I w biedzie, i w radości
Jolanta owdowiała wcześnie, mając zaledwie czterdzieści dwa lata. W tym czasie jej córka, Jagoda, zdążyła już wyjść za mąż za porządnego chłopaka z sąsiedniej wsi i razem wyjechali na Śląsk za lepszym jutrem, żeby zarobić większe pieniądze.
Od czasu do czasu Jagoda dzwoniła do matki, zapewniając ją, żeby się o nią nie martwiła, bo wszystko dobrze się układało: nowi przyjaciele, praca, rodzina od męża. W takich chwilach Jolanta wyraźnie uświadamiała sobie, że córka bardzo się oddaliła. Jak ucięty kawałek chleba, co już do bochenka nie wróci.
We wsi dla Jolanty nie było już zajęcia jedyna szkoła, w której pracowała jako pomoc kuchenna, została zamknięta.
Gdy straciła pracę, nie rozpaczała. Nauczyła się dojeżdżać autobusem do sąsiedniej miejscowości, gdzie dwa razy w tygodniu sprzedawała swoim stałym klientom mleko i twaróg.
Zysk ze sprzedaży ledwo wystarczał na prowadzenie domu, ale Jolanta nigdy nie narzekała. Żyła sama, jadła to samo mleko i twaróg oraz warzywa z własnego ogródka.
Nie miała czasu na samotność w obejściu czekały całe stada kur, gęsi i kaczek, w oborze muczała Mućka, a pod nogami plątał się kot, Bazyl. Zanim wszystkim dogodziła, nakarmiła, napoiła i wyczyściła, dzień był już za nią.
Raz dziennie, zwykle po obiedzie, Jolanta siadała przy oknie na specjalnym stołku i podziwiała widoki za szybą.
Było na co popatrzeć: na tle nieba kołysały się spokojne brzozy.
Za tymi brzozami, prosto z ziemi biło źródło z lodowatą wodą, która była krystalicznie czysta i smaczna, spływając do niewielkiego oczka.
Ten mały cud natury nie mógł przejść niezauważony; nic dziwnego, że pewnego ranka Jolantę obudził rumor samochodów pod domem.
Ziewnęła, narzuciła na siebie flanelowy szlafrok, który kiedyś należał do jej matki, i wyszła na ganek.
Wyciągnęła szyję i popatrzyła na grupkę ludzi oglądających i omawiających okolicę, podeszła bliżej, do jednego z nich wysokiego mężczyzny w eleganckim płaszczu.
Dzień dobry, można wiedzieć, co tu się dzieje?
Mężczyzna natychmiast się odwrócił, zlustrował ją wzrokiem i zerknął na jej dom.
Pani tu mieszka? Kupiłem niedawno ten teren, chcę wybudować dom. Wygląda na to, że będziemy sąsiadami.
Sąsiadami? zdziwiła się Jolanta.
Zamknęła drzwi i wróciła do środka, zupełnie zaskoczona. Musiała się dowiedzieć, kto postanowił wybudować dom tak blisko niej, więc szybko się ubrała i poszła do sklepu.
Ekspedientka, rozmowna Celina, była na bieżąco ze wszystkimi wiejskimi plotkami i opowiedziała, że działkę obok Jolanty wykupił bogaty przedsiębiorca z miasta.
Dom chce budować, ale nie dla siebie dla brata bliźniaka. Lekarze mu doradzili, żeby na wieś się przeprowadził, bo zdrowie nie domaga. Wiesz sama, u nas powietrze czyste, lasy wokół, wody zdrowotne.
Przedsiębiorca, mówisz Może mu się tu spodoba i jeszcze jaki sklep otworzy, praca by się przydała zamyśliła się Jolanta.
Celina tylko się zaśmiała:
Ach Jolanta, rozmarzyłaś się!
Wychodząc ze sklepu, Jolanta wpadła na kierowcę, Stacha, który akurat wwoził pieczywo. W rękach trzymał wielką skrzynkę z chlebem.
Jolanta, pomóż z drzwiami, proszę rzucił do niej.
