Adam, nie patrz na te wrony!
Już od kilku dni Adam odmawiał jedzenia, które przynosiła mu Lucyna:
No weź, kochanie, to te same mielone, które kupował ci pan Stanisław. Jeszcze trochę nie przyjdzie… Nadal chory, nie czekaj na niego Lucyna rozłożyła ręce
Dziwny widok Na długim, żółtym przystanku, wszyscy pracownicy fabryki, czekający na autobus, skupili się w jednej grupie po jednej stronie.
Druga część przystanku była zupełnie wolna, jeśli nie liczyć rudego, kudłatego psa o skołtunionej sierści, który leżał rozciągnięty dumnie pod ławką
Adam skończył właśnie trzy lata, doskonale znał życie na czterech łapach. Każdy dzień spędzał na przystanku obok akademika. Za akademikiem był zakład, a dalej pole nic ciekawego, Adam znał to wszystko już na pamięć.
Jak został Adamem, sam już nie pamiętał. Tak mu zaczęło wołać kilka młodych kobiet z akademika. Z litości nad jego losem karmiły go od czasu do czasu. Poza nimi ludzie raczej Adama unikali.
Adam ani nie spojrzy na człowieka smutnym wzrokiem, ani nie machnie wesoło ogonem
W ogóle był inny. Całe swoje trzy lata był jak stary zrzędliwy dziadek, niezadowolony ze wszystkiego. Potrafił sam odstraszać ludzi swoim wrednym charakterem.
Cóż by tu dobrego powiedzieć o tych ludziach? O większości? Właściwie to nic! Tylko dwóm dziewczynom, które dawały mu jedzenie, wybaczał ten gatunek.
Ludzi nie lubił, wron nie znosił, a na wróble potrafił patrzeć z obrzydzeniem, gdy te pluskały się w kałużach.
Ten czas, że się jest szczeniakiem i się myśli, że każdy człowiek chce przytulić i poklepać, dawno minął. Dla Adama to przeszłość.
I szczerze mówiąc, według jego psiego serca, ludzie i wrony wydają bardzo podobne, nieprzyjemne dźwięki. Zawsze na tym przystanku się pokłócą, szturchną. A psa przegonią, żeby się nie plątał pod nogami.
Za co ich lubić? Nawet nie warto szukać odpowiedzi!
Z wronami była inna sprawa. Bezczelne kradły Adama te skromne kąski, które dostawał czasem z akademika.
Adam rzucał się zębami na pierzastych, a te odlatywały, naradzały się, a potem wracały i walczyły dalej.
I tak mijał dzień. Pokłóci się z wronami, policzy bezczelnych komu ogon jeszcze cały, ten poszuka walki, na dwunożnych poszczeka
Na tym żółtym przystanku generalnie żyło się nieźle. To nie pałac, rzecz jasna, ale przed wiatrem i deszczem dało się ogon ukryć, a cień też się w upalne dni znalazł. Tylko tych ludzi zawsze mogłoby być mniej
No patrz, kanapowiec się znalazł! Daj usiąść na ławce! jakiś but przerwał Adamowi sen.
Otworzył oko. But próbował go przeskoczyć, ale Adam miał inne pomysły:
Będziesz się bił? Oho! Zaraz się dowiesz!
Adam zerwał się natychmiast. But walczył, by jak najprędzej się oddalić, a tu właśnie przyjechał jego autobus.
Najbardziej Adam nie mógł znieść widoku ludzi wskakujących do tych swoich autobusów, o których tyle na przystanku gadają. Wielu w ten sposób wymknęło mu się z łap.
Swoją drogą, sam but został na przystanku bez właściciela. Samotny i opuszczony.
No i masz, należy ci się! pomyślał Adam, bardzo zadowolony. Trochę się pobawił trofeum trzeba było dokładnie pogryźć z każdej strony i dumnie przeniósł but za kosz.
Basia, odsuń się od tego wariata, krzyknęła jasnowłosa kobieta do koleżanki.
Wściekły pies, nic na niego nie poradzisz przytaknął facet z papierosem.
Niedopałek poleciał obok kosza ledwo omijając Adama, który znowu zaczął szczekać. A facet, przeklinając, odszedł na drugi koniec przystanku
*****
Następnego dnia Adam spotkał właściciela buta z kolegą.
