Ja wiem lepiej – Co to znowu jest… – westchnął wyczerpany Darek, kucając przed córeczką i oglądaj…

Co to ma być… Maciej z westchnieniem przykucnął przed córką, zerkając na różowe plamy na jej policzkach. Znowu…

Czteroletnia Jagoda stała pośrodku pokoju, z powagą godną dorosłych i nietypową dla dziecka cierpliwością. Już się przyzwyczaiła do tych oględzin, zmartwionych twarzy rodziców, niekończących się maści i tabletek.

Małgorzata podeszła bliżej, przysiadła obok męża. Lekko odgarnęła włosy z twarzy córki.

Nic nie pomaga. Wcale. Jakbyśmy wodę jej dawali. A ci lekarze w przychodni… raz jeden powie tak, potem drugi inaczej. Od trzech tygodni zmieniają rozpiski, efekt żaden.

Maciej podniósł się z kolan i przetarł nasadę nosa. Za oknem mglisto, dzień zwiastował ten sam bezbarwny poranek, co zwykle. Zebrali się szybko Jagodę otulili ciepłą kurtką, a po pół godzinie siedzieli już u jego mamy w bloku na warszawskich Bielanach.

Halina jęknęła, pokręciła głową, głaskała wnuczkę po plecach.

Cała taka malutka, a już tyle leków. Organizm ledwo daje radę posadziła Jagodę na kolanach, a mała przytuliła się do niej bez oporu. Serce się kraje.

Naprawdę nie mamy wyboru Małgorzata usiadła na brzegu wersalki, splecione palce drżały jej lekko. A wysypka nie ustępuje. Dom posprzątany, wszystko usunięte, je tylko podstawowe rzeczy, a to i tak nie pomaga.

Co lekarze na to?

Nic konkretnego. Szukają, badają, a na końcu zawsze to samo wskazała na Jagodę. Plamy na policzkach.

Halina poprawiła kołnierzyk Jagody.

Może przejdzie. Tak bywa u dzieci, że samo się wycisza. Na razie nie wygląda to dobrze.

Maciej patrzył na córkę z zadumą. Mała, chudziutka, bystre oczy. Głaskał ją po głowie i nagle przypomniał sobie własne dzieciństwo: wykradane z kuchni jagodzianki, cukierki, mamine powidła wyjadane łyżką wprost ze słoika. A Jagoda…? Gotowane warzywa, gotowane mięso, woda. Ani owoców, ani słodyczy, żadnej “zwykłej” dziecięcej radości. Cztery latka, a dieta ostrzejsza niż u emeryta z wrzodami.

Nic nam już nie zostało do wykluczenia powiedział cicho. Je prawie nic.

Wracali do domu w milczeniu. Jagoda przysnęła w samochodzie z tyłu, a Maciej zerkał na nią w lusterku. Przynajmniej spała spokojnie, nie drapała się.

Mama dzwoniła odezwała się Małgorzata. Prosi, by Jagodę zabrać za tydzień. Ma bilety do Teatru Lalek, chce z wnuczką iść.

Do teatru? Maciej wrzucił wyższy bieg. Może się rozchmurzy.

Też tak myślę. Dobrze jej będzie się trochę rozerwać.

…W sobotę Maciej zaparkował pod starą kamienicą na Grochowie, wyjął senną Jagodę z fotelika. Córka przetarła oczy i ułożyła główkę na jego ramieniu, lekka i ciepła jak wróbelek.

Teresa Zawadzka wyłoniła się z klatki schodowej w pstrokatej szlafrokowej sukience. Zafalowała rękami, jakby widziała rozbitka po sztormie, nie wnuczkę.

Jeju, kochanie moje, słoneczko chwyciła Jagodę, przycisnęła do szerokiej piersi. Taka biedna, chudziutka, blada. Zniszczyliście ją tymi dietami, przecież to dziecko!

Maciej schował ręce do kieszeni, tłumiąc złość. Za każdym razem to samo.

Robimy to dla jej dobra. Inaczej nie można.

Zagłodzicie ją! Teresa cmoknęła, patrząc na wnuczkę niczym na ofiarę. Dzieci rosną, a nie głodują.

Wśród stukotu jej kapci weszły do środka, Maciej pozostał sam przy bramce. COŚ mu mignęło w wyobraźni, zarys prawdy, ale rozpłynęło się jak sen. Przez chwilę stał w wilgotniej ciszy, potem ruszył do samochodu.

Weekend bez córki wydawał się dziwny i pusty. W sobotę z Małgorzatą pojechali do supermarketu, pakowali do koszyka produkty na cały tydzień.

W domu Maciej przez trzy godziny siłował się z cieknącym kranem w łazience, Małgorzata układała w workach rzeczy do wyniesienia ze strychu. Codzienne sprawy ale cisza w mieszkaniu była dziwna.

Wieczorem zamówili pizzę tę z mozarellą i bazylią, której Jagoda nie mogła jeść. Otworzyli butelkę czerwonego wina. Rozmowa snuła się o pracy, wakacjach na Mazurach, remoncie, który od dawna odkładali.

Tak dobrze powiedziała nagle Małgorzata, potem się zacięła, ugryzła wargę. Znaczy… cisza. Spokój.

Wiem o co chodzi Maciej objął ją dłonią. Też tęsknię. Ale trochę oddechu nam nie zaszkodzi.

