Igorze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj auto – krzyczała Marina, lecz już wiedziała, że w…

Pawle, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj samochód! krzyczała Brygida, lecz w głębi duszy już wiedziała, że wszystko przepadło. Rzeczy wypadały z bagażnika wprost na trasę, a jadące z tyłu auta na pewno ich nie zauważyły.

I te prezenty, i podarki, na które odkładali przez ostatnie dwa miesiące! I kawior, i pstrąg, i droga pieczeń staropolska, i mnóstwo innych smakołyków, które pozwalali sobie tylko na duże święta. Toreb z delikatesami i prezentami nałożyli w bagażniku na wierzch, by się nie pogniotły. Nazbierali tego sporo, jechali na wszystkie święta do wsi, do babci Pawła.

Na trasie korek, wielu ruszyło z miasta. Samochody jechały blisko siebie, niezbyt szybko. Ale żeby zatrzymać się od razu trudno. Co wypadło, to zniknęło!

Dzieci, siedzące z tyłu, zaczęły płakać patrząc na zasmuconą mamę. Brygida je uspokajała, a Paweł ostrożnie zjechał na pobocze i w końcu się zatrzymali. Tliła się jeszcze nadzieja może wszystko poleciało na bok, może czegoś nie rozjechały samochody. Przeszli się poboczem wstecz, ale oczywiście na darmo. Szukać nie było sensu, tylko czas tracić.

Daj spokój, Brygidko. Ni ma, to ni ma inne kupimy, zrozumiałaś? A w sumie to i bez tego damy radę powiedział Paweł, widząc jak żonie łzy zbierają się w oczach. To tylko rzeczy, chodź już do samochodu, bo śnieg sypie i robi się ciemno, a droga trudna.

Ale całą resztę drogi Brygida milczała. Co miała teraz robić, złościć się na Pawła, że bagażnik kiepsko zamknięty? Przecież samochód stary, zamek ledwo trzyma, to i się otworzył. Raz próbowała zapomnieć, innym razem szły jej po policzku łzy. Bo jak tu się nie wściec przecież na to wszystko oszczędzała, by kupić smakołyki i prezenty. Skąd zawsze ten pech? Przecież innym się udaje. Przypomniała sobie jeszcze, że prezent dla babci Pawła cudny, miękki, ciepły koc był także tam, w bagażniku. I znowu zrobiło się jej żal.

Do wioski dotarli już po północy. Myśleli, że babcia Maria pewnie już śpi. Ale nad gankiem jasno paliła się lampa, z domu wybiegła babcia, a za nią sąsiadka Stefania.

Dojechaliście, dzięki Bogu! Babcia rzuciła się przywitać wszystkich po kolei. Brygidko, Pawle, no nareszcie jesteście! Pawełku, złoty chłopcze, a gdzież to Michał z Jagódką? A, tu są, moje kochane wnuki, no całe szczęście!

Babciu, przecież wszystko w porządku, po co taka panika? Paweł objął babcię. Chodźcie do domu, śnieg pada, a Ty tylko w płaszczyku stoisz, zimno! A czemuś się tak przejęła?

Babcia tylko machnęła ręką. My tu ze Stefanią pół wieczoru się za Was modliły! A Ty się nie śmiej, bo rzeczywiście miałam dziś widzenie, Pawle, jakbym na jawie Wasz samochód widziała. Jadę, a tu zjeżdża z szosy coś złego się stało! Obudziłam się cała we łzach. Od rana coś niespokojnie mi było, serce ciężkie, Zofka przyszła spytać, czemu Was nie ma, a jej syn przecież już dojechał ze swoją rodziną.

Opowiedziałam jej jakoś słowami swoje widzenie.

Patrzy na mnie Stefania i mówi: Oj, to źle, modlić się trzeba, póki nie za późno! No i siedziałyśmy razem, modląc się o Was, by dojechali szczęśliwie. Nawet do świętego Krzysztofa się zwracałyśmy. Już nie wiedziałyśmy, jak Was wybłagać. No i widzicie, w końcu cali, zdrowi, dzięki Bogu!

Cała prawda, babciu zgodzili się Brygida i Paweł. Jeżeli komuś nasze podarki się trafiły i nie przepadły, niech się cieszy. Może komuś potrzebniejsze.

Sylwestra świętowali w wielkim gronie, ze stołem uginającym się od jedzenia. Własne ziemniaki z piwnicy, kiszone pomidorki i ogórki. Śledzik pod pierzynką i pieczona gęś palce lizać! No i oczywiście najlepsze na świecie drożdżówki babci Marii. Michał i Jagódka cały wieczór podkradali świeże drożdżówki z wielkiego garnka przy piecu im nic więcej do szczęścia nie potrzeba! W dzień jeździli z dzieciakami z sąsiedztwa na sankach z górki. Oczy im się już zamykały, ale wytrzymali do północy, by zobaczyć, jak Święty Mikołaj kładzie prezenty pod choinkę!

Babcia Maria śmiała się, obejmując prawnuki swoje i Stefani. To było prawdziwe szczęście wszyscy razem, a to było najważniejsze.

A w zapomnianej przez ludzi wiosce, gdzie stały tylko trzy domy, przy skromnym stole siedziały dwie staruszki, siostry Danuta i Grażyna, i staruszek, ich sąsiad Antoni. Starali się jeszcze jakoś egzystować. Bliskich nie mieli, latem coś w ogródku posadzili, zimą zimno i ciężko starym ludziom.

Ale trzymali się razem ważne, że nie sami. Dziadek Antoni przyniósł choinkę, a na stole znalazło się coś do jedzenia, choć prostego, ale było. Przed południem poszedł jeszcze do lasu zebrać chrust na opał. Związał suche gałęzie, poukładał na saneczkach, a tu patrzy coś wystaje z przydrożnej zaspy śniegu.

Podszedł bliżej, pociągnął za pasek torba. Otworzył ją: same cuda. Kawior, ryba, mięso. Na dnie biały, miękki, puszysty koc, jak śnieg cieplutki, milutki. Rozejrzał się dziadek nikogo. Położył torbę na sanki, na wierzch chrustu i zawiózł do domu. Rozłożył koc przed Danutą i Grażyną, rozpalił piec. Danuta i Grażyna zaczęły stawiać potrawy na stole.

Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś w życiu takim rarytasem się poczęstuję dziwiła się Grażyna.

Ja też nie wierzyłam, że taki cud mnie spotka wtórowała jej Danuta.

Powiadam, to Pan Bóg nam zesłał tę paczkę. Może za całe życie jakieś wynagrodzenie przyszło. Może jeszcze pożyjemy i dobro, co od Boga pochodzi, zobaczymy podsumował dziadek Antoni.

Nie warto żałować zgubionych rzeczy. Może to sam Bóg pomógł, pozwalając w ten sposób odwrócić większe nieszczęście od nas. Lepiej cieszyć się z tego, co się udało ocalić najważniejsze, że możemy być razem.

Rate article
Fajna Tajna
Igorze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj auto – krzyczała Marina, lecz już wiedziała, że w…