Już, już, Stasiu uśmiechnęła się i otworzyła drzwi.
Stach spojrzał na nią z progu:
Gdzie tak biegniesz? Weź sobie świeży chleb, dopiero z pieca.
Jolanta zarumieniła się i wzięła bochenek.
Celina, zanotuj mi na zeszyt, później zapłacę!
Miała powód się czerwienić. Stach od dawna miał do niej słabość, ale ona trzymała go na dystans.
Był od niej młodszy o sześć lat, a wiejskie języki już plotkowały, że Jolanta jest dla niego za stara. Sama więc nie pozwalała sobie nawet o nim myśleć niech znajdzie rówieśnicę!
Stach się nie żenił. Co chwilę zerkał na Jolantę, czasem próbował zaczepiać, aż w końcu zrezygnował, widząc jej chłód.
***
Budowa szła błyskawicznie.
Gdy na środku łąki stanął nowy dom i nocą rozbłysły w oknach światła, Jolanta poczuła potrzebę odwiedzin. Włożyła fartuch i niosąc szarlotkę, zapukała do nowiutkich drzwi.
Dzień dobry, sąsiedzi! zawołała, wchodząc do środka.
Uderzył ją zapach drewna i farby, Jolanta trochę się speszyła, ściskając w rękach blachę ciasta.
W drzwiach pojawiło się dwóch mężczyzn i parę kobiet w roboczych ubraniach.
Czego pani szuka?
Jestem sąsiadką, mieszkam tu obok. Upiekłam szarlotkę, pomyślałam, że się podzielę.
Dziękujemy kiwnęła głową jedna z kobiet, zabierając blachę.
Chciałam jeszcze zapytać, czy może nie macie pracy dorywczej? Mogę tapetować, malować albo coś posprzątać… Nie?
Jeden z robotników pokręcił głową:
Chyba nie. Mamy całą ekipę, lepiej do właściciela się zgłosić, przyjedzie jutro.
No cóż westchnęła rozczarowana Jolanta i wyszła.
Nie udało się dorobić.
Jolanta spojrzała przygnębiona na własny stary dom wymagał remontu, choć i tak to mało by pomogło. Budynek był stary, zniszczony, zachodził mchem.
Najbardziej zabolało ją jednak to, że sąsiedzi jej nie potrzebowali.
Kiedyś ludzie od razu poznawali się z nowymi w okolicy, a tu właściciel nowego domu nawet się nie pofatygował, by zagadać.
***
Wkrótce wszystko się zmieniło. Najpierw nowy dom rozbłysnął kolorowymi światełkami na Boże Narodzenie, potem zaczęli się pojawiać mieszkańcy.
Jolanta z okna obserwowała, jak do sąsiedniego domu wnoszą meble i pudła.
Z jednego auta wysiadła młoda dziewczyna w jasnym płaszczu, pewna siebie, weszła do środka.
A niech to! Piękna jak obrazek. Pewnie jakaś miss, która tu zamieszka pomyślała Jolanta.
Brata właściciela, o którym słyszała od Celiny, nigdy nie widziała nie uchodził z domu, a dziewczyna raz na tydzień chodziła na zakupy.
Jolanta próbowała z nią rozmawiać, ale sąsiadka zawsze robiła oschłą minę, spuszczała wzrok i przyspieszała kroku z krótkim dzień dobry.
Jolancie było przykro. Pewnie się wywyższa i nie zamierza zadawać się z prostą kobietą pomyślała.
Upłynął ponad rok. Jolanta zaprzestała prób nawiązywania kontaktu, nawet gości ignorowała. Raz w tygodniu do sąsiadów przyjeżdżał drogi samochód, z którego wysiadał poważny mężczyzna i wnosił siatki z zakupami.
W końcu nastał przełom.
Pewnego dnia sąsiadka zapukała do drzwi Jolanty. Od razu sprawę postawiła jasno:
Widzę, że ma pani krowę, kury, wszystko co potrzeba. Może sprzeda mi pani trochę mięsa? Chętnie kupię też masło, śmietanę i ziemniaki.