W niedzielę po południu ruszył po córkę. Słońce zachodziło, rozlewając pomarańczowe światło po starych jabłoniach, pod którymi stał dom Teresy.

Maciej wysiadł z auta, otworzył furtkę zawiasy zapiszczały i znieruchomiał.

Na schodach siedziała jego córka. Obok niej Teresa Zawadzka, promieniejąca szczęściem. W ręce trzymała jagodziankę. Wielką, rumianą, błyszczącą od masła. A Jagoda ją jadła. Policzki umazane, pod brodą okruszki, a oczy… szczęśliwe, jakich nie widział u niej od tygodni.

Przez chwilę tylko patrzył. Potem gorąca, zła fala wypełniła go po brzegi.

Podbiegł i wyrwał jagodziankę z ręki teściowej.

Co to ma być?!

Teresa aż się wzdrygnęła, cofnęła blada nagle do granic możliwości.

Wykrzykiwała coś że to tylko kawałek, nie zaszkodzi, ot jagodzianka…

Maciej nie słuchał. Wziął Jagodę na ręce dziewczynka ucichła ze strachu, trzymała kurtkę, ledwo oddychając. Usiadł ją w samochodzie, zapiął pasy. Palce drżały ze wściekłości. Jagoda patrzyła na niego wielkimi oczami, usta jej drżały, niemal płakała.

Spokojnie, maluszku pogłaskał ją, starając się mówić łagodnie. Zaczekaj chwileczkę, zaraz wrócę.

Zamknął drzwi i ruszył przez ogródek. Teresa wciąż stała na schodach, bawiąc się końcem szlafroka.

Maciek, przecież…

Chyba nie rozumiesz?! przerwał jej, ton narastał. Pół roku! Pół roku nie wiedzieliśmy, co się dzieje z Jagodą! Badania, testy alergiczne masz pojęcie, ile to kosztowało? Ile nerwów, ile nocy bez snu?

Teresa cofnęła się w stronę drzwi.

Chciałam… dobrze…

Dobrze?! krzyknął. Trzymaliśmy ją na wodzie i gotowanej piersi! Wszystko wykluczyliśmy! A Ty ją karmisz ukradkiem smażoną jagodzianką?!

Odporność jej buduję! Teresa podniosła głowę i nabrała odwagi. Po trochu, aż się przyzwyczai! Troje dzieci wychowałam, wiem co robię!

Maciej patrzył na nią, jakby widział obcą. Kobieta, dla której znosił tyle dla żony, dla spokoju tymczasem podtruwała jego dziecko, bo wie lepiej.

Troje dzieci powtórzył cicho i Teresa zbielała. Ale Jagoda to moja córka. I więcej jej nie zobaczysz.

Co?! Nie masz prawa!

Mam.

Odwrócił się i ruszył do auta. Za nim krzyki, wyciągnięte ręce. Usiadł za kierownicą i odpalił. W lusterku Teresa biegła po bruku, wymachując szlafrokiem jak sztandarem. Wcisnął gaz.

W domu Małgorzata czekała. Wystarczyło jedno spojrzenie na ich twarze i już wiedziała.

Co się stało?

Maciej powiedział bezbarwnie, po prostu fakty. Emocje już wytracił na schodach przed domem Teresy. Małgorzata słuchała w milczeniu, z każdą chwilą sztywniejsza. Sięgnęła po telefon.

Mamo. Tak, Maciek mi powiedział. Jak mogłaś?!

Maciej zabrał Jagodę do łazienki, żeby zmyć okruchy i łzy z policzków. Z korytarza dobiegał głos Małgorzaty ostry, obcy, jak nigdy. Na koniec grzmotnęło stanowczo: Dopóki nie rozwiążemy tej alergii nie zobaczysz Jagody.

Minęły dwa miesiące…

Niedzielne obiady u Haliny stały się tradycją. Dziś na stole stał biszkoptowy tort z kremem i truskawkami. Jagoda jadła go ogromną łyżką, ubrudzona cała. Na policzkach ani śladu plamki.

Kto by pomyślał Halina pokręciła głową. Olej słonecznikowy. Ależ to rzadkie uczulenie.

Lekarz mówiła, że jeden przypadek na tysiąc Małgorzata smarowała chleb masłem. Jak tylko przeszliśmy na oliwę zamiast słonecznikowego, dwa tygodnie i wysypka zniknęła.

Maciej patrzył na córkę. Różowe policzki, roześmiane oczy, na nosie krem. Cieszyła się jedzeniem ciastami, ciasteczkami, wszystkim, co nie miało śladu oleju słonecznikowego. Tyle rzeczy, o których nawet nie myśleli.

Stosunki z Teresą zostały chłodne. Dzwoniła, przepraszała, płakała do słuchawki. Małgorzata odpowiadała krótko, chłodno. Maciej wcale.

Jagoda sięgnęła po tort, a Halina podsunęła jej talerzyk.

Jedz, kochanie. Na zdrowie.

Maciej oparł się wygodnie. Za oknem padał deszcz, ale w domu czuć było ciepło i zapach ciasta. Jego córce było coraz lepiej. Nic innego nie miało znaczenia.

Rate article
Fajna Tajna
Ja wiem lepiej – Co to znowu jest… – westchnął wyczerpany Darek, kucając przed córeczką i oglądaj…