Dobrze, oto mój numer telefonu, urządzajcie się, muszę lecieć, bo jutro w nocy mam samolot, wyjeżdżam na wakacje mówiła w biegu Katarzyna Wojciechowska, właścicielka mieszkania, które właśnie wynajęła Alicji. W razie czego, dzwońcie. Do widzenia.
Dobrze, do widzenia odpowiedziała trochę zdezperowana Alicja, wciąż trzymając w ręku umowę i pełnomocnictwo do współpracy z administracją, tak na wszelki wypadek.
Szybka i spostrzegawcza ta gospodyni, a w zasadzie takimi powinni być wszyscy pomyślała Alicja.
Podobało jej się to wynajęte mieszkanie w nowym budynku, a widok z okna był po prostu przepiękny: las niedaleko i mała rzeczka, która nie zamarza nawet zimą. Dlaczego? Nikt nie wiedział. Niektórzy żartowali, że płynie w niej płyn do spryskiwaczy.
Minął już tydzień, odkąd Alicja tu mieszkała. Wracała z pracy po zmroku na dworze była zima. Sąsiadka z naprzeciwka, Zofia Nowak, najsympatyczniejsza i najmilsza starsza pani, odwiedziła ją już trzeciego dnia.
Dobry wieczór powiedziała spokojnie. Zofia Nowak, sąsiadka z naprzeciwka. Poznajmy się, skoro już tu wynajęłaś mieszkanie. Sąsiadów trzeba znać i z nimi żyć w zgodzie mówiła, jakby tłumaczyła to Alicji albo sama sobie.
Dzień dobry, proszę wejść, pani Zofio. Nazywam się Alicja, bardzo się cieszę, że pani wpadła. I to prawda, mieszkam tu, a nikogo nie znam powiedziała przyjaźnie Alicja. Napijemy się herbaty, choć specjalnych smakołyków nie mam, oprócz czekolady.
Dziękuję, Alicjo, dziękuję. Ale ja przyszłam cię zaprosić na herbatę do mnie. Mam świeżo upieczone jabłecznik, chodź. A poza tym, wybacz, będę mówić ci po imieniu. Po pierwsze, jesteś młoda, po drugie, jesteśmy sąsiadkami, a po trzecie, byłam nauczycielką w szkole, więc zawsze mówiłam ty do uczniów uśmiechnęła się ciepło.
Pewnie była świetną nauczycielką przemknęło Alicji przez myśl, a głośno odpowiedziała:
Ojej, dziękuję, pani Zofio, trafiłam niespodziewanie na jabłecznik zaśmiała się. Jabłecznik to zawsze dobry pomysł.
Alicja zasiedziała się u sąsiadki, ale wcale tego nie żałowała Zofia była niesamowicie ciekawą rozmówczynią. Opowiadała mnóstwo historii o szkole, o swoich uczniach, przyznała nawet, że bardzo tęskni za pracą na emeryturze, ale taka już kolej rzeczy, lata robią swoje.
Alicja nie była zamężna, miała dwadzieścia osiem lat. Trzy miesiące temu rozstała się z chłopakiem był zbyt miękki i niezaradny, nie potrafił nawet umyć za sobą kubka, a co dopiero mówić o typowo męskich sprawach, jak naprawa czegoś w domu czy wymiana żarówki. Pokłócili się właśnie przez takie codzienne problemy, po roku wspólnego życia.
Tego wieczora Alicja wróciła od sąsiadki późno nagadali się, napili herbaty, najedli ciasta. Położyła się spać. W pracy czekał ją raport, jutro pewnie wróci późno. Z tymi myślami zasnęła. Faktycznie, w pracy nie odrywała się od komputera prawie cały dzień, tylko na szybki lunch w przerwie.
W końcu wróciła do domu i odetchnęła z ulgą.
Uff, dzięki Bogu, raport skończony pomyślała. Za kilka dni ferie świąteczne, w końcu odpocznę, może pojadę na narty. Tylko muszę namówić Kasię, ale ona w takich sprawach jest leniwa, nie lubi jeździć na nartach.
Alicja zjadła kolację i wylądowała na kanapie, wciśnięta w telefon. Nie wiadomo, jak długo tak siedziała, ale w końcu zachciało się jej pić i wyszła do kuchni. Postawiła kubek na stole i drgnęła na odgłos dziwnego szumu. Odwróciła się i zobaczyła, jak woda z hukiem wylewa się z kranu, rozbryzgując się na wszystkie strony.
Ojej, zaraz będzie potop, co robić? Nigdy nie była w tak ekstremalnej sytuacji.
Ale zebrała myśli i przypomniała sobie, że gospodyni pokazała jej, gdzie można zakręcić wodę. Wpadła do łazienki, znalazła zawór zimnej wody i próbowała go zakręcić, ale nie dawał rady. Wyglądało na to, że nikt go dawno nie używał. Tymczasem woda lała się dalej, rzuciła szmatę na podłogę, ale to oczywiście nie pomogło. Najbardziej martwiła się o sąsiadów na dole.
Kto tam mieszka? Zaraz ich zaleję.
Jeszcze raz z całej siły nacisnęła na zawór tym razem trochę się przemieścił, ale nie do końca. Woda wciąż leciała, ale już nie tak gwałtownie, tylko cienką strużką. Szybko złapała umowę, znalazła numer Katarzyny i zadzwoniła, ale właścicielka nie odbierała przecież wyjechała.
Usiadła na kanapie i zadzwoniła do dyspozytora w spółdzielni nikt nie odebrał. Zadzwoniła do mamy, ta wpadła w panikę:
Zaraz przyjedziemy z Tadeuszem.
Mamo, no jak, ja mieszkam sto pięćdziesiąt kilometrów od was. I co wy tam zrobicie? Nawet nie myśl, dzwonię do administracji, ale na razie nie odbierają.
Alicja jakoś zebrała wodę z podłogi, ale wciąż przeciekała, choć już nie tak mocno. Wyszła z mieszkania i zadzwoniła do drzwi Zofii. Ta otworzyła w pidżamie, ale szybko zrozumiała sytuację i zadzwoniła po straż pożarną. Alicja aż się zdziwiła:
Jak ja sama na to nie wpadłam? To przecież typowa sytuacja awaryjna. Zagrożone jest mieszkanie na dole, a nie daj Boże, jeszcze niżej
Zofia gadała przez telefon, strasząc dyspozytora. Przyjęli zgłoszenie.
I co teraz? zapytała wystraszona Alicja.
No cóż, napijemy się herbaty przez dziesięć minut, przyjadą jak na zawołanie, zgłoszenie jest odpowiedziała spokojnie. W szkole przeżyła różne sytuacje i nauczyła się panować nad sobą.
Zofia była pewna siebie i opanowana. W tym czasie zadzwonił jej telefon.
Tak, Krzysiu, tak kiwała głową. Po prostu już dzwoniła, nikt w spółdzielni nie odbiera. Tak, dlatego zadzwoniłam po strażaków. Ale ty też mnie zrozum, u niej woda leje, może zalać sąsiadów.
Po dziesięciu minutach na klatce słychać