Oczywiście, proszę usiąść Jolanta aż się ożywiła.
Po prostu mięso ze sklepu nie smakuje i śmietana też nie tłumaczyła się dziewczyna.
Jolanta wyciągnęła z zamrażalnika wołowinę.
Świeżutkie mięso, wystarczy na długo gotować nie trzeba.
A ile czasu trzeba je gotować? zapytała nieśmiało dziewczyna.
Tak półtorej godziny.
Aż tyle?
Oj, bywają i twardsze kawałki. Nie zna się pani na mięsie? To nic, pomogę.
A jak bym nie chciała gotować, tylko usmażyć na patelni? Ale ja się boję, że przypalę
Jolanta spojrzała na nią uważnie. Była młoda, wypielęgnowana, z zadbanymi paznokciami nie wyglądała na osobę, która cokolwiek gotowała.
A potrafi pani gotować?
Dziewczyna wzruszyła ramionami:
Absolutnie nie.
Jak się pani nazywa?
Melania, a pani?
Jolanta, mów mi Jola. Możesz wpadać na obiady i kolacje za niewielką opłatą, oczywiście.
Wie pani, skorzystam! Może pani od razu wpaść do nas i pokazać mi kuchnię?
Jolancie nie trzeba było powtarzać. Spakowała produkty i zamknęła dom na skobel.
Dom sąsiada był olśniewający. Eleganckie wnętrza, wszystko z gustem urządzone.
W salonie na kanapie siedział posępny mężczyzna czytający książkę. Popatrzył na Jolantę i burknął:
Kto to?
Melania się uwijała:
Znalazłam dla nas pomoc domową to Jolanta, będzie gotować.
Właściwie, to jestem pani sąsiadką wtrąciła się Jolanta.
No, dobra.
Nie wzbudziła niczyjego zainteresowania.
Melania pokazała Jolancie kuchnię, spiesznie wzdychając:
Proszę przygotować obiad.
Jolanta nie miała czasu się obrażać. Umyła ręce i zabrała się do pracy.
Godzinę później na stole stała wołowina duszona z ziemniakami.
Tak Jolanta dostała wyczekiwaną pracę.
Właściciel, milczący Paweł Władysławowicz, wypłacał jej co tydzień pensję. Z czasem nawet zmiękł smakowite jedzenie potrafi zdziałać cuda.
Dochodziła do niego coraz częściej, zauważyła jednak, że Melania nie sprząta po sobie. Łóżka niepościelone, podłoga nieumyta.
Jolanta nie wytrzymała. Wzięła wiadro i wyszorowała cały dom.
Melania robiła nadęte miny, a właściciel rzucił:
Kto ci kazał sprzątać? Za to nie będę płacić. Tylko za gotowanie i za produkty.
Dobrze
Jolanta się obraziła, ale robotę skończyła. Wkrótce brat Pawła, ten bogacz, przestał pojawiać się w ogóle.
Melania także przestała wychodzić do sklepu, a potem rzuciła niechętnie:
Naczynia zostaw, sama sprzątnę. Mięsa już proszę nie przynosić. Zostają tylko ziemniaki, jajka i mleko, z tego gotuj.
Jolanta się zdziwiła.
Coś się stało?
Owszem! Mam dość tego zadupia! Tu nie ma galerii, kawiarni, nic! Nawet nie wiem, gdzie wyjść!
Kilka dni później, jak zwykle Jolanta weszła do domu sąsiadów, drzwi były otwarte. W środku panował bałagan rzeczy porozrzucane, bibeloty na podłodze, szafy otwarte, książki w stertach.
Co tu się stało Melania!? zawołała.
Melanii nie ma dobiegł głos z kuchni.
Jolanta wbiegła do kuchni, gdzie Paweł Władysławowicz pił otoczony pustymi butelkami.
Pokłóciliście się z Melanią?
Nie wymawiaj nawet tego imienia. Melania uciekła, zostawiła mi tylko kartkę, że wieś nie dla niej.
Westchnął i spojrzał Jolancie w oczy.