O! palec buta wskazał z furią na Adama, przy tym trzymając się jak najdalej od psa. To ten agresywny pies! Proszę, zróbcie coś z nim!
Co niby? wzruszył ramionami drugi człowiek. To już kolejna taka skarga, ale tu, w naszym miasteczku, nie ma żadnej służby łapania zwierząt.
But zabrał palec i machając rękami, zaczął nawijać jak sroka. Adam podniósł łeb, wsłuchując się z powagą.
W końcu i drugi zaczął się irytować. Adam patrzył na nich z satysfakcją. Cóż za piękny widok!
Pan jest przecież ochroniarzem! oburzył się but, tonem pełnym żalu.
Adam nawet pyska nie otworzył. Heh, ludzie na siebie warczą! To ciekawsze niż walka wron o okruszek chleba.
Właścicielowi buta wydawało się nawet, że na psim pysku przemknął złośliwy uśmiech. Ale co tam, przywidziało się.
Ja pilnuję akademika, a nie przystanku! odparł ochroniarz i skierował się do wejścia. Zaraz się jednak zatrzymał i dodał: Rzuć mu pan kość, to nie będzie z przystanku wyganiał!
Dobre rady się sypały
No super, najlepiej to jeszcze połową schabowego z baru się podzielić, co? sarknął właściciel buta i spojrzał na Adama: A ty, bestio, czemu się nie odzywasz? Zabrakło kła do warczenia? Ty potworze!
Potwór chyba zrozumiał te złośliwości i znowu pomógł panu butowi wskoczyć do swojego autobusu z szybkością sprintera.
Adam szczekał w kierunku autobusu, a czerwona twarz pana Stanisława bo tak się nazywał właściciel buta jeszcze chwilę majaczyła za zaparowaną szybą
Kolejnego spotkania nie dało się uniknąć. Stanisław właśnie dostał pracę zastępcy dyrektora w fabryce.
Wszystko było dla niego nowe. Dopiero poznawał ludzi, a tu już na dzień dobry taka przygoda z bezdomnym psem spod przystanku. I auto jeszcze w warsztacie. Każdego ranka po przyjeździe na przystanek witało go wściekłe ujadanie. Czym zawinił temu kudłatemu diabłu?!
Od tego dnia Adam, wydawało się, miał na pieńku właśnie ze Stanisławem. Jakby cała reszta dwunożnych już dla niego nie istniała.
Pies tylko czekał aż znajomy autobus przywiezie Stanisława na przystanek!
Ponieważ już nie mógł znieść śmieszkowania pracowników fabryki na swój temat, Stanisław zdecydował się posłuchać rady ochroniarza i kupił w barze mielonego dla Adama.
Masz, jedz! wysypał koło przystanku jedzenie i spojrzał na psa wyczekująco.
Adam już szykował się porządnie obszczekać pana buta przed wejściem do autobusu. Ale ten zapach kotleta Przyciągał, nie dało się oprzeć.
Mielony zniknął szybciej, niż się pojawił. A na brudnym asfalcie i tak jeszcze przez chwilę unosił się ukochany zapach. Otarł pysk i z nadzieją spojrzał na człowieka.
Ale numer, patrzcie go! Jeszcze ci mało? No nieźle! Ja tu bez żony, gotować sam nie umiem, a z baru codziennie przynosić pękniesz mi kiedyś z tej złości!
*****
Następnego ranka Stanisław był w niezłym szoku.
Panie Stanisławie, Adam już pana nie kocha? Patrzcie, nawet nie szczeka! zawołała rumiana sekretarka Lucyna.
No fakt, Lucynka, chyba szacunku nabrał, odpowiedział dumnie Stanisław, ale sam zerknął zaskoczony na Adama.
Od tej pory rudy samotnik przyzwyczaił się do codziennego mielonego kotlecik pojawiał się zawsze, kiedy był Stanisław.
No, może nie wszyscy ludzie są tak głupi, jak myślał Adam? Może jednak w czymś się różnią od wron, które całe ranki kłócą się o nakrętkę od butelki?
Robiło się chłodniej Zbliżała się zima. Pewnego ranka żółty przystanek pokrył się cienką warstwą śniegu. Z pół wiało już lodowate powietrze.
Stanisław w ramach świeckiej tradycji wykładał przy nosie Adama kotleta i czasem coś jeszcze, extra.
