– Boję się – Zosia zatrzymała się przed klatką.
– Czego? Moich rodziców? – zapytał Krzysiek, ściskając dłoń dziewczyny.
– Że im się nie spodobam – przyznała Zosia, spoglądając na niego z wyrzutem.
– Nie martw się. Zobaczysz, będzie dobrze. Przecież cię kocham. To ja będę twoim mężem, nie oni. Chodź – Krzysiek pociągnął ją za sobą.
– Mamę nazywasz Alicja Stanisławowna. Zapamiętałaś? – instruował ją.
Zosia powtórzyła wolno imię.
– Ze zdenerwowania na pewno zapomnę albo pomylę – szczerze wyznała.
– A ojca…
– Marek Janowicz! – wykrzyknęła radośnie Zosia. – Dobrze, że twój tata ma proste imię. Skąd u twojej mamy takie oryginalne drugie imię? Twój dziadek był Rosjaninem?
– Skąd ten pomysł?
Weszli do klatki, a Krzysiek przywołał windę.
– Nazwał ją tak ojciec, mój dziadek, na cześć matki. Mówił, że była niezwykle ciepłą osobą. Aktorką. Szkoda, że nie zdążyłem jej poznać, zmarła młodo. Mieli korzenie arystokratyczne.
Winda zatrzymała się z cichym *ping*. Młodzi weszli do środka.
– Spokojnie, jestem z tobą – szepnął Krzysiek, przytulając ją.
Drzwi otworzyła niewysoka, szczupła kobieta o krótkich, ciemnych włosach. Zosię zdziwiło, jak młodo wygląda jak na matkę Kryśka. Uśmiechnęła się serdecznie i zaprosiła ich do środka.
Miała na sobie eleganckie, płynące spodnie w kolorze khaki i białą bluzkę. W świetle przedpokoju Zosia dostrzegła jednak delikatne zmarszczki wokół jej oczu.
– Dzień dobry – powiedziała Zosia, szukając wzrokiem podpowiedzi u Kryśka. Ten jednak milczał. Bojąc się pomyłki, nie odważyła się użyć imienia matki chłopaka.
– Wchodźcie, Zosieńko. Nie stresuj się – powiedziała łagodnie Alicja. – Nikt za pierwszym razem nie pamięta mojego drugiego imienia. Wszyscy się mylą.
Zosia podziękowała uśmiechem.
– Nie trzeba ściągać butów. Marek! Gdzie się podziałeś? – zawołała w głąb mieszkania.
W drzwiach salonu stanął przystojny, barczysty mężczyzna. Zosia pomyślała, że przypomina młodego Zbigniewa Cybulskiego, choć nie było między nimi fizycznego podobieństwa. Przy nim Alicja wyglądała jak delikatna dziewczyna. *Jak on musiał wyglądać w młodości, skoro teraz wciąż tak świetnie się trzyma?*
– Marek Janowicz – przedstawił się, podając dłoń Zosi.
Uścisk był mocny, ale krótki, a jego dłoń ciepła i sucha.
– Proszę do stołu, zaraz wszystko wystygnie – zadecydowała Alicja.
– Krzysiek, zaopiekuj się Zosią – powiedział Marek, nalewając wino z już otwartej butelki.
Alicja pytała dziewczynę dyskretnie, nie wchodząc w szczegóły, a jednocześnie opowiadała o ich rodzinie. Zosia, rozluźniona winem i spokojną atmosferą, przestała się denerwować.
– Niech twoi rodzice się nie martwią. Ze ślubem sobie poradzimy – powiedziała na koniec Alicja z życzliwym uśmiechem.
Rodzina Kryśka wydała się Zosi idealna. Jej własni rodzice byli zupełnie inni – mama krzątała się przy stole, a ojciec pił za dużo, rozmawiając głośno i pouczając wszystkich. *Gdyby tylko mogła mieć takich rodziców jak Krzysiek…*
– Co powiedziałeś? – zorientowała się, że nie słyszała słów chłopaka.
– Mówiłem, że spodobali ci się.
– Macie wspaniałych rodziców. Chciałabym, żebyśmy byli tacy jak oni. Widać, że się kochają. A moi… Boję się, jak będą wyglądać na naszym ślubie.
– Nie przejmuj się. Zobaczysz, będzie dobrze. U nas też się kłócą, choć może nie tak często. A propos, wybrałaś już suknię? Chcę, żebyś była najpiękniejszą panną młodą – Krzysiek pocałował ją w policzek.
Zosia nie chciała iść do salonu ślubnego sama, ale nie mogła zabrać Kryśka – przecież nie powinien widzieć sukni przed ślubem. Z mamą też nie miała ochoty iść – zawsze oszczędzała na wszystkim. Została tylko przyjaciółka, Kasia.
– Zosia! Mów wreszcie! Po co dzwonisz? – Kasia nie dała jej dojść do słowa.
– Potrzebuję, żebyś poszła ze mną wybrać suknię ślubną.
– Ślub! Super! Oczywiście ci pomogę! – Kasia zasypała ją opowieściami o znajomych z pracy.
– To umawiamy się jutro? – przerwała Zosia.
Następnego dnia Kasia spóźniła się, jak zwykle. Zosia siedziała w kawiarni i rozglądała się, gdy nagle dostrzegła Marka Janowicza przy stoliku z młodą blondynką. Trzymał jej dłoń, mówił coś czule, a potem… pocałował ją.
*To chyba nie jest zwykła znajoma…* Zosia odwróciła wzrok. Kasia wpadła z hałasem, zwracając na siebie uwagę wszystkich.
– Kasia, cicho! – syknęła Zosia.
– Co się stało? Dlaczego wychodzimy?
– Nic, po prostu boli mnie głowa – skłamała Zosia, uciekając z kawiarni.
Później zadzwoniła do Alicji i poprosiła o pomoc w wyborze sukni.
– Jak pani tak długo wytrzymała z takim przystojniakiem? – spytała w końcu.
Alicja uśmiechnęła się smutno.
– Po prostu go kocham. Nauczyłam się patrzeć, jak inne kobiety się do niego uśmiechają. W domu jest jak dziecko – nie potrafi nawet znaleźć swoich skarpet.
*Czy powinnam jej powiedzieć?* Zosia postanowiła milczeć.
Ale potem znów zobaczyła Marka z tą samą kobietą. Tym razem wychodzili z jubilera.
– Twoja rodzina nie jest taka idealna – powiedziała w końcu Krzysiowi.
Gdy wyjawiła, co widziała, chłopak się zdenerwował.
– Mój ojciec kocha mamę. To niemożliwe.
Niedługo potem, podczas planowania urodzin Marka, Zosia została sam na sam z Alicją.
– Wiesz o tym, prawda? – spytała w końcu.
– O jego zdradach? Oczywiście – odparła Alicja spokojnie. – Kocham go. Gdybym odeszła, co by mi zostało? Z małego miasta, z biednej rodziny – tu mam wszystko. A KrzyśZosia spojrzała na Alicję, a potem na zdjęcie ich rodziny na ścianie, i zrozumiała, że miłość czasem wymaga wyboru – między dumą a szczęściem, które nie zawsze jest takie, jakiego się spodziewamy.