Jolu, masz jeszcze mięso? Przynieś, usmaż mi, dobrze?
Dobrze…
Jolanta spełniła jego prośbę, posprzątała kuchnię.
Gdy podała mu talerz, Paweł spojrzał na nią i mruknął:
Jesteś wspaniała, Jola. Kocham cię.
Jolanta zamarła. Od lat nikt jej tak nie powiedział.
Zostań, wypij ze mną.
Ja nie piję.
Sąsiad był pijany, więc Jola chciała wyjść, ale Paweł ją objął.
***
Ludzie zaczęli zaglądać w sklepie, szeptać za jej plecami. Tylko Celina, sprzedawczyni, była bezpośrednia:
Jolu, papierosy dla kogo kupujesz? A ta szynka i ser, których przecież nie jesz? U sąsiada bywasz codziennie, a i nocki spędzasz
Jolanta tylko się zaczerwieniła:
Pracuję u sąsiada. Gotuję mu obiady, to wszystko.
Celina jeszcze bardziej zawadiacko spojrzała:
I w to chcesz, żebym wierzyła? Cała wieś gada…
Jolanta wyciągnęła w końcu wnioski:
Tak, kochamy się. Nie będę ukrywać.
Celina zachichotała, a Jolanta wyniosła zakupy, ogarnął ją gniew:
Ludzie potrafią tylko plotkować!
Przed sklepem Jolanta spotkała Stacha. Nie poprosił o pomoc przy drzwiach, przeszedł obok niej bez słowa.
No tak, i on się odwrócił.
Robiło jej się niedobrze z żalu; kiedyś, gdy Stach się przy niej czerwienił serce śpiewało.
***
Odtąd Jolanta bywała coraz częściej u sąsiada, Piotr mówił, że się pobiorą i ten dom będzie ich wspólny.
Musiała jeszcze rano wracać do siebie, żeby napalić w piecu i nakarmić zwierzęta, ale to były drobne niedogodności po ślubie miała już zamieszkać na stałe w nowym domu.
Piotr dotrzymał słowa. W umówionym dniu wzięli ślub cywilny, założył Jolancie złotą obrączkę.
Po powrocie do domu Jolanta przygotowała przyjęcie. Piotr niemal od razu sięgnął po alkohol.
No i po co tyle pijesz ostatnio?
Z radości, kochanie! No, przynieś jeszcze coś smażonego.
Mięsa nie ma, tylko sałatka…
Jak to nie ma? Przecież masz w oborze krowę!
Przecież Mućka to moja żywicielka! Nie mogę jej zabić!
Piotr się zirytował:
Masz bogatego męża, możesz mieć co chcesz! Rób, co ci mówię.
Jolanta obeszła więc całą wieś w poszukiwaniu rzeźnika, wszyscy odmówili zima, kto będzie się bawił w ubój. Jedynie Stach się zgodził.
Spojrzał na Jolantę surowo:
Czemu chcesz pozbyć się krowy?
Jolanta zrobiła smutną minę:
Siano drogie, ledwo sobie radzę…
Przecież masz męża!
Pomóż, proszę.
Stach pomógł. Przyniósł kawał mięsa, Jolanta dała mu spory kawałek w podzięce.
Wtedy przy pijanym Piotrze nie śmiała wyznać prawdziwych powodów.
Wyście się pobrali? spytał Stach.
No, tak.
Stach zostawił mięso w śniegu i odszedł wzburzony.
***
Szybko Jolanta miała dosyć małżeństwa.
Piotr tylko pił i jadł głównie mięso, sam nauczył się je gotować byle jak.
Podwórko opustoszało, kot Bazyl tylko żałośnie miauczał.
Wygoń tego kota mówił Piotr po co ci taki darmozjad?
Wpadła z wizytą córka, Jagoda zobaczyła pijanego Piotra i powiedziała:
To ma być małżeństwo? Mamo, czemu bronisz pijaka? Próbował cię podporządkować, a ty mu gotujesz i sprzątasz!
