— Nie mam już siły! — wykrzyknęła Kasia, rzucając torbę na kanapę. — Chcę nad morze! Leżeć jak foka w słońcu cały dzień, a nocą tańczyć do rana. Żadnych myśli o pracy, tylko drinki i muzyka!
Michał uśmiechnął się pod nosem. Przywykł już do jej emocjonalnych wybuchów. Kasia była dziewczyną niebanalną — ostra, ironiczna, czasem kolczasta, ale zawsze autentyczna. Nie udawała, nie grała roli. Z nią było lekko, zabawnie i… po prostu dobrze.
Poznali się kilka miesięcy temu, a od tamtej pory Michał czuł, jakby oddychał pełną piersią. Żadnych wymuszonych rozmów, żadnych sztucznych uśmiechów — tylko naturalność i dziwne poczucie, że właśnie z nią chce być. Na zawsze.
— Co się stało w pracy? — zapytał łagodnie, podchodząc bliżej.
— Wszyscy doprowadzają mnie do białej gorączki! „Kasia zrób to, Kasia zrób tamto!” Jakby innych imion na świecie nie było. Dziś o włos nie wysłałam szefa na księżyc…
— No to ewidentnie potrzebujesz urlopu — zaśmiał się Michał. — Możemy gdzieś wyskoczyć, nawet jeśli nie nad morze.
— Gdzie niby? Maksimum, co mi się należy, to dzień wolnego. Jaki sens ma jednodniowy „urlop”?
— A może do babci na wieś? Powietrze takie, że po spacerze śpisz jak zabity. A do tego pierogi, swojski chleb, konfitury prosto ze słoika…
— Na wieś?! — Kasia szeroko otworzyła oczy. — Poważnie? Nigdy nie byłam na wsi.
— Jak to nigdy?
— No tak. Cała moja rodzina z miasta. Nawet krowę widziałam tylko na opakowaniu mleka.
— W takim razie musisz to zobaczyć! Rzeka, piec kaflowy, wieczorne ognisko, gwiazdy…
— Oj, Michał, żeby choć połowę twojego entuzjazmu. Szczerze? Babci jeszcze nie jestem gotowa podbijać.
— A niesłusznie! Moja babcia to skarb. Zasypie cię pierogami, naleśnikami, a do tego herbata z własnej mięty — i już będziesz ją kochać.
— No skoro pierogi są argumentem… — Kasia uśmiechnęła się. — Dobrze. Pod jednym warunkiem: jeśli mi się nie spodoba, kupisz mi nową garderobę. Bo w starą po babcinych smakołykach nie wejdę.
Śmiał się, a ona wciąż nie była pewna, czy dołączyć do śmiechu, czy zacząć się stresować.
Droga nie należała do przyjemnych. Ostatnie kilometry samochód podskakiwał na wyboistej, wiejskiej drodze. Michał był spokojny, ale Kasia nerwowo wpatrywała się w okno, wyobrażając sobie krzywe stodoły, góry gnoju i gęsi gotowe zaatakować intruza.
Tymczasem wieś okazała się zadbana, ze sklepami, asfaltem i nawet… brakiem krów na pierwszy rzut oka. Za to dzieci biegały boso, kobiety plotkowały przy płotach, a starsi mężczyźni spokojnie grali w karty.
Babcia powitała ich, jakby czekała całe życie. Przytuliła Kasię jak własną wnuczkę, posadziła przy stole, który uginał się: żurek, pierogi, schabowy, kompot domowej roboty…
Kasia oniemiała. Gdzie ta surowa babcia, która będzie milczeć podczas kolacji? Gdzie ta wiejska szorstkość, której się bała?
Michał promieniał. Wiedział, że tak będzie.
Po obiedzie zabrał Kasię nad rzekę. A tam — bajka. Kryształowa woda, dzieci pluskające się przy brzegu, zapach pieczonych kiełbasek, śmiechy i zero pośpiechu. Tylko słońce, wiatr i dym ogniska.
Wieczorem Kasia zasnęła, ledwie dotykając poduszki. Rano obudziło ją słońce — zasłony u babci były cienkie, niemal przezroczyste. Wstała, narzuciła sweter i wyszła przed dom. I znieruchomiała.
Niebo różowiało, słońce ledwo wschodziło. Gdzieś w oddali muczały krowy, śpiewały ptaki, pachniało rosą i ziołami. Cały świat wokół oddychał spokojem. Kasia zdjęła kapcie i stanęła bosymi stopami na mokrej od rosy trawie. Stała tak w ciszy. Dusza odpoczywała.
— Już myślałem, że uciekłaś — odezwał się za nią Michał.
— Obudziłam się… Wyszłam. Tu jest tak cicho, tak lekko… Nigdy nie czułam takiego spokoju.
— Podoba ci się?
— Bardzo. Przyjedziemy jeszcze?
— Jasne. Nieraz.
Kasia przytuliła go mocno. W środku coś ciepłego się rozpierało. Nie chciała już nad morze. Wiedziała, że swój spokój, swoje szczęście, znalazła właśnie tu. I że wróci tu jeszcze nie raz — tam, gdzie oddech staje się lżejszy.



