Jacku, nie licz wron! Od kilku dni Jack odmawia jedzenia, które przynosiła mu Ludmiła: – No co t…

Jacek, nie licz wron!

Już od kilku dni Jacek nie chciał jeść jedzenia, które podawała mu Ludmiła:
No co ty, kochany, to te same kotlety, które pan Stanisław ci kupował. Na razie nie przyjdzie… Nie czekaj na niego Ludmiła rozłożyła ręce.
Dziwny widok Na długim żółtym przystanku wszyscy pracownicy fabryki czekający na autobus skupili się z jednej strony.
Po drugiej stronie przystanku było pusto, nie licząc rudego, kudłatego psa z poplątaną sierścią, który wylegiwał się leniwie przed ławką
Jacek właśnie skończył trzy lata i doskonale znał życie, jak własne cztery łapy. Każdy dzień spędzał na przystanku autobusowym niedaleko akademika. Za akademikiem była fabryka, a za fabryką pole. Nic szczególnego Jacek bywał tam nie raz.
Skąd wzięło się imię Jacek sam już nie pamiętał. Tak nazwały go młode kobiety z akademika. Z litości dla psa o trudnym losie czasem go dokarmiały. Reszta ludzi raczej omijała Jacka z daleka.
Jacek nie patrzył na ludzi smutnym wzrokiem. Nie merdał przyjaźnie ogonem
Taki po prostu był Jacek. W wieku trzech lat przypominał już zrzędliwego staruszka niezadowolonego ze wszystkiego. Sam odstraszał ludzi swym paskudnym charakterem.
Ludzie Co można o nich dobrego powiedzieć? O większości z nich? Chyba nic! Dwóch dziewczyn, które go dokarmiały, Jacek łaskawie nie zaliczał do większości.
Nie dawał się lubić ludziom ani wronom, patrzył z obrzydzeniem na ćwierkające wróble taplające się w kałuży.
Czas, kiedy szczeniak ślepo wierzy, że każdy człowiek chce go pogłaskać, szybko mija. Minął i u Jacka.
I w ogóle, jego zdaniem, zarówno ludzie, jak i wrony wydawali równie irytujące dźwięki. Na przystanku ludzie się przekrzykiwali, popychali i przeganiali psa, żeby nie plątał się pod nogami.
Za co ich lubić? Nawet nie warto szukać odpowiedzi
A z wronami była inna sprawa. Te bezwstydnice miały czelność podkradać Jackowi resztki, które czasem zostawiali mu mieszkańcy akademika.
Jacek rzucał się na ptaki. Te podlatywały kawałek, naradzały się i wracały nie zamierzały się poddawać.
Tak mijał mu dzień. Obszczeka wrony, policzy te rozwrzeszczane bezczelne ptaszyska i znów kogoś z ludzi obszczeka…
Na żółtym przystanku żyło się nie najgorzej. Pałac to nie był, ale przed wiatrem i deszczem zawsze dało się schować ogon pod ławką. A w upalne dni było trochę cienia. Jedynie ludzi przeważnie było trochę za dużo
Rozłożył się tu, hrabia jeden! Przejść do ławki nie można! czyjś but wyrwał psa z drzemki.
Jacek otworzył oczy. But już próbował obejść jego łapy, ale gospodarz przystanku miał inne plany:
Bić się chcesz? No to poczekaj!
Jacek natychmiast zerwał się na łapy. But próbował się oddalić jak najszybciej, ale wtedy podjechał jego autobus.
Z wszystko Jacek najbardziej nie znosił elek, gdy ludzie wskakiwali do swoich autobusów, o których tak głośno rozmawiali. Wtedy właśnie najwięcej oprawców mu umykało.
Po wszystkim sam but leżał samotny na przystanku. Bez właściciela. Samotny i bezradny.
Dobrze ci tak! stwierdził Jacek, zadowolony z wyniku starcia. Długo smakował swoją zdobycz gryzł ją z każdej strony i dumnie zaniósł trofeum za kosz na śmieci.
Ania, odejdź od tego wściekłego psa jasnowłosa kobieta odciągnęła koleżankę.
To niebezpieczny kundel, nic go nie rusza przytaknął mężczyzna z papierosem.
