— Gdzie można się poskarżyć, jeśli córka cię nienawidzi? — mruczała Bożena, leżąc na wypchanym, ale już zapadniętym kanapie, zakrywając twarz dłonią. — Żeby ktoś jej wytłumaczył, że matkę trzeba szanować. Chociaż ktoś. Ktokolwiek…
W pokoju panował półmrok, a w powietrzu unosił się zapach przeterminowanego wina, brudnych talerzy i dusznego koszmaru, który wsiąkał w tapety i ściany. Bożena nie mogła wstać — głowa dudniła, jakby w czaszce utknął pociąg, a każdy jego przystanek wiązał się z mdłościami. Gdzie zasnęła? Kiedy? Nie pamiętała. Tak samo jak nie pamiętała, w którym momencie wczoraj wieczorem sięgnęła po butelkę i gdzie podziały się ostatnie godziny.
Znowu była sama.
Kinga nienawidziła pijaków.
To nie była zwykła niechęć. To była nienawiść głęboka i stara, jak korzeń wielkiego drzewa, który wrósł w każdą jej komórkę. Od dzieciństwa, od tych wieczorów, gdy w ich mieszkaniu zaczynało się coś na kształt piekła: matka, zataczając się, wpadała do domu, trzaskała drzwiami, nie trafiała w włącznik światła, chwytając się ścian. Czasem — upadała. Czasem — zasypiała w przedpokoju, nie docierając do łóżka.
Pewnego razu Kinga znalazła Bożenę leżącą przed klatką twarzą w błocie. Miała siedem lat. Siedem lat — a już wiedziała, co to wstyd. Co to woń alkoholu, spojrzenia sąsiadów, docinki kolegów:
— Kinga, twoja stara dzisiaj w rynsztoku czy pod stołem?
Nauczyła się powstrzymywać łzy. Także chować potłuczone szklanki, zbierać puste butelki do worków i wynosić je na śmietnik tak, żeby nikt nie widział. Kinga myła podłogi, gdy mama nie mogła nawet wstać. Prała, sprzątała, gotowała — bo inaczej nie dało się żyć. W wieku dziesięciu lat znała już sposób na plamę po winie na dywanie i na wymioty ze ściany.
Każdy wieczór był próbą. Matka rozmawiała sama ze sobą, krzyczała, płakała, rzucała szklanym słoikiem o ścianę, upadała. A Kinga siedziała w ciemności, wtulona w poduszkę, i zamierała. Wstrzymywała oddech. Czekała. Żeby tylko nie sprowokować, nie rozzłościć, nie zwrócić na siebie uwagi. Bo pijana matka mogła być różna. Czasem płakała, czasem wrzeszczała, a czasem — biła.
Kinga dorosła. Wyprowadziła się, gdy tylko mogła. Poszła na studia, pracowała wieczorami, żeby wynająć pokój. Potem poznała Jacka. Cichego, opiekuńczego. Pobrali się. Urodził im się syn — Jakub. I Kinga przysięgła sobie:
— Moje dziecko nigdy nie zobaczy mnie pijanej. Nigdy nie będzie się bało kroków na korytarzu. Nigdy nie będzie musiało za mną sprzątać.
Chroniła swojego syna, jak potrafiła. Cisza, przytulność, domowy chleb, wieczorne bajki i świeża pościel pachnąca lawendą. Wszystko to, czego sama nigdy nie miała.
Z matką prawie nie utrzymywała kontaktu. Od czasu do czasu — krótkie rozmowy, zawsze powściągliwe. I tylko wtedy, gdy u Bożeny akurat były „lepsze” dni. Nie chciała wpuszczać jej do swojego życia. Ani na krok.
Ale Bożena — nie rozumiała.
Każdy jej ranek zaczynał się od bólu głowy i przekleństw. Mamrotała, klęła, potykała się po mieszkaniu. Czasem budziła się na kuchennej podłodze, między pI telefon od milczenia Kingi wisiał w powietrzu cięższy niż każda butelka, której Bożena nie odłożyła na półkę.



