Im dalej, tym bliżej serca…
Wiesz co, mój kochany wnuczku! Jeśli tak bardzo ci już przeszkadzam, to mam tylko jedno rozwiązanie. Nie pojadę ani do żadnej z córek, ani po koleżankach włóczyć się nie zamierzam. I żadnego dziadka mi szukać też nie musisz. No popatrz, co wam do głowy przychodzi! Żeby mnie za mąż wydać na starość!
Babciu, przecież o tym ci od dawna mówiłem! Mama też powtarza, żebyś się zdecydowała na Dom Seniora. Przepisz dom na mnie, to ci tam pokój załatwią, a mama się już dogada. Tam nie będziesz sama, zawsze sąsiadka pod ręką, pogadać jest z kim, a mi już nie będziesz zawadzać.
Ja się nigdzie z mojego domu nie ruszam. Powiem ci tak, Marcin. Jak ci przeszkadzam, to masz próg szeroki, idź, gdzie chcesz. Młody jesteś, głowę masz na karku, to szukaj sobie mieszkania, żyj jak ci się podoba. Jak nie chciałeś się uczyć, to idź do pracy. Choćbyś codziennie inne dziewczęta przyprowadzał do domu, to twoja sprawa. Ja jestem starsza osoba, za miesiąc mam sześćdziesiąt pięć lat, potrzebuję spokoju i ciszy. Naskakałam się już po świecie, czas do siebie wrócić. To nie w porządku, wnuczku, że mnie z mojego własnego domu wypędzacie i jeszcze żyjecie z mojej emerytury ze swoimi pannami. Ta emerytura to nie guma, ile można rozciągać! Masz tydzień. Nie znajdziesz mieszkania idź do kolegów, dziewczyny, gdzie chcesz. Ani twojej obecnej, Joanny czy jak jej tam, nie chcę tu widzieć dziś w moim domu. To już szczyt raz szukają mi kawalera, raz chcą mnie do Domu Seniora posłać!
Marcin coś jeszcze próbował wykrzyczeć, ale Lidia Wiśniewska już go nie słuchała. Przeszła cicho do swojego pokoju i zamknęła drzwi, głowa jej pulsowała z bólu. Trzeba by wziąć tabletkę, ale po wodę do kuchni nie chce się iść, żeby z wnukiem się nie spotkać. Rozejrzała się po maleńkim pokoiku. Na komodzie stała plastikowa butelka z końcówką mineralnej akurat tyle, żeby popić lekarstwo.
***
Sama się sobie dziwiła tej stanowczości. W końcu ile można znosić! Przez dwa lata milczała, wytrzymywała wszystko, biegała na zawołanie tu do jednej córki, tu do drugiej, a potem przy pierwszej okazji wracała do siebie, bo już pojawiały się delikatne sugestie, że mogłaby się zbierać. A teraz wnuk, dwudziestoletni obibok, rządzi się w jej domu, a to z jedną narzeczoną, a to z drugą i babcia zawsze przeszkadza: sapie przez ścianę, pokasłuje, romanse młodym psuje.
Babciu, może byś do kogoś na parę dni się wybrała, to bym z Kasią, Zosią, Moniką czy Weroniką (skreślić niepotrzebne dziewczyny często się zmieniają) sam w domu został.
I Lidia Wiśniewska raz do kuzynki, raz do sąsiadki Krysi, raz do byłej znajomej z pracy aż z czasem zauważyła, że nikt już szczególnie nie cieszy się z jej odwiedzin. Świadomie już starała się za długo nie zostawać, żeby nie być ciężarem.
***
Aż w końcu, kiedy już nawet nie miała za bardzo do kogo pojechać, starsza córka, Agnieszka, urodziła drugie dziecko. W Warszawie, w bloku, z kredytem hipotecznym i starszym synem w szkole nikt nie wytrzyma na macierzyńskim, więc babcia była niezastąpiona.
Pojechała Lidia Wiśniewska do Agnieszki. Na początku byli zadowoleni obiad na stole, mieszkanie sprzątnięte, dzieci pod opieką. Ale po kilku miesiącach zięć Lidii, swoją drogą tylko dziesięć lat młodszy od niej, zaczął mieć uwagi.