Niedopałek poleciał obok kosza i niemal nie trafił w Jacka. Pies musiał odpowiedzieć głośnym szczekaniem. Mężczyzna, kląc pod nosem, przeszedł na drugi koniec przystanku…
*****
Następnego dnia Jacek znów spotkał właściciela buta. Tym razem był z nim jeszcze jeden mężczyzna.
To on! palec buta wskazywał w stronę Jacka, choć sam stał możliwie najdalej od psa. To ten agresywny pies! Zróbcie z nim coś!
Co? wzruszył ramionami drugi. Nie jest pan pierwszy, który się skarży. Ale w naszym miasteczku nie ma schroniska ani straży miejskiej
But schował palec i wymachiwał teraz rękami, trajkocząc jak sroka. Jacek podniósł głowę i uważnie słuchał.
W końcu drugi mężczyzna też zaczął się denerwować. Jacek patrzył z satysfakcją na ludzi. No czyż to nie piękny widok?
Ale przecież jest pan ochroniarzem! zawołał but, całą złość mieszcząc w jednym zdaniu.
Jacek nawet pyska nie otworzył. Ludzie kłócą się między sobą! Frajda większa niż bitwa wron o orzech na asfaltowej alejce.
Właścicielowi buta nawet wydawało się, że pies lekko się uśmiechnął. Ale nie, pewnie się przewidziało
Ja pilnuję akademika, a nie przystanku! ochroniarz ruszył do budki, po czym odwrócił się jeszcze: Niech pan rzuci mu czasem kość, nie będzie pana odpędzał z przystanku.
Chciał dobrze.
No jasne! Może jeszcze mam mu stołówkowe kotlety przynosić? zirytował się właściciel. I dodał, patrząc groźnie na Jacka: A ty, kundlu, jeszcze się nie szczeknąłeś? Szkoda ci bylo?
Kundel, jakby rozumiał złośliwe słowa, znów pomógł niezadowolonemu właścicielowi buta wskoczyć do swojego autobusu z prędkością uczestnika Tour de Pologne.
Jacek szczekał za odjeżdżającym autobusem, a zaczerwieniona twarz pana Stanisława bo tak się naprawdę nazywał właściciel buta dalej wyrażała gniew za zaparowaną szybą
Oczywiście nie udało się uniknąć kolejnego spotkania. Pan Stanisław właśnie otrzymał nową posadę zastępcy dyrektora produkcji w fabryce.
Wszystko było dla niego nowe. Dopiero zaczynał poznawać ludzi. No i pech z psem na przystanku. Do tego samochód akurat w warsztacie. Każdego ranka na przystanku czekał na niego wściekły szczek. Czemu ten diabelny pies tak go upatrzył?!
Od tej pory wydawało się, że Jacek uwziął się wyłącznie na pana Stanisława. Innych ludzi prawie nie zauważał.
Czekał tylko, aż znajomy autobus znowu przywiezie pana Stanisława na przystanek!
Zmęczony docinkami innych pracowników fabryki, pan Stanisław postanowił posłuchać rady ochroniarza i kupił w stołówce kotlet dla Jacka.
Masz, wysypał smakołyk obok przystanku i spojrzał na psa wyczekująco.
Jacek już szykował się, by odpowiednio pożegnać buta. Ale ten kuszący zapach kotleta nie dawał spokoju
Kotlety zniknęły szybciej, niż się pojawiły. W powietrzu została tylko woń. Jacek oblizał się i spojrzał pytająco na człowieka.
No patrz go! Mało ci? No ładnie! Żony nie mam, gotować nie umiem, a jak będę ze stołówki nosił ci codziennie kotlety, to mi portfel pęknie! narzekał pan Stanisław.
*****
Następnego ranka pan Stanisław był zaskoczony.
Panie Stanisławie, Jacek pana już nie kocha? Proszę, w ogóle nie szczeka! zaśmiała się różana Ludmiła, sekretarka.
Widocznie mnie szanuje, Ludmiło odparł dumnie, zerknąwszy niepewnie na Jacka.
Od tego dnia samotny, rudy pies zaczął przyzwyczajać się do codziennego smakołyku z każdym dniem zjawiał się nowy kotlet razem z panem Stanisławem.
