Gdybyśmy