Ja chcę żyć, Andrzeju!

Chcę żyć, Andrzeju!

Panie Doktorze Jerzy, co się dzieje? usłyszałem znajomy głos pielęgniarki. Basia złapała mnie za rękaw, ale nie utrzymała. Oparłem się o ścianę, spuściłem głowę i przez chwilę milczałem.

Basia, choć przestraszona, miała jakby satysfakcję, pomyślała: Jakże ci lekarze się poświęcają, do nieprzytomności! A nikt tego nie docenia. Przecież pacjent, którego właśnie uratowałem na stole, i tak tego nie zauważy.

Panie Doktorze, zaraz kogoś zawołam…

Nie trzeba oderwałem się od ściany, chwiejąc poszedłem do pokoju lekarskiego. Wszystko w porządku, proszę się nie martwić powiedziałem, gdy się odwróciłem w progu.

Opadłem na skórzaną kanapę. Czy rzeczywiście wszystko dobrze? Już nie pierwszy raz miałem takie ataki zawrotów głowy. Przemęczenie? Pewnie tak.

Kiedyś miałem wolne, naprawdę wolne weekendy można było odpocząć po tym szpitalnym znoju, iść z żoną do znajomych, z dziećmi do lasu albo do ZOO.

A teraz? Gdy każdy lekarz pracuje za trzech, urlop to fikcja. Drugi ślub, żona młodsza, dzieci jeszcze w podstawówce wydatki rosną. Niestety, chciałem też zmienić samochód.

Ale to nie było najważniejsze. Najważniejsze było, że przyzwyczaiłem się czuć potrzebnym, byłem ceniony, marzyłem o uznaniu i sukcesach. Przez dwadzieścia lat udawało mi się to osiągnąć pacjenci walili drzwiami i oknami, koledzy mnie szanowali, pieniądze były solidne.

Paweł zadzwoniłem do kolegi anestezjologa twoja Ela jest dzisiaj w pracy?

Jest, tak, siedzi na dyżurze.

Pod koniec zmiany już leżałem w urządzeniu do rezonansu magnetycznego, a te mechaniczne dźwięki tłumiła muzyka słyszana przez słuchawki.

Ogarnął mnie nagle irracjonalny lęk jakby mnie przygniotło. By zapomnieć, próbowałem myśleć o czymś przyjemnym. Ale co było przyjemnego?

Pamięć zaczęła schodzić po szczeblach życia. Drugi ślub już dorosły, chirurg, ojciec, a ona młoda nauczycielka mojej córki z trzeciej klasy.

Zgrzyt skanera zagłuszył to wszystko. Praca-dom-praca. Pierwsze małżeństwo jeszcze gorzej. Nieprzyjemny rozwód skutecznie wymazał miłe wspomnienia.

Może studia? Tak, pierwsze cztery lata były piękne.

Wspomnienia zabrały mnie do lat studenckich. Brygada studencka, chłopaki, Mania z bufetu, za którą biegali wszyscy…

Byliśmy z Witkiem i Andrzejem jak bracia. Poznaliśmy się, gdy trafiliśmy na medycynę do Krakowa wszyscy z innych miast, więc akademik zbliżał ludzi.

Andrzej okularnik z małego miasta, spokojny, trochę naiwny, ale z jakąś niezwykłą aurą. Obok niego chciało się po prostu być i słuchać, jak mądrymi słowami snuje opowieści. Znał na pamięć wszystkie tematy, potrafił odpowiedzieć na każde pytanie z anatomii.

Witek zupełne przeciwieństwo rosły chłopak spod Poznania, żywy, głośny, wiecznie żartował, szybko się zaprzyjaźniał, a egzaminów bardziej się bał i kombinował ściągi niż się uczył.

Ja też się bałem egzaminów, miałem poczucie, że akurat ja nie dostanę się na medycynę. A jednak, z naszej czwórki nie udało się tylko Michałowi. Nam trzem przyjaźń została na lata.