No proszę, może jednak nie wszyscy ludzie są tacy głupi, jak wydawało się Jackowi? Może nie każdy człowiek to wrona?
Robiło się coraz zimniej Nadchodziła łagodna, śnieżna zima. Pewnego rana żółty przystanek przykrył się miękką, białą warstwą. Lodowaty wiatr przynosił w pola pierwsze płatki śniegu.
Według nowej tradycji, pan Stanisław kładł przed nosem Jacka kotlet albo coś równie smakowitego.
Trzęsący się pies wąchał jedzenie. Za każdym razem nim zdążył dobrze się przyjrzeć, kotlet już znikał. Co za ulotny, wspaniały smak!
Pan Stanisław stał i patrzył na trzęsące się boki rudego psa.
Autobus, panie Stanisławie Ludmiła pociągnęła go za rękaw, lecz mężczyzna tylko machnął ręką.
Ach! westchnął i ruszył z powrotem do portierni.
Po chwili czarna, skórzana rękawica dotknęła delikatnie Jacka. Pies spojrzał zaskoczony.
Zmarzłeś, wałkoniu? Już taki wojowniczy nie jesteś Leż tu, na kartonie, będzie ci cieplej Ten karton przystawię tutaj, z boku nie zawieje Masz jeszcze jeden kotlet
*****
W sobotę pan Stanisław został w domu. Grządki przed domem, który kupił na obrzeżach miasta, znikły pod grubą warstwą śniegu. Wicher rozrzucał drobinki lodu w powietrzu.
Pan Stanisław usmażył jajecznicę z kiełbasą. Zjadł śniadanie, poszedł do garażu po łopatę i zaczął odśnieżać. Pracował, machał łopatą, a myśli błądziły gdzieś daleko
Zatrzymał się, popatrzył na tańczące śnieżynki. Coś wymamrotał nerwowo pod nosem, rzucił łopatę i pobiegł czym prędzej przez zaśnieżone podwórko
Na przystanku nie było nikogo. Jacek wiedział, że czasem prawie nikt nie przyjeżdżał. Autobus i tak otwierał drzwi, lecz z wesołej gromadki wysiadało tylko kilka osób.
W takie dni żołądek Jacka burczał jeszcze głośniej niż zwykle. Dziś dziewczyn z akademika też nie było
Jacek wstał. Wiedział, że będzie musiał długo biec, zanim dotrze pod sklep lub pod bloki, gdzie można liczyć na jakiś kąsek, jeśli nikt nie podkarmił go na przystanku.
Już miał wyjść ze swego schronu, gdy przed nim znowu zatrzymał się autobus.
Gdzie się pchasz? Chcesz zaginąć w zamieci?
Pan Stanisław wysypał przed Jackiem garść parówek z kilku paczek. Pies jadł tak łapczywie, jakby miały zniknąć za chwilę bez śladu.
Kotletów nie mam, stołówka zamknięta tłumaczył się pan Stanisław. Ale mam jeszcze coś
Na przystanku pojawił się duży karton z wypranym starym kocem w środku.
Lepszego nie wymyśliłem. Leż, przynajmniej trochę cieplej
I nagle i śnieg, i lodowaty wiatr przestały się liczyć dla Jacka. W środku rozpłynęło się dziwne, przyjemne ciepło.
Jacek myślał tylko o jednym: jeszcze nikt nigdy nie przyniósł mu takiej rzeczy
*****
Już od kilku dni Jacek nie dotykał jedzenia, które przynosiła mu Ludmiła.
No co ty, kochany, przecież to te same kotlety, które pan Stanisław ci zawsze dawał. Na razie nie przyjdzie, chory jest… Nie czekaj na niego rozłożyła ręce.
Jacek, podkulając uszy, patrzył na nią smutno.
Podskakiwał za każdym razem, gdy rozsuwały się drzwi autobusu albo ludzie wychodzili z portierni. Jego nie było
Jacek przytulał się do swojego koca w kartonie. Wrony biły się właśnie za przystankiem o kawałek chleba. Każda chciała zabrać znalezisko do swojej kryjówki.