Drżący pies sięgał pyskiem po jedzenie. Ledwie zdążył poczuć smak, jak już po nim nie było śladu. Szczerze mówiąc, każda kolejna kotleta była nieuchwytna!
Stanisław patrzył na dygoczące boki rudego psa.
Autobus, panie Stanisławie, już czas! Lucyna ciągnęła go lekko za rękaw, ale on tylko machnął ręką.
Ech westchnął zniecierpliwiony Stanisław i zdradzając się z niechęcią, ruszył z powrotem.
Minęła chwila, i męska dłoń w czarnej skórzanej rękawiczce ostrożnie pogłaskała Adama. Pies spojrzał na człowieka.
No co, zmarzłeś włóczykiju? Już nie taki z ciebie wojak Połóż się na kartonie. Będzie ci cieplej O, tu karton postawimy z boku, najmniej wieje I masz jeszcze jednego kotleta
*****
W sobotę Stanisław był w domu. Rabaty przed jego domem, który kupił po przeprowadzce na obrzeża Poznania, przykrył gruby śnieg. Wiatr targał wszystko dookoła.
Stanisław usmażył sobie jajka z kiełbasą. Zjadł śniadanie, poszedł po łopatę do garażu i odśnieżał podjazd, myślami błądząc gdzieś daleko
Zatrzymał się, patrzył na wirujące płatki. Mruknął coś pod nosem, rzucił łopatę i wybiegł z podwórka
Na przystanku nie było nikogo. Adam wiedział zdarzają się takie dni, że prawie nikt nie przyjeżdża. Autobus i tak otwiera drzwi, ale ludzi wychodzi kilku.
W te dni żołądek Adama burczał dwa razy głośniej. Dziś nawet kobiet z akademika nie widać
Adam podniósł się. Wiedział, że trzeba będzie biec jeszcze spory kawałek, zanim dobiegnie w okolice sklepów i bloków. Tam, może komuś jeszcze zrobi się go żal i rzuci smakołyk.
Już miał wychodzić z kryjówki, gdy właśnie przed nim znów zatrzymał się autobus.
Dokąd się wybierasz? Chcesz się zgubić w zamieci?
Stanisław wysypał z kilku paczek parówki. Adam jadł tak, jakby zaraz miały zniknąć.
Kotletów nie ma, bar zamknięty Stanisław jakoś się tłumaczył. Ale mam dla ciebie jeszcze coś
Na przystanku pojawiło się duże pudło ze starym kocem w środku.
Nic innego nie wymyśliłem. Wskakuj, tam będzie cieplej…
I nagle wiatr i śnieg zniknęły dla Adama. W środku zrobiło mu się ciepło, naprawdę bardzo przyjemnie, choć trochę dziwnie.
Adam myślał tylko o jednym: Nigdy nikt nie przyniósł mu jeszcze takiej rzeczy
*****
Już od paru dni Adam nie chciał jeść tego, co przynosiła Lucyna.
No co ty, przecież to te same mielone, które kupował ci pan Stanisław. On jeszcze nie wróci, mocno się pochorował Nie czekaj Lucyna rozłożyła dłonie.
Adam, kuląc uszy, patrzył na nią w milczeniu.
Podskakiwał za każdym razem, gdy autobus tylko otwierał drzwi, albo ktoś wychodził z wejścia fabryki. Jego nie było
Adam znowu kładł się smutno na kocu w pudle. Wrony biły się o kawałek chleba tuż za przystankiem. Każda chciała zabrać swoją zdobycz w ukryte miejsce.
Pies patrzył na nie z melancholią. Hau! Głupie ptaki! On też miał swoje sekrety dziura pod przystankiem, zaraz za koszem.
Wyskoczył ze swojego schronienia i ruszył do dziury. On nie zapominał swoich skarbów jak tamte drące się wrony. O, but! Pamiętał przecież o nim. Kiedyś tak go nienawidził. Teraz
Jakie to dziwne uczucie go od środka ściskało? Wyciągnął but. Gdzie jest Stanisław? Adam już dobrze rozszyfrował, jakie imię dali jego człowiekowi inni ludzie. Jego człowiek
Ale czy to przyjaciel? Albo czy ADAM to prawdziwy pies, skoro ma człowieka, a tego człowieka zgubił?
