Pamiętam to jak przez mgłę, choć minęło już tyle lat. Janek, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj auto krzyczała Helena, lecz już w duchu wiedziała, że wszystko przepadło. Rzeczy powypadały z samochodu prosto na szosę, samochody jadące za nimi pewnie nawet nie zauważyły, co zgubili.
Wszystkie prezenty i upominki, na które odkładali przez dwa miesiące! I słoik czerwonego kawioru, i świeżego łososia, i pachnąca szynka, a także wiele przysmaków, które kupowali tylko na duże okazje. Torby z drożyzną i prezentami leżały na samej górze bagażnika, by nic się nie zgnieść. Napakowali wszystkiego po brzegi, jechali przecież do cioci Janka na wieś na święta.
Na trasie ciągnęły się korki, każdy ruszył za miasto. Samochody sunęły jeden za drugim, niespiesznie, lecz trudno było się natychmiast zatrzymać. To, co wypadło przepadło!
Dzieciaki, siedzące z tyłu, patrzyły na smutną mamę, a zaraz potem rozryczały się na całego. Helena wzięła się szybko w garść, uspokoiła maluchy, a Janek zjechał na pobocze i zatrzymali się wreszcie. Nadzieja jeszcze tliła się w sercu może coś padło na bok, może nie wszystko zgubili? Przeszli poboczem kawałek wstecz, lecz po chwili jasne się stało, że nie ma po co dalej szukać, wszystko przepadło, tylko czas by stracili.
Zostaw, kochanie, nie przejmuj się, co się stało, to się nie odstanie pocieszał ją Janek, widząc jej łzy. Kiedyś się odkupi, a poza tym damy sobie radę. Trudno, chodźmy już do auta, spójrz jaki śnieg zaczyna padać i ciemności zapadają.
Całą dalszą drogę Helena milczała, przemyśliwała co tu się złościć, że Janek źle zamknął bagażnik? Przecież ich auto stare, zamek często nie trzymał. Próbowała przegnać myśli o stracie, ale łzy wracały. Przykro, tyle oszczędzała na te upominki i smakołyki. Dlaczego jej się ciągle coś nie udaje? Bywa przecież gorzej, ale żal pozostał. Przypomniało się jej jeszcze, jak piękny, ciepły, puchaty koc prezent dla cioci Teresy także był w tej zgubionej torbie. Serce ścisnęło się jeszcze mocniej.
Do wioski dotarli już po północy. Myśleli, że ciocia Teresa już dawno śpi. Nad gankiem jednak płonęła lampa naftowa, a z chaty wybiegła ciocia z sąsiadką, panią Zofią.
Przyjechaliście, dzięki Bogu! ciocia zaraz ściskała wszystkich po kolei. Helenko, Janku, szczęśliwie dojechaliście! Jasiu, mój złoty, a gdzież Franuś i Kasia? O, są, moje kochane dzieci! Bogu dzięki!
Ciociu, luz, wszystko w porządku uśmiechał się Janek, obejmując ciocię. Chodźmy do domu, śniegiem przywaliło, zimno, a ty ledwo narzuciłaś płaszcz!
Ciocia Teresa machnęła ręką. Z Zofią cały wieczór odmawiałyśmy różaniec za was, nie śmiej się! Dziś miałam widzenie, Janku, jak na jawie, aż mi serce stawało. Drzemałam po obiedzie, a tu widzę: wasze auto skręca z drogi, wypadek! Obudziłam się cała w potach, cały dzień miałam złe przeczucia. Zofia wpadła spytać, czyście przyjechali, i mówi: jej syn już dotarł na miejsce.
Nie mogłam wykrztusić słowa, ledwo jej to opowiedziałam o moim widzeniu.
Zofia zaraz: Oj, niedobrze, modlitwy trzeba! To całą drogą modliłyśmy się, do św. Krzysztofa i św. Mikołaja, byście cało dotarli. Już nie wiedziałyśmy, czym was przebłagać, byleby wszystko dobrze się skończyło. I widzicie, jak dobrze się stało najważniejsze, że wszyscy zdrowi!
Masz rację, ciociu odpowiedzieli Helena i Janek a jeśli nasze upominki znalazły się w innych rękach, to może te osoby cieszą się nimi bardziej. Może im były bardziej potrzebne.
Nowy Rok spędzili wśród bliskich, przy suto zastawionym stole. Zapach wiejskich ziemniaków, kiszonych ogórków, domowa kaszanka, pieczona kaczka palce lizać! I słynne ciocine drożdżówki. Franuś i Kasia co chwilę podkradali ciepłe bułeczki prosto z rondla przy piecu nic więcej im nie trzeba było! Za dnia zjeżdżali z górki z miejscowymi dzieciakami do upadłego, a wieczorem ledwo trzymali oczy otwarte wszak za chwilę miał przyjść Mikołaj i zostawić prezenty pod choinką.
Ciocia Teresa śmiała się i tuliła prawnuki swoje i Zofii do siebie. Co za szczęście, że są razem! To najważniejsze, powtarzała.
Tymczasem w opuszczonej przez wszystkich wiosce, gdzie zostały ledwie trzy chałupy, przy prostym stole siedziały dwie starsze siostry, Stefania i Danuta, wraz z sąsiadem dziadkiem Władkiem. Tak już się tam toczyło życie, jak umieli, pomagali sobie najlepiej jak mogli. Rodziny dawno nie mieli. Latem jeszcze można było grządkę obstalować, lecz zimą głód i chłód.
Ale trzymali się razem, seniores jeszcze nie poddali się samotności. Dziadek Władek przyniósł choinkę, a na stole jedzenie, choć najprostsze, było zawsze. Tego ranka poszedł po suchą gałąź do lasu, żeby napalić w piecu. Wiązkę już zawiązał na sankach, gdy zauważył coś wystającego ze śnieżnej zasp. Zajrzał torba. Otworzył, a tam same skarby! Czerwony kawior, ryba, wędlina. Na dnie puchaty koc, biały jak śnieg, mięciutki i cieplutki.
Rozejrzał się na boki nikogo. Położył torbę na saneczki i zawiózł do domu. Rozścielił koc przed piecem, a Stefania i Danuta zastawiły stół.
Nie wierzyłam już, że kiedyś jeszcze takich smaków zasmakuję dziwiła się Danuta.
I ja nie przypuszczałam, że tak nam się poszczęści mówiła Stefania.
Widocznie to Pan Bóg nam zesłał, może za stare zasługi, byśmy odetchnęli na stare lata i jeszcze trochę popatrzyli na Jego cuda podsumował dziadek Władek.
Nie ma co rozpaczać za zagubionymi rzeczami może Bóg tylko chciał, aby oddać część swojego szczęścia tym, którzy go bardziej potrzebują. I zawsze warto ucieszyć się z tego, że najważniejsze w życiu bliscy i spokój zdołało się ocalić.