Jacek patrzył na nie z żalem. Hau! Durne ptaszyska! On też miał swoje miejsce dziura za przystankiem, tuż za koszem.
Wyskoczył z kartonu i podreptał do tej kryjówki. On przecież nie był jak te wrzeszczące wrony, które zapominają o swoich skarbach. O, tu był but. Pamiętał o nim. Kiedyś go nienawidził. A teraz
Jakieś nowe uczucie ściskało go od środka. Wyciągnął but. Gdzie pan Stanisław? Jacek już wiedział, jaką ksywkę dali jego człowiekowi inni ludzie: jego człowiek…
Ale czy on przyjaciel? Czy pies może zostać przyjacielem, jeśli stracił swojego człowieka?
Jacek groźnie naszczekał na wrony. Coś się w nim zmieniło. Wystarczy! Mam dość! Nie będę tu z wami siedział!
Panie Stanisławie, panie Stanisławie!
Jacek podniósł uszy i z nadzieją spojrzał na dziewczynę z telefonem w ręce.
Słabo słychać Czekaj, wchodzę do autobusu. Wzięłam dla pana teczkę z dokumentami do podpisu
Ludmiła usiadła na fotelu i nawet nie zauważyła, jak tuż za nią, niczym cień, do autobusu przemknął rudy ogon
*****
Pies z nadzieją spoglądał na dziewczynę, gdy kilka razy powtórzyła imię jego człowieka.
Ludmiła, owijając ciaśniej wokół szyi szalik, wybiegła z autobusu. Jacek za nią. W pysku mocno ściskał czarny but.
Jacek był w dobrym nastroju. I jak mógł uważać, że ten biały puch jest zimny i zły? Tak ładnie skrzypi pod butami Ludmiły.
Ludmiła wcisnęła guzik dzwonka i po chwili dobiegł znajomy głos. Pies zaszczekał radośnie. Ludmiła, zdziwiona obecnością psa, o mało się nie przewróciła a teczka z dokumentami wylądowała w śniegu
Panie Stanisławie, może mi pan pomoże wstać, zamiast ściskać psa?
Oczy pana Stanisława patrzyły jak przez zaparowane szkło. Łzy ściekały na policzki.
Przyjechałeś do mnie? Naprawdę do mnie? Jak pięknie, i prezent mi przyniosłeś? pytał, tuląc psa jedną ręką, drugą ściskając but.
Ludmiłę oczywiście podnieśli. I gorącą herbatą poczęstowali.
Jednego nie rozumiem, panie Stanisławie, mówiła Ludmiła, patrząc, jak pies kręci się po kuchni, czemu pan go wcześniej nie zabrał do domu? Duży ogród, miejsca pełno
Bałem się westchnął Stanisław, długo byłem sam. Pies to obowiązek, odpowiedzialność. Jakby mała rodzina Teraz już go nigdzie nie puszczę. Zdrowie wróci, nauczę się smażyć kotlety
To co, trzeba pana zdobywać szturmem? zaśmiała się Ludmiła, kręcąc głową. W takim razie dobrze, że Jacek sam przyszedł.
A Ludmiła, próbując ukryć uśmiech, udawała, że pije herbatęZanim dzień dobiegł końca, w kuchni unosił się zapach świeżo smażonych kotletów, a śnieg za oknem tańczył cicho w bladym świetle lampy. Jacek ułożył się na swoim starym kocu, przy samym kaloryferze, jakby od zawsze znał to miejsce.

Pan Stanisław usiadł obok niego na podłodze i pogładził rudą głowę. Po chwili Jacek westchnął głęboko, wtulił się w ciepłą dłoń i zamknął oczy, pierwszy raz od dawna naprawdę spokojny. Gdzieś w oddali zagrzechotały wrony na gałęzi, ale tym razem Jacek nie zamierzał już ich liczyć.

Bo choć życie nie było pałacem, a przystanek nie był domem prawdziwy dom zaczynał się tam, gdzie ktoś cię w końcu pokochał.

Rate article
Fajna Tajna
Jacku, nie licz wron! Od kilku dni Jack odmawia jedzenia, które przynosiła mu Ludmiła: – No co t…