Gorzka uroczystość: dramat Haliny
Halina siedziała przy kuchennym stole, po raz kolejny przeliczając pieniądze. Portfel był niemal pusty, a do wypłaty jeszcze tydzień.
– Niewiele – westchnęła. – Ale cóż poradzić? Taka już pensja…
Trzeba było zapłacić za media, kupić jedzenie, ale za co? Halina błądziła po sklepie w centrum miasteczka Borowice, wzdychając na widok metek, które zdawały się rosnąć w oczach. W końcu pozwoliła sobie tylko na mleko, chleb i paczkę makaronu. Na masło brakowało, ale margaryna była w zasięgu ręki. Kawa, herbata, cukierki do herbaty, ulubiony ser – wszystko to pozostało na półkach.
Halina mogła tylko udać się do byłej teściowej po warzywa. A tam czekało na nią nieuniknione:
– A nie mówiłam! – po raz kolejny powie Maria Kazimierzówna.
Teściowa była kobietą surową, ale mądrą. Miała siedemdziesiąt sześć lat i zawsze okazywała się mieć rację. Gdyby Halina posłuchała jej lata temu, może teraz nie grzebałaby w portfelu ze łzami w oczach. Może żyłaby jak wszyscy normalni ludzie. Albo nawet lepiej! Ale co było, to minęło.
Dwa lata temu jej mąż, Krzysztof, odszedł. I to jak odszedł – właśnie w jej urodziny. Halina cały dzień krzątała się w kuchni, zastawiła wystawny stół. Krzysztof usiadł, z apetytem zjadł i nagle rzucił:
– Koniec, Halina. Dość. Odchodzę od ciebie.
Zamarła, nie wierząc własnym uszom. A on ciągnął, nie kryjąc irytacji:
– Ile ty dziś kończysz? Czterdzieści jeden, prawda? A ja czterdzieści pięć. W naszym wieku powinniśmy już mieć wnuki! A gdzie one są? Nie ma ich. Bo dzieci nie mamy. Ty nawet nie raczyłaś ich urodzić!
– Co ty pleciesz? – Halina zdławiła się z oburzenia. – O czym ty w ogóle mówisz? Biedaku, zmęczony, co? Jakie dzieci z tobą? Ty nawet za kotem nie patrzysz, on u ciebie chodzi głodny całymi dniami! Ja po mieszkaniu chodzę na palcach, a ty wrzeszczysz, że hałasuję! Jakie ty dzieci chcesz? Może specjalnie nie chciałam z tobą mieć!
Skąd wzięła się w niej ta śmiałość? I po co? Krzysztof, jakby na to czekał, zerwał się, odrzucił krzesło i rzucił na odchodne:
– Pomieszkam gdzie indziej. Daję ci czas na znalezienie mieszkania. Bo to moje!
Drzwi zatrzasnęły się, zostawiając za sobą grobową ciszę. Halina siedziała, nie wiedząc, co robić, a w piersi rozrastała się pustka.
Później opowiadano jej, że Krzysztof „trochę się ożenił” z młodą sprzedawczynią ze sklepu obuwniczego, do którego kiedyś wszedł po buty. Opowiadano z lubością, jak jej były biegał do niej z kwiatami. A te kwiaty były z ich działki – lilie, które Halina latami pielęgnowała: delikatnoróżowe, cytrynowożółte, tygrysie, ognistoczerwone. Wyrwał je z korzeniami, łamiąc łodygi, nie żałując.
Halina żałowała dziewczyny. Myśli, że złapała szczęście? No, no. Krzysztof pożałował złotówki na bukiet, pożałuje i na sukienkę, i na buty. Chociaż, patrząc na jego nową wybrankę – wysoką, krzepką, pewną siebie – stawało się jasne: nie warto jej żałować. Krzysztof wyraźnie wybrał taką, żeby „żłobek narodziła”. No cóż, niech spróbuje.
Czy teściowa wiedziała o romansie syna? Przy Halinie beształa Krzysztofa, ale i jej się dostało:
– A nie mówiłam ci dwadzieścia lat temu? Zawsze wciągniesz byle co! Ile ja ci porządnych rzeczy podarowałam? Gdzie one są? No to teraz chodź sama!
Halina pamiętała te „stroje” – ogromne majtki do kolan, futrzane, w śmieszny kwiatek. Krzysztof uciekłby jeszcze wcześniej, widząc ją w czymś takim.
Rozpoczął się podział majątku. Krzysztof powtarzał: „Wszystko moje!”. Ale sąd podzielił wszystko po połowie. Halinie przypadła działka, Krzysztofowi – mieszkanie. Wtedy wtrąciła się Maria Kazimierzówna, która od lat mieszkała na działce, wynajmując swoje mieszkanie za dobre pieniądze:
– Aha, dzieciaczki, a mnie spytać nie chcecie? Halina tu przyjedzie, facetów zacznie sprowadzać, a ja gdzie?
– Do siebie, mamo – burknął Krzysztof.
– Ty mądralo! A twoja laska jak będzie do pracy dojeżdżać? A ty ze swoją sprzedawczynią w mieszkaniu będziesz się wylegiwać?
W końcu ustalili: Maria Kazimierzówna została na działce, swoje mieszkanie oddała synowi, a Halina zachowała ich wspólne z Krzysztofem lokum. Ale ledwie odetchnęła z ulgą, nadeszła nowa bieda: sąd podzielił nie tylko majątek, ale i długi. Teraz Halina spłacała połowę kredytu Krzysztofa. Za „piękne życie” przyszło zapłacić.
Dlatego wlokła się na przystanek autobusowy. Autobusy w Borowicach jeździły rzadko, raz na tydzień. Wszyscy mieli samochody, a w transporcie zostali tylko staruszkowie, którzy znali się od lat. Gadali, narzekali na emerytury, ceny, omawiali nowinki. Halina milczała, wpatrzona w okno. Jeździć błagać o warzywa na własnej działce było upokarzające.
Każdą grządkę pielęgnowała, spulchniała, cieszyła się, widząc zielone pędy. Dom tonął w kwiatach, drzewa bielone schludnie. W środku – jasno, wzorzyste firanki, łóżko pod jaskrawym kocem, stół z wytwornymi krzesłami, nakryty białym obrusem. Żadnego śmiecia – starych kanap, podartych foteli, stert szmatek. Przestrzeń, powietrze, piękno.
Nic dziwnego, że pięć lat temu Maria Kazimierzówna poprosiła się tam zamieszkać. Spryciara – sobie gorzej nie zrobi. Rozwód rozwodem, a ziemniaki sadzić trzeba. Halina harowała do siódmych potów. Plonów w mieszkaniu nie przechowasz, w piwnicy pewniej. Więc jeździła co tydzień – choć jakiś dodatek do marnej pensji.
Maria Kazimierzówna stała nad nią, uczyła życia, ale jednak nastawiała czajnik, karmiła, układała do snu, nie milknąc na chwilę:
– A nie mówiłam, Halina! Nie można być taką! Patrz, Krzysztof z tą, Boże przebacz, już synka ma, niedługoW końcu Halina zrozumiała, że życie potrafi zaskakiwać – i bywa, że nawet wśród goryczy może zakwitnąć nieoczekiwane szczęście.



