Wanda Nowak przymierzała przed lustrem trzecią sukienkę tego wieczoru, gdy z sąsiedniego mieszkania dobiegły pierwsze dźwięki muzyki. Skrzywiła się, odłożyła niebieską bluzkę i nadstawiła ucha. Zegar wskazywał wpół do ósmej – za wcześnie na skargi, chociaż sąsiadka Basia rzadko urządzała hałaśliwe spotkania.
“Może urodziny czyjeś” – mruknęła Wanda, wciągając szary sweter. “Choć mogłaby uprzedzić.”
Muzyka przybierała na głośności, dołączyły do niej głosy i śmiech. Wanda podeszła do dzielącej ich ściany i przyłożyła ucho. Rozmawiało kilka osób, znacznie więcej niż dwie czy trzy.
Zadzwoniono do drzwi. Wanda, wciąż w domowym swetrze, zajrzała przez wizjer. Na progu stała sąsiadka z dołu, Elżbieta Kowalska, z wymuszonym uśmiechem.
“Dobry wieczór” – zaczęła, zanim drzwi się otworzyły. “Wie pani, co Basię obchodzi? Muzyka grzmi na całą klatkę.”
“Nie wiem” – szczerze odparła Wanda. “Dziwi mnie to samo. Zwykle jest cicho.”
“A może jej w ogóle nie ma?” – Elżbieta zniżyła głos. “Może ktoś obcy się włamał? Czasy teraz takie…”
Kobiety wymieniły spojrzenia. Basia mieszkała sama, pracowała w bibliotece, żyła spokojnie. Nikt nie pamiętał, by kiedykolwiek zapraszała tłumy.
“Pójdziemy razem, zapytamy” – zaproponowała Wanda. “Jeśli coś nie tak, wezwiemy policję.”
Weszły wyżej. Muzyka lała się spod drzwi, słychać było odgłosy biesiady. Wanda nacisnęła dzwonek.
Drzwi otworzyły się natychmiast. Na progu stała Basia, ale zupełnie inna – włosy w nieładzie, policzki zaróżowione, w dłoni kieliszek z czymś musującym. Miała na sobie jaskrawoczerwoną sukienkę, której Wanda nigdy u niej nie widziała.
“Ojej!” – zawołała Basia z przesadną radością. “Sąsiadeczki kochane! Wchodźcie, wchodźcie! Świętujemy!”
“Co świętujecie, Basiu?” – ostrożnie spytała Wanda, zaglądając przez ramię do środka.
Wewnątrz zebrało się spore towarzystwo. Co najmniej osiem osób, może więcej. Mężczyźni i kobiety w różnym wieku, elegancko ubrani, z kieliszkami w dłoniach. Na stole królował ogromny tort, zakąski i butelki szampana.
“Ale co za różnica!” – machnęła ręką Basia. “Życie to święto! Wpadajcie, częstujcie się!”
“Basiu, a skąd ci ludzie?” – nie ustępowała Elżbieta. “Kim są?”
“Przyjaciele!” – ogłosiła uroczyście gospodyni. “Starsi, dobrzy przyjaciele! Poznaliśmy się i świętujemy naszą znajomość!”
Z głębi mieszkania dobiegł męski głos:
“Basia! Chodź tu! Będzie toast!”
“Już idę!” – odkrzyknęła. “Dziewczyny, naprawdę, wchodźcie! Albo ja później do was zajrzę, wszystko opowiem!”
Drzwi zatrzasnęły się. Sąsiadki zostały na korytarzu, próbując ogarnąć to, co widziały.
“Coś tu nie gra” – pokiwała głową Elżbieta. “Nasza Basia i nagle taka kompania… A ci faceci wyglądali podejrzanie. Jeden w ogóle jak bandzior.”
“Może się zakochała?” – zasugerowała Wanda. “Ludzie się zmieniają przez miłość.”
“W pięćdziesiątce? Daj spokój!”
Wanda chciała odpowiedzieć, że pięćdziesiątka to nie wyrok, ale muzyka stała się tak głośna, że rozmowa była niemożliwa.
Rano obudziła ją cisza. Niezwykła, przejmująca. Zasnęła przy dźwiękach imprezy, które ucichły dopiero nad ranem. Teraz za ścianą panowała grobowa pustka.
Wychodząc do pracy, spotkała w klatce Elżbietę.
“No i co, wyspałaś się?” – zjadliwie spytała. “Ja całą noc się kręciłam. A rano przez okno widziałam drogie auta pod blokiem. Teraz ich nie ma.”
“Goście pewnie rozjechali się.”
“Właśnie. A kto to w ogóle był? I co naszej Basi strzeliło do głowy?”
W przerwie obiadowej Wanda wstąpiła do sklepu spożywczego. Przy kasie stała znajoma postać – Basia, ale już w swoim zwykłym szarym płaszczu i ciemnej chuście. Kupowała chleb, mleko i najtańszą kiełbasę.
“Basiu!” – zawołała Wanda. “Jak tam? Jak wczorajsza impreza?”
Basia odwróciła się i Wanda aż drgnęła. Twarz sąsiadki była szara, oczy zaczerwienione, jakby całą noc płakała.
“Jaka impreza?” – cicho spytała.
“No u ciebie, wczoraj goście, muzyka, zabawa…”
“Ach, to…” – Basia odwróciła się do kasy. “Pomyłka. Nie tamtędy szli.”
“Jak to? Sama nas zapraszałaś!”
“Nie pamiętam” – pokręciła głową. “Może ci się śniło.”
Zapłaciła i szybko wyszła, zostawiając Wandę w całkowitym osłupieniu.
Wieczorem Wanda nie wytrzymała i zapukała do drzwi sąsiadki. Basia otworzyła po dłuższej chwili.
“Wejdę?” – spytała Wanda.
“Lepiej nie” – zawahała się Basia. “Bałagan po… po sprzątaniu.”
“Basiu, co się stało? Jesteś jakaś dziwna.”
Basia stała w wahaniu, w końcu szepnęła:
“Wejdź.”
Mieszkanie wyglądało, jakby rzeczywiście odbyła się tu impreza. Wszędzie leżały plastikowe kubki, na podłodze iskrzyły się odłamki kieliszka, na stole zaschły resztki tortu. Ale najdziwniejsze było to, że unosił się zapach obcych perfum i papierosów, których Basia nie paliła.
“Basiu, co tu się wydarzyło?”
Basia opadła na fotel, zakrywając twarz dłońmi.
“Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Wczoraj rano poszłam do biblioteki, jak zawsze. A gdy wróciłam… oni już tu byli.”
“Kto – oni?”
“Ludzie. Obcy. Siedzieli przy moim stole, jedli, pili, włączyli muzykę. Jeden mężczyzna, taki dystyngowany, w garniturze, podszedł i powiedział: *Basieńko! Nareszcie! Czekaliśmy!*”
Wanda usiadła na skraju kanapy.
“I co zrobiłaś?”
“A co mogłam? Myślałam, może coś przeoczyłam, może rzeczywiście kogoś zaprosWanda spojrzała przez okno i zobaczyła, jak ci sami ludzie stoją na podwórku, uśmiechając się szeroko, a ich cienie na chodniku były znacznie dłuższe niż powinny.