Na pierwszym roku nie było dla nas miejsc w akademiku. Mama Andrzeja, pani Genowefa, znalazła nam pokój i jak matka wszystkim: napiekła, nasmażyła na cały miesiąc.

Pani Genowefko, czym pani się zajmuje? dopytywał Witek.

Pracuję w sklepie z dewocjonaliami, czasem w kościele pomagam.

Jesteś wierzący? zdziwił się Witek.

Oczywiście.

Gdy widziały się ikony przy oknie, nikt nie komentował. Andrzej się modlił cicho, nie obnosił się z tym. Był dobrym studentem. Potrafił ugasić kłótnię między mną a Witkiem szybkim argumentem.

Różnił się od nas. Sprawy przyziemne nie były dla niego problemem. Jeśli my przy sprzeczkach kłóciliśmy się o porządek, on po prostu brał ścierkę i mył podłogę.

Czy warto się kłócić dla takich głupot, skoro można zrobić?

Chcąc nie chcąc, dołączaliśmy.

Może Bóg mu pomagał albo sam był tak utalentowany, bo pierwszą sesję zdał najlepiej. A w końcu zakochał się jako pierwszy w Halinie z samorządu. Od drugiego roku chodzili wszędzie razem.

Witek, chociaż wydawał się prosty, świetnie sprawdzał się na praktykach w szpitalu, nawet zimą drugiego roku pracował już na pogotowiu i tak został tam zauważony, że pozwalali mu asystować przy trudniejszych przypadkach.

Ja starałem się uczyć solidnie, nie odstawałem, medycyna mnie pociągała.

***

Rezonans się skończył, mogłem wstać, głęboko odetchnąłem. Skąd to klaustrofobiczne uczucie?

Przyszła Ela i zdjęła mi sprzęt z głowy.

Co tam masz, Ela? Już opisał ktoś?

Poczekaj, zaraz będzie gotowy opis, dam ci znać. Zmęczona jestem, siedzę tu cały dzień powiedziała, nie patrząc mi w oczy.

Odbiorę jutro. Idę do domu.

W końcu nie zdążyłem wyjść, bo Ela przyszła przyniosła opis i płytę.

Jerzy, rozumiesz, że musisz działać szybko. Idź z tym do profesora Anisimowa. On obejrzy.

Zajrzałem tylko do opisu, władowałem płytę do komputera i długo oglądałem własne zdjęcia, nie wierząc, że ta głowa to moja i ten jasny cień to rzeczywiście guz.

Nie chciało mi się wierzyć, nawet wracając do domu samochodem. Takie rzeczy nie mogły się przydarzyć akurat mnie.

***

Profesor Anisimow był najlepszym neurochirurgiem w klinice.

Powinienem cię pocieszyć, ale sam przecież wiesz najlepiej. Tu nie ma co owijać w bawełnę, Jerzy. Sam widzisz…

Widzę. To koniec?

Przesadzasz. Sam wiesz, wszystko jest w twoich i Bożych rękach.

Nie do wiary Przecież miałem jechać do Warszawy na konferencję, żonę, dzieci miałem zabrać. Co teraz? Co byś zrobił na moim miejscu?

Ja bym jechał do Warszawy, ale nie wypoczywać, tylko do kliniki profesora Rutkowskiego. Mają tam najlepsze wyniki i metody. Tylko… zawiesił głos.

Co tylko?

Sam już nie operuje, ale jego zespół jest świetny, tylko kolejki ogromne. Lekarskie układy mogą pomóc, jesteś wybitny, może się uda…

Pracowałem jak dotąd: operacje, konsultacje, pisanie kart. Słabości i zawroty głowy niwelowałem lekami. Zacząłem kombinować, jak dostać się na operację do Rutkowskiego, ale to było prawie niewykonalne.

