Zepsuta szklarnia i kobieca przebiegłość: jak jedna intryga omal nie zniszczyła dwóch rodzin
Od samego rana na podwórko do Katarzyny wpadła sąsiadka – zalana łzami, z potarganymi włosami i drżącymi rękami. To była Jadwiga.
— Wszystko przepadło! — szlochała. — Cała szklarnia, moje plony… Ktoś w nocy wszystko połamał! A ja tak liczyłam na te ogórki i pomidory. Dla dzieci, dla siebie, trochę chciałam nawet sprzedać… A teraz nic, poszło w błoto!
— Nie dramatyzuj, Jadziu — pocieszała ją Katarzyna. — To nie koniec świata. Wszystko naprawimy. Marek pomoże, on u mnie ma złote ręce!
— Jaki Marek? — wyrwało się Jadwidze. — Mój mąż od trzech dni leży w chałupie, pije jak bela. Wszystko na mojej głowie. A teraz jeszcze ostatnia szansa na sezon przepadła…
Katarzyna zamyśliła się. Chciała pomóc, ale coś w zachowaniu sąsiadki ją zaniepokoiło. Ta ostatnio kręciła się zbyt często koło ich domu. Raz po sól, raz po sadzonki, raz tak sobie – „tylko pogadać”. I zawsze wystrojona jak na randkę, a nie do pracy w ogródku.
Prawda była taka, że Jadwiga od dawna knuła podstęp. Po zdradach męża i ciągłych awanturach spojrzała w stronę cudzego małżonka – spokojnego, zaradnego, trzeźwego Marka. I co, Kasia jest od niej lepsza? Przecież Jadwiga jest ładniejsza, sprytniejsza, a i gospodyni z niej niezła. Tylko że Kasi nie da się tak łatwo usunąć – trzeba było sięgnąć po wybieg.
Postanowiła zagrać va banque. Namówiła miejscowego próżniaka Jacka, żeby w nocy zdewastował jej szklarnię. Zapłaciła hojnie – nie była skąpa. Szkoda plonów? Oczywiście. Ale jeśli to miało otworzyć drogę do szczęścia, czemu nie?
I tak rano – scena z płaczem, wizyta u Kasi, skargi i aluzje. Wszystko po to, żeby Marek przyszedł i pomógł, żeby był blisko.
Ale Marek, choć dobry, nie był głupi. Doskonale wyczuł, że Jadwiga coś knuje. Odrzucić prośbę – urazić, pomóc – dać jej nadzieję. Więc wymyślił inny sposób.
Poszedł do męża Jadwigi, do Andrzeja, i otwarcie z nim pogadał:
— Słuchaj, stary, pilnuj swojej — powiedział. — Miejscowy brygadzista Zbigniew wyraźnie się do niej pali. Pieniądze podsuwa, wyjazdy proponuje. A ona, uwierz, odmawia – bo ciebie czeka. Kocha cię, nie chce rozbijać rodziny…
Andrzejowi jakby łuski spadły z oczu. Tak, pił, wrzeszczał, zaniedbywał dom. A przecież żona – piękna, wierna, wytrzymuje wszystko… A on co? Sam wszystko psuje. A tak naprawdę – lada dzień może ją stracić.
Następnego ranka Andrzej sam zabrał się za naprawę szklarnii. Potem wyciągnął oszczędności z tajnego konta i oddał wszystko Jadwidze. Ta tylko otworzyła usta – nie spodziewała się tego.
— Pojedziemy nad morze — powiedział. — Odpoczniemy, jak dawniej. Tyle lat razem, a zupełnie się oddaliliśmy.
Jadwiga ożyła. Pobiegła na zakupy, narobiła zapasów sukienek, chwaliła się wszystkim koleżankom. Wpadła też do Katarzyny – pochwalić się nowym życiem.
A Kasia tylko się uśmiechnęła. Wszystko zrozumiała. Ale milczała. Jej Marka nikt nie zabierze. Ani za podarunki, ani za łzy, ani za podstęp.
Po prostu zamknęła drzwi za Jadwigą i poszła do męża – przytulić się, podziękować i, szczerze mówiąc, trochę pofantazjować. O nim, o rodzinie. I o tym, że w przeciwieństwie do innych, ona nigdy nie budowała własnego szczęścia na cudzym nieszczęściu.



