego człowiekowi nadali inni ludzie. Jego człowiek
Czy to przyjaźń? Czy pies może być prawdziwym psem, jeśli odnalazł człowieka, a potem go zgubił?
Julek warknął na sroki. Coś nowego budziło się w nim. Dość! Mam dość was wszystkich, nie będę tu już czekał!
Panie Marianie! Panie Marianie!
Julek nastawił uszy, patrząc na dziewczynę z telefonem.
Słabo słychać Już, już, wsiadam do autobus. Mam dla Pana teczkę z dokumentami do podpisu
Jagoda wpadła do autobusu, nie zauważając rudego cienia, który wsunął się za nią
*****
Pies z Nadzieją patrzył na dziewczynę, gdy ta jeszcze kilkakrotnie powtarzała imię jego człowieka.
Jagoda, mocniej opatuliwszy się szalem, wyskoczyła z autobusu. Julek za nią zębami trzymając czarny but.
Julka rozpierała dziwna radość. Jak mógł kiedyś myśleć, że ten biały śnieg jest lodowaty i zły? Jak przyjemnie skrzypiał pod obcasami Jagody!
Dziewczyna zadzwoniła domofonem, głos znajomy dobiegł zza furtki. Pies zaszczekał z całej siły. Jagoda, która cały czas nie zwracała na niego uwagi, zaskoczona poślizgnęła się. Teczkę zgubiła w śniegu
Panie Marianie, może Pan mi pomoże najpierw wstać, zamiast od razu psa ściskać?!
Oczy pana Mariana były przeszklone, rozmazane przez łzy.
To do mnie przyszedłeś? Ty naprawdę przyszedłeś do mnie? No patrz, prezent nawet przytaszczyłeś! powtarzał, obejmując psa jedną ręką, but drugą.
Jagoda podniesiona wzniosła się na nogi i chwilę potem siedziała w ciepłej kuchni z gorącą herbatą.
Jednego nie rozumiem, panie Marianie, spojrzała na psa kręcącego się w kuchni, czemu Pan go wcześniej nie zabrał? Przecież dom wolny, miejsca tu jak na saniach!
Bałem się, westchnął Marian długo byłem sam, wiesz. Pies to już odpowiedzialność, mini rodzina. Ale teraz teraz już na pewno go nie oddam. Jak wyzdrowieję, nauczę się smażyć kotlety
To znaczy, że do Pana trzeba się włamywać? Jagoda zaśmiała się, kręcąc głową. W takim razie dobrze, że Julek sam do Pana trafił.
A Jagoda, próbując ukryć uśmiech, udawała, że pilnuje kubka z herbatą.