Trzeba było powiedzieć żonie. Monika od razu zakasała rękawy i ruszyła z planami wyjazdu do Warszawy.

Moniko, pojadę sam.

Żartujesz? A dzieci? żona rzuciła bluzką na kanapę, patrząc z urazą.

To nie wycieczka. Jadę do szpitala. Mam guz mózgu powiedziałem to wolno, i gdy padły te słowa, sam się zdziwiłem, że to wypowiedziałem. Do tej pory próbowałem to z siebie wypchnąć.

Monika patrzyła na mnie, a łzy rosły w oczach.

Jezu, Jerzy… Jak to? Ale muszę z tobą jechać.

Na razie nie ma mowy o operacji. Może będę musiał długo czekać, tam się czeka miesiącami…

Naprawdę tak źle?

I wtedy, jak dziecko, zacząłem jej opowiadać o wszystkim o przewidywaniach, o badaniach, o lękach i nadziejach.

Monika słuchała ze zmartwionym czołem, milczała, trzymając bluzkę w rękach. Poczułem ulgę mogłem się otworzyć. Wcześniej w starym związku nie miałem nawet komu wyżalić się w ten sposób.

***

Świadkowie Jehowy odmawiają transfuzji krwi, powołując się na Pismo Święte Tylko mięsa z duszą, z krwią jego, nie jedzcie.

Był czwarty rok studiów, słuchaliśmy wykładu.

Duchowieństwo często sprzeciwia się transplantacji organów, choć to gwarantuje prawo. Kościół potępia metody poczęcia niezgodne z naturą. Surogatki, oddawanie komórek rozrodczych… Kościół broni swoich interesów. Medycyna i wiara się wykluczają.

To nieprawda usłyszeliśmy z sali. Andrzej wstał.

Chce pan polemizować? zapytał wykładowca.

Nie. Po prostu tak jest.

Wykładowca ucieszył się na możliwość dyskusji. Andrzej odpowiadał spokojnie, z godnością, cytował Biblię.

Kościół dba o duszę, lekarz o ciało. Jeśli nie mogą mieć dzieci, mogą przyjąć ten los. Może to powołanie. Kościół nie zawsze sprzeciwia się metodzie in-vitro jeśli od męża, nie, ale od dawcy już tak. Chodzi o odpowiedzialność i moralność.

Wykładowca się zaperzył, krzyczał. Andrzej bronił swojej wiary, nie złościł się. Broniąc wiary, bronił siebie, matki i małego, wiejskiego kościółka, do którego chodził z babcią.

Konflikt na uczelni skończył się dla Andrzeja problemami, był wzywany do dziekana, wracał smutny, małomówny tylko Halinie powierzał się do końca.

Na piątym roku po prostu nie pojawił się na zajęciach. Przysłał nam list wybrał seminarium duchowne. Żegnał się szczerze i prosił o pamięć.

Zaskoczyło nas to. Najlepszy z nas odszedł. Co się stało?

Dopadliśmy Halinę, ale ona milczała. Pojechaliśmy więc do Andrzeja do domu. Pani Genowefa była szczęśliwa syn został klerykiem i już.

Wróciliśmy do Krakowa z pakunkami od jego mamy i całkiem niepewni, czy to zrozumienie, czy zawód tym wyborem.

Co mu do głowy strzeliło! klął Witek.

A widzisz, też wołamy: Boże, daj siłę. Widocznie Bóg miał na niego inne plany odpowiedziałem.

***

Jaka świeczka, Kirku? Jadę do starego kumpla. Urlop już mam.

Siedzieliśmy z doktorem Kisielewskim. Za trzy dni miałem jechać do Warszawy. Bałem się jechać sam samochodem, coraz bardziej kręciło mi się w głowie, na operację liczyłem.

Do jakiego kumpla?

Z czasów studiów. Nie widzieliśmy się ponad 20 lat. Poszedł do seminarium, dziś jest proboszczem. Niedaleko stąd.