Adam warcząc odegnał wrony. Coś nowego obudziło się w środku. Dosyć! Mam was dość! Nie zostanę tu z wami ani chwili dłużej!
Panie Stanisławie, panie Stanisławie!
Adam nastawił uszy i z nadzieją spojrzał na dziewczynę z telefonem w ręku.
Słabo słychać Zaraz, wchodzę do autobusu. Wzięłam dla pana teczkę z dokumentami, do podpisu
Lucyna wskoczyła na siedzenie, nie zauważając, że za nią szmyrgnął do autobusu rudy ogon
*****
Pies z nadzieją patrzył na dziewczynę, gdy powtarzała kilka razy imię jego człowieka.
Lucyna, owijając mocniej szalik, wyskoczyła z autobusu. Adam za nią. Trzymał czarny but mocno w zębach.
Nastrój Adama jakby świat znów nabrał kolorów. Jak on mógł myśleć, że ten cały śnieg jest zimny i okropny? Patrz jak wesoło skrzypi pod butami Lucyny.
Lucyna zadzwoniła do furtki, i zaraz z ogrodu dobiegł znajomy głos. Adam oszczekał się na całego. Lucyna, nie zwracając uwagi na psa, za chwilę się poślizgnęła. Teczka z dokumentami całkiem wesoło wylądowała w śniegu
Panie Stanisławie, może mi pan najpierw pomoże wstać, zamiast psa przytulać?!
Oczy Stanisława były aż szkliste. Skąd te łzy?
To ty do mnie przybiegłeś? Przyjechałeś do mnie? O rety, i to z prezentem! powtarzał przytulając psa i ściskając but.
Lucynę w końcu podniesiono. I napojono gorącą herbatą.
Tylko jednego nie rozumiem, panie Stanisławie, rzuciła Lucyna, patrząc jak Adam kreci się po kuchni, dlaczego pan go nigdy wcześniej nie zabrał? Przecież dom własny, przestrzeni do woli
Bałem się Stanisław westchnął. Długo byłem sam, rozumiesz? Pies to odpowiedzialność. To już taka mała rodzina Teraz już go nie oddam. Jak tylko wyzdrowieję, nauczę się kotlety robić
No proszę! Trzeba było siłą pana odbijać? Lucyna zaśmiała się, kręcąc głową. To na szczęście Adam sam przyszedł.
I Lucyna ukryła uśmiech, udając, że popija herbatęA Adam? Jeszcze długo, zanim zima naprawdę odpuściła, kręcił się po kuchni, czasem z mruczeniem pod nosem, czasem grożąc wronom przez okno. Połączyli siły ze Stanisławem jeden pilnował domowego podwórka, drugi opanował, choć nieporadnie, smażenie mielonych. Było kilka spalonych kotletów i parę śmiechów, gdy pies musiał zjeść przysmak bardzo, ale to bardzo dobrze wysmażony.
Z czasem Adam coraz śmielej zwijał się w kłębek pod stołem na swoim nowym, własnym kocu, już bez pudła, bo te czasy odeszły. Czuł się nareszcie u siebie, tak naprawdę. I żaden autobus już nie zabrał mu człowieka, a żadna wrona nie wygrała w walce o łyżkę mielonego.
A kiedy któregoś wieczora Lucyna zapukała w odwiedziny, od progu powiedziała radośnie:
Adam, teraz już naprawdę masz swojego człowieka.
Pies zaszczekał, machnął ogonem i wreszcie, po raz pierwszy od bardzo dawna, spojrzał na ludzi z nadzieją, nie z wrogością. Bo tu, w cieple i zapachu domowych kotletów, wreszcie zrozumiał: niektórym ludziom jednak warto było zaufać.
I odtąd, na tym domu, Adam czuwał jak należy już nie sam, już nie w walce tylko tak, jak lubił najbardziej: przy boku swojego człowieka, który codziennie uczył się kłaść na talerzu trochę dobrego ciepła dla dwóch, których już naprawdę nikt nie przegoni.
A żółty przystanek, choć wrony nadal kłóciły się o okruszek, nagle wydawał się Adamowi całkiem dalekim, trochę śmiesznym wspomnieniem. Teraz wiedział, że największe skarby chowa się nie w dziurze za koszem, a w sercu dla tego, kto na nie czeka.