Pani Lidio! Niech pani takich parówek już nie kupuje, od tego można się zatruć. I po co te parówki, skoro można normalny obiad zrobić? Z kotletami czy pieczenią też trudności nie ma…
Pani Lidio! Kotleciki są ok, ale coś za dużo wydaje pani na zakupy i domowe sprawunki. Trochę oszczędniej by mogło być!
Pani Lidio! Przepraszam, ale jestem człowiek, a nie królik, żebym trawę z warzywami cały czas jadł. Mięso się też przyda w jadłospisie. Więcej mięsa!
I tak ze wszystkim. Skoro już jest pani w domu, to mogłaby pani pomóc starszemu wnuczkowi z nauką, po co nauczycielom płacić, kiedy żywa babcia w domu?
A i od wnuczki się obrywało dziewczynka z charakterem, czwarta klasa, a dumę ma jak stąd do Krakowa! A to babcia się niemodnie ubiera, a to ją przed koleżankami zawstydza, a to do nauki zmusza! Babciu, po co do nas przyjechałaś? Ty masz swój dom na wsi, tam sobie pojedź, a tu rządzisz!
Lidia nic nie mówiła, wszystko przełykała, starała się każdemu dogodzić. Zięciowi mięso z własnej emerytury kupowała, wnuczce kieszonkowe dawała, żeby jej wstydu chociaż trochę wynagrodzić, nawet Marcinowi, obibokowi, który ani się nie uczył ani nie pracował, zasiłek przelewała, żeby chociaż prądu nie odcięli.
Córce się żalić nie ma sensu ta męża sobie ceni, nigdy mu nie sprzeciwi. No bo jak inaczej niełatwo było go sobie wykraść i jeszcze dzieci mu urodzić na stare lata.
Czasem, jak zięcia nie było w domu, córka przemknęła tylko półgębkiem: “Mama, wytrzymaj jeszcze, to dla mojego dobra, nic nie poradzę” i tyle.
Jak tylko młodsza wnuczka poszła do żłobka, natychmiast przestali potrzebować babci. I zięć powiedział prosto z mostu: Pani Lidio, teraz już sobie poradzimy, dziękujemy za pomoc. Można wracać do siebie.
Szczęśliwa Lidia wróciła do domu w końcu będzie u siebie, swobodnie. Ale gdzie tam! W jej domku zagrzał miejsce Marcin, najstarszy wnuk od tej właśnie córki. I nie sam z dziewczyną! Brud wszędzie, jakby koparką wybierać, rachunki za prąd i wodę nieopłacone, zaraz mieli wszystko poodcinać.
Nie miała wyboru, musiała wziąć kredyt konsumencki spłaciła długi, dom doprowadziła do ładu, mogła wreszcie odetchnąć spokojnie. Ale zaraz wnuk marudzi bo domek mały, dwie izby i kuchnia, prywatności żadnej, babcia po kątach stęka i chrapie.
I znowu cud młodsza córka, Magdalena, rodzi, zaprasza: Mamo, przyjedź, pomóż z dzieckiem! No to znowu zebrała manatki, pojechała. Trzy miesiące wytrzymała, znowu się poczuła jak piąte koło u wozu. Bez czekania na prośby o wyjazd, sama wróciła do siebie. I znowu wnuk niezadowolony.
Może by i dalej znosiła Lidia Wiśniewska to wszystko, gdyby nie pewna sytuacja, która wydarzyła się zaraz po jej powrocie.
Dom znów umyta, rachunki na bieżąco płacone, znowu babcia przeszkadza wnukowi.
***
Marcin, jadę dziś do Krysi, ma urodziny, wrócę późno. Zamknijcie się na noc, wejdę przez ogród, żeby nie pobudzić was.
A może byś u Krysi została na noc? Po co masz tu po ciemku łazić i hałasować. Odpoczęlibyśmy od siebie…
No ile wy mogliście się już ze mną zmęczyć? Dopiero tydzień jestem w domu.
Tydzień to też coś znaczy. Naprawdę nie zostaniesz u Krysi?
Nie, wracam do siebie.