Ja bym nie ryzykował rzucił Kisiel.

Trudno, pojadę…

Znany z klasztoru i pielgrzymek Nowy Sącz w rzeczywistości okazał się skromniejszy niż na zdjęciach. Najwięcej było kościołów niemal co skrzyżowanie.

Poszedłem do kościoła na wzgórzu. Po drodze ani razu nie miałem zawrotów głowy, pomyślałem: może rzeczywiście do Boga idzie się przez uzdrowienie…

Białe ściany, wieże, złote kopuły błyszczały tak, że aż bolało patrzeć. Powiedziano mi, że trwa msza mam poczekać na księdza. Trochę się bałem pytać, ile to potrwa. Poszedłem obejść teren.

Za płotem był cmentarzyk, dalej zejście nad rzekę. Przed studnią kręcili się ludzie. Staruszki z wysiłkiem wchodziły pod górę, zamiast schodami. Okazało się, że kręcą kilkukrotnie to taki rytuał.

Nie idzie pan po święconą wodę? zagadnęła mnie młoda kobieta.

Po święconą? Eee, właściwie…

Tam są butelki, proszę wziąć. Trzeba przejść trasę trzy razy.

Po co?

Pan wie najlepiej, po co tu przyjechał.

Nie wyjaśniłem, że do księdza-kolegi. Po prostu wziąłem butelkę, przeszedłem trasę trzy razy, napiłem się wody zimna, słodkawa, tak czysta jak łza.

Zrobiło mi się lżej. Kiedy wróciłem, tłum powoli wychodził z kościoła, a na czele szedł duchowny z postawną brodą i ciepłym głosem. Na oko to nie mógł być Andrzej tamten był szczupły, zawsze w okularach! Ale oczy… Te głębokie, jasne poznałem od razu.

Podszedłem z tyłu.

No, witam, proboszczu!

Parafianie szeptali: Mówi się Szczęść Boże, księże! Ale Andrzej już się śmiał.

Jerzy! Ale cię widzieć, przyjacielu…

Uścisnęliśmy się. Ludzie rozchodzili się powoli, a my poszliśmy w stronę ogrodu.

Radość wielka dzisiaj u nas! Halina będzie szczęśliwa.

Halina? Ona tu?

Oczywiście, żona moja, doktor w tutejszej przychodni. Piątka dzieci już prawie dorosłych, najmłodszy w czwartej klasie.

Niesamowite. Ja też mam troje, jedna córka z pierwszego małżeństwa.

Tu nam dobrze. Proponowali inne parafie, ale tu nam najlepiej, krajobrazy piękne i pracy dużo dla każdego.

A twoje oczy? Nadal okulary?

Operacja zrobiona lata temu. Czasem noszę szkła kontaktowe.

To jednak Kościół nie sprzeciwia się medycynie?

Obaj się roześmieliśmy.

Zaczęliśmy wspominać stare czasy, wybryki jak pożyczaliśmy sobie książki z biblioteki, jak pani Genowefa doglądała nas podczas studiów.

Przyszedł kierowca od Andrzeja, zawiózł mnie do jego domu nowy, piękny, ogród, kapliczka.

Drzwi otworzyła Halina, serdeczna, z uśmiechem. Dom pachniał bazylią i ciastem drożdżowym, w centralnym miejscu wisiała ikona Matki Boskiej, obok telewizor i komputer, w kuchni ekspres ciśnieniowy. Dziecko biegało po ogrodzie, Halina zagadywała mnie, częstując świeżą zupą.

Zamruczałem zadowolony na hamaku w altance, zapomniałem o całym świecie.

***

Co z Witkiem? Wiesz coś?

Oczywiście. Kiedyś częściej pisaliśmy, rozmawialiśmy, ale kontakt się urwał. Ostatnio nic nie wiem.

Osądzasz mnie?