Ale patrz, w jakim pięknym domu mieszkam…
Ale przecież dom ci nie należy! Zostawiłaś własny, a jeśli cię wyrzuci, gdzie pójdziesz?
Jagoda pożegnała się z niesmakiem.
Jolanta chciała dać mięso na drogę ale spiżarnia zamknięta.
Piotr, gdzie klucz? pyta.
Nie dla dzieci!
Jagoda się oburzyła:
To ja już nie przyjadę, mamo.
Jolantę ogarnęła rozpacz.
Wieczorem Piotr wytrzeźwiał i powiedział:
Brat umarł, dom należy do jego żony, chce, żebym się wyprowadził.
I co teraz?
Co się robi na wsi, Jola? Rodź dzieci, zamknij się na cztery spusty, walcz o dom!
Nie potrafię, nie jestem taka.
Piotr upił kolejny kieliszek:
To się wyprowadzamy do ciebie.
Wyciągnął z garnka zimne mięso i zaczął jeść.
Melania uciekła, jak się dowiedziała o spadku, wcześniej śpiewała mi do ucha, a teraz, gdy kasa się skończyła poszła!
Jolanta aż się zdziwiła:
Dlatego przestałeś mi płacić?
Aha, wystarczyło, że się skusiłaś.
Jolancie zrobiło się niedobrze.
Ja na rozwód idę.
Spiżarnia była prawie pusta, mięso rozkradzione. Jolanta nie chciała dłużej znosić upokorzeń.
Piotr, gdzie mięso?
Zamieniłem na wódkę, to ci przeszkadza?
Jak mogłeś?! Nam by starczyło na rok!
Poradzisz sobie, zawsze to robiłaś.
Idź do diabła, Piotr! Nie chcę cię już widzieć!
***
Jolanta rozwiodła się z Piotrem. Chciał przejąć jej dom wtargnął któregoś wieczoru do niej, gdy spała.
Ocknęła się w nocy, gdy poczuła, że ktoś ją obejmuje.
Boże! Kto tu?!
To ja, Piotrek, twój mąż!
Wynoś się!
Jolanta wybiegła boso na śnieg, dobiegła do Celiny, zapukała w okno.
Celina, otwórz, tu ja!
Jolanta? Pożar?
Gorzej, Piotrek wrócił
Celina wpuściła ją do środka.
Jolanta kilka tygodni bała się wrócić do siebie. Piotr w końcu pojechał z powrotem do miasta.
Dom Jolanty był pusty, spiżarnia ogołocona, wszystko zniknęło ziemniaki, przetwory, kasza, nawet makaron.
Jolanta zapłakała przy pustym stole. Oto jak wyszło to moje małżeństwo
Nagle do domu wszedł Stach z kotem Bazylem.
Jola, rozmawiałem z Piotrem, kazałem się mu wynosić, kota ci oddaję, dzielny jest, łapie myszy
Jolanta rozpłakała się i przytuliła kota.
Stachu, dziękuję…
Nie płacz Jolu, moja mama akurat nagrzała banię i upiekła ciasto. Chodź do nas, nie siedź w zimnie.
***
Po jakimś czasie Stach oświadczył się Jolancie. Jagoda wybaczyła jej wszystko i odwiedzała z rodziną.
Piotr wrócił do miasta i ponoć ożenił się z wdową po kimś bogatszym.
Do sąsiedniego domu na lato przyjeżdżała wdowa po właścicielu, miła kobieta. Przyniosła Jolancie ciasto i zaprzyjaźniły się.
Jolanta spytała, na co chorował Piotr. Ta tylko się uśmiechnęła:
Piotr chory? Prędzej pijak, jakich mało. Mój mąż litował się nad nim, myślał, że wieś go uleczy. A on nic, tylko gorzała i długi.
Dziś wiem jedno dobrze, że nie warto żyć w kłamstwie. To, co prawdziwe, i tak wróci. Lepiej czasem cierpieć, ale mieć przy sobie ludzi szczerych, niż dać się omamić fałszowi i pozorom. Znowu mogę poczuć szczęście, najprostsze, po polsku.