Impreza była rozkręcona najpierw siedzieli w kawiarni, potem najbliżsi pojechali do Krysi. Gadki, śmiechy, wspominki. Lidia już zbierała się do domu, kiedy solenizantce zadzwonił telefon. Spojrzała ukradkiem na Lidię, wyszła na ganku pogadać, po czym wróciła i mówi:
Twoja córka, Agnieszka, dzwoniła.
Agnieszka? Co się stało? Czemu do mnie nie zadzwoniła? Wszystko u nich dobrze? pyta, sięgając po telefon, ale Krysia ją powstrzymała.
Nie dzwoń, Liduś, wszystko dobrze. Prosiła mnie, żebym cię zatrzymała na noc.
Na noc? Ale po co? Mówiłam Marcinowi, że dziś wracam!
Marcin zadzwonił do swojej mamy, że sami chcą pobyć, bo im przeszkadzasz. Agnieszka mnie poprosiła, żebym cię dziś nie puszczała do domu. Zostań już, młodzi odpoczną i pogadamy przy okazji.
Nie przesadzaj, wszystko jest w porządku.
Wiesz, Lidia, jak wszystko dobrze, to dzieci nie dzwonią do obcych i matki o nocleg nie proszą. A tydzień temu Agnieszka pytała mnie, czy przypadkiem nie znam jakiegoś dziadka z mieszkaniem, bo Marcinowi by już rodzinę założyć, a ty im na każdym kroku przeszkadzasz. Mówiła, że jak nie chcesz do Domu Seniora, to może byś do jakiegoś kawalera się przeprowadziła…
Opowiedziała Lidia wszystko, tak jak było. O mieszkaniu ze starszą córką, jak się nie mogła wdrożyć, o tym jak młodszej też przeszkadzała, o wnuku obiboku, któremu życie rujnuje swoją obecnością. Że choć dom jej, to czuje się już w nim obca.
Nawet u siebie w domu nie jestem gospodynią. Marcin, jak tylko skończył liceum, do Agnieszki do miasta się wyniósł. Tam mąż Agnieszki od razu się postawił, że wnuka nie chce. No to wrócił Marcin do mnie, do wojska nie przyjęli, na studia nie poszedł. Jak się uczył jeszcze, Agnieszka mu wysyłała parę złotych, ale jak tylko osiemnastkę skończył, to koniec wsparcia. I tak siedzi mi na głowie do dziś.
Nie została Lidia u Krysi na noc, wróciła do siebie. Ale jak weszła do domu, powiedziała wszystko, co na sercu leżało, wnukowi.
Marcin poleciał z żalem do matki, że babcia już postradała zmysły, z domu go wykopuje. Zadzwoniła Agnieszka, żeby matce porządnie wygarnąć, ale Lidia powtórzyła dokładnie to samo, co powiedziała wnukowi.
Marcin się wyniósł. Na odchodnym powiedział babci, żeby już na jego pomoc nie liczyła, bo noga jego więcej tu nie postanie.
Lidia została sama, ale w końcu poczuła ulgę. Cisza w domu, święty spokój, w końcu sama sobie panią. Przecież całe życie wszystkim innym się przejmowała. Jak córki były małe, to nie na rękę im było, żeby mama się za mąż ponownie wybierała. Jak męża pochowała, to wszystko na sobie ciągnęła. Chciała dobrze, a wychowała tylko “braczy”. To nie jest normalne, żeby człowieka na starość z własnego domu wypędzano. Co to za życie, gdy u siebie jest się tylko “balastem”?
Marcin po czasie przyszedł, przeprosił. Ale Lidia dawno już mu wybaczyła, tylko nie zaprosiła go już do wspólnego mieszkania. Wpadaj w gości, ile chcesz, Marcinku, ale razem nie będziemy mieszkać. Ty młody, masz swoje sprawy, a ja spokojnego życia szukam.
Córki też zapraszają, potrzebują pomocy z dziećmi. Teraz Lidia się nie zgadza na wyjazdy. Przywieźcie wnuki do mnie, chętnie się nimi zajmę. Tu świeże powietrze, i ja tu u siebie spokojna. Tutaj jestem panią domu i nikt mi rozkazywać nie będzie.
Lidia mówi, że im dalej, tym bliżej serca. I wiesz co, zgadzam się z nią w stu procentach…