Bóg oceni, a każdy ma swoją prawdę i sumienie. Jerzy, powiedz, jaka trapi cię bieda? Widzę…

Guz mózgu, złośliwy…

Andrzej tylko ciężko westchnął.

Służbę odprawisz, jeśli osłabniesz usiądziesz, potem spowiedź, komunia. Reszta się ułoży.

Jakbyś mnie żegnał.

Wszystko w Twoich rękach. Kapłan wskazuje drogę, reszta jest w duszy.

Chciałem opowiedzieć całą historię, jak zabrałem Witkowi narzeczoną, ale Andrzej tylko pokręcił głową.

Następnego dnia na spowiedzi już nie tłumaczyłem się, tylko pokornie się wyspowiadałem to była już nie opowieść, tylko szczere wyznanie.

Byliśmy kiedyś przyjaciółmi, wystarczyła jedna chwila, by stali się wrogami.

***

W kościele ludzi było niewielu. Andrzej szeptał:

Chrystus niewidzialnie słucha, ja tylko świadek. Mów, Jerzy.

Opowiedziałem wszystko: o tym, jak zazdrościłem Witkowi, jak zawsze wszystko mu się udawało, a do tego zakochała się w nim Alina córka jednego z pacjentów. Chodzili razem, Witek miał przed sobą Warszawę i perspektywę.

Byłem zazdrosny. Zrobiłem wszystko, by popsuć tę relację podpuszczałem Alinę. Na weselu Wojtka poszliśmy razem na balkon, Witek nas zobaczył, a potem odszedł. Przestaliśmy się przyjaźnić.

Przez lata los mi się odwrócił z Aliną rozstałem się boleśnie, pierwsze małżeństwo się rozpadło. W pracy też nie zawsze byłem lojalny czy wierny. Teraz, z Moniką czuję spokój, choć i jej nie byłem święty.

Możesz mi te grzechy odpuścić, ojcze Andrzeju?

To Bóg odpuszcza, nie ksiądz, ważne by żałować naprawdę.

Poczułem, jak łzy napływają do oczu. Chwyciłem za ołtarzyk.

Przekaż Bogu, że żałuję, Andrzeju! Chcę żyć, kochać Monikę, wychować dzieci, pracować nawet zwyczajnie, byle żyć. Proszę, przekaż…

Andrzej modlił się nade mną, patrzył swoimi ciepłymi, niebieskimi oczami.

Moim zdaniem, Jerzyk, musisz znaleźć Witka i go przeprosić.

Jak? Za dwa dni mam być w Warszawie.

Witek pracuje w Białymstoku, w klinice onkologicznej.

O, tylko nie mów, że mam się tam operować!

Dlaczego nie? Słyszałem, że prowadzi badania z neurochirurgii, jeździ też do Warszawy. Spotkaj się z nim.

Najpierw muszę być w stolicy… Ale kiedyś to zrobię.

Przeproś też tę pielęgniarkę…

To akurat da się zrobić odpowiedziałem, choć wspomnienia szczypały mnie w serce. Znajdę ją. Módlcie się za mnie, proszę. Najważniejsze, by lekarz mnie przyjął, by znalazło się miejsce na operację. Bo może rzeczywiście, przyjdzie lecieć do Białegostoku…

Przed odjazdem jeszcze z piętnaście razy wszedłem pod górę po wodę ze studni. Za każdym razem piłem i patrzyłem z nadzieją.

Polacy patrzyli na mnie, niektórzy żegnali się i mnie też żegnali. Niech Bóg pomoże.

***

Dziś wiem, że największym darem jest uczciwie zmierzyć się z sobą i swoim sumieniem. Zrozumiałem, by prosić o wybaczenie, trzeba samemu sobie wybaczyć. Chcę żyć, naprawdę żyć, nie po to, by być najlepszym lekarzem, ale by być człowiekiem dla innych i siebie samego.

Rate article
Fajna Tajna
Ja chcę żyć, Andrzeju!