Wojciech wracał z pracy strasznie głodny. Zobaczył, że żony w domu nie ma, i poszedł na kuchnię, licząc, że znajdzie coś gorącego. Zamiast jednak kolacji, na patelni znalazł kartkę pisma, na której było napisane:
„Czytoy, u Kasi rozmawiamy. Jeśli czegoś potrzebujesz – zadzwonić.”
Spojrzał w puste garnki, a potem wyjął z lodówki wszystko, co tylko zjadał. Posiłek z głowy wygrzebał bułeczki z chleba i herbatę, po czym rozejrzał się, jakby szukał czegoś więcej, ale szepnął: „No cóż”, i położył się spać.
Iwona wróciła dopiero późnym wieczorem. Wojciech natychmiast się zbudził i spytał:
– Czytoy, co do kolacji?
– Obawiam się, że już teraz nie mogę – odparła sztywnie. – Dieta.
– Zresztą wszystko jedno, ja tu szlifyj z głodu – odparł, machnął ręką i obrócił się z tyłu. – Jechałem cały dzień, a psu jaja, żeby coś zjeść?
– A jeśli bardzo chcesz, mogę coś przygotować – stęknęła Iwona. – Ale sama już kolację zjadłam u Kasi. Przyniosła mi gęsię w jabłkach.
– Co?! – wykrzyknął Wojciech, aż rozlazł się całą twarzą. – Dlaczego ona ma gęsię a nie ja?! Chyba tam u niej siedzisz od miesiąca!
– Ależ ona jest sama – próbowała tłumaczyć, aż się zaplątała w słowa. – Czy chcesz, żebym ją poprosiła, by zwołać ci gęsię teraz?
– Ja chyba młodym na wietrze nie byłem, Iwona – parsknął. – Czy ty naprawdę myślisz, że nocą chodzić z rogiem przez przytulne podsypianie do sąsiadki?
– Dlaczego? – rzekła Iwona, już wychodząc z telefonem. – Ona taka gościnniejsza niż cała była cyrk.
– Nie dzwoń! – wrzasnął. – Ja raczej ogień w domu palę niż tam wchodzić!
Ale Iwona już była za rozmową.
– Alło? Czemu, Majtko, tak popieprzyło? Moj Wojtek do ciebie przyprowadzić? Ja mam teraz inne chorego. Ale chcę, żeby się zasał – i może ją do domu złapie, kiedy wychodzi. Aż się rozłapał, że gęsię przez dwa tygodnie nie miał. No to ruszaj, kochana. W końcu to obowiązek sąsiadów. – Zanim zdążyła coś dodać, okazała się z czerwonym kolorem i paralizującym uśmiechem.
Wskazała palcem:
– Szykuj się. Za chwilę bierzemy się za stołek.
Wojtek zmrużył oczy, kręcąc głową.
– Jezu, Iwona, ty naprawdę z koziołka? Tylko dla gęsi tej…
– Iść, iść – odparła, chowając telefon. – Potrzebujesz leków, a ja sie stąd szybko walnę do łazienki.
Z łazienki wypłynęła po kilku minutach, wyłączając telewizor i włączając ciepłą pianę na kanapie.
Upłynęło piętnaście minut.
Za dłuższy czas zaczęła się niepokoić, otworzyć drzwi i usłyszeć cicho.
Zrobiło się jej jeszcze gorzej. Wróciła, siedząc na kanapie, aż do momentu, kiedy czuje, że coś szumi w telefonie. Twarz jej była jak sos i drożdżowy.
Wcisnęła numer męża i rzuciła się na mikrofon:
– Co u ciebie, Czarek? Skoro przyszedłeś, to cenisz.
– A czym ona cię zwołała, że ją nazywasz Majtką?! – zapytała Iwona, a głos jej już niy pewny.
– A kto to mówił?! – Wojtek wybuchnął śmiechem. – Czemu jesteś taka zła?! Nie musisz mnie zabierać, kuwić będzie przez samą aluminiową tylniczkę.
– Ty… psu jaja – zawołała, ale cisnęła wnętrzność i zniknęła.
W pięć minut Wojtek siedział na kanapie, a Iwona sterczała z butami i uśmiechem czekającym na odpowiedź.
Odtąd Majta i Iwona stały się tyloma dalszymi osobami, co las więcej nie przyciągał.



