Ileż można to wytrzymać!!!… Jem źle, ubieram się źle, właściwie wszystko robię źle!!! mój głos niemal przeszedł w krzyk.
Ty nic nie potrafisz!!!… Nawet porządnych pieniędzy nie umiesz zarobić!… W domu z ciebie żadnej pomocy! rozpłakała się Zuzanna, …I dzieci też nie mamy…, dodała cicho.
Biała-Ruda nasza kotka, już z dziesięć lat miała, siedziała na szafie i z góry bez słowa przypatrywała się kolejnej tragedii. Ona wiedziała, czuła, że mama i tata bardzo się kochają. Nie rozumiała tylko, po co wypowiadać takie gorzkie słowa, które sprawiają ból każdemu z nas.
Zuzanna, ciągle płacząc, uciekła do pokoju, a ja paliłem jednego papierosa za drugim.
Biała-Ruda, zauważywszy jak nasza rodzina się rozsypuje, pomyślała: Trzeba, żeby w domu było szczęście, a szczęście to dzieci Skądś trzeba wziąć dzieci…
Sama Biała-Ruda nie mogła już mieć maluchów dawno ją wysterylizowaliśmy, a Zuzanna, lekarze twierdzili, że może urodzić, ale coś ciągle szwankowało…
Rano, gdy poszliśmy do pracy, Biała-Ruda po raz pierwszy wymknęła się przez uchylone okno, by odwiedzić sąsiadkę Kitkę i poradzić się.
Po co wam dzieci? prychnęła Kitka. Gdy dzieci znajomych przyjdą, chowam się albo pomadką pysk wysmarują, albo tak ściskają, że trudno oddychać!
Biała-Ruda westchnęła: My potrzebujemy takich prawdziwych dzieci Ale gdzie je znaleźć…
No wiesz U tej podwórkowej Kizi właśnie pięcioro się urodziło zamyśliła się Kitka sobie wybierz
Biała-Ruda, ryzykując, przeskakiwała z balkonu na balkon, aż w końcu zeszła na podwórko. Drżąc z nerwów, przeszła przez pręty w piwnicznym oknie i zawołała:
Kizia, wyjdź na chwilkę, proszę…
Z czeluści piwnicy dobiegło żałosne piszczenie.
Biała-Ruda, cichutko podpełzając i rozglądając się ostrożnie, wsłuchała się w te słabe jęki. Pod grzejnikiem, na żwirze, leżało pięć ślepych, kolorowych kociąt, poszukujących mamy. Biała-Ruda obwąchała je Kizi nie było tu już od trzech dni, a maluchy były wygłodniałe…
Biała-Ruda, wzruszona niemal do łez, delikatnie, ale wytrwale przeniosła jedno po drugim pod klatkę schodową.
Kładąc się obok, próbując zatrzymać rozlatujące się głodne kocięta, nerwowo patrzyła w stronę końca podwórza czekając na mój i Zuzanny powrót.
Wracałem z Zuzanną z pracy w milczeniu i pod domem oniemieliśmy na widok Białej-Rudej (co sama nigdy nie wychodziła na dwór) okrążonej przez pięć mruczących, kolorowych kociąt, próbujących złapać pierś do ssania.
Jak to możliwe? zdziwiłem się.
Cud…, powiedziała cicho Zuzanna. Zebraliśmy całą gromadkę i prędko pobiegliśmy do mieszkania.
W domu, obserwując rozmruczaną kotkę w pudełku pełnym maluchów, zapytałem:
Co z nimi zrobimy?
Wykarmię z butelki, jak podrosną, rozdam przyjaciółkom, zadzwonię odpowiedziała Zuzanna cicho.
Po trzech miesiącach, Zuzanna, nadal szoku po całej historii, głaskała kocią drużynę i mówiła nie do końca do siebie, nie do końca do mnie: To się po prostu nie zdarza, to się naprawdę nie zdarza…
A potem razem z Zuzanną płakaliśmy z radości, kręciłem nią w objęciach po całym mieszkaniu i przekrzykiwaliśmy się:
Nie na darmo dom wykończyłem!
Dziecku się tu na pewno spodoba, będzie miało gdzie oddychać!
Kotki niech sobie tu biegają!
Wszystkich pomieścimy!
Kocham cię!
Ja ciebie kocham jeszcze bardziej!
Mądra Biała-Ruda otarła łzę życie znowu się układa…
Dopiero teraz naprawdę zrozumiałem, że do szczęścia nie zawsze trzeba szukać wielkich rzeczy ani pieniędzy czasem wystarczy kilka par malutkich łapek w domu i ciche mruczenie, żeby odnaleźć siebie i drugiego człowieka na nowo.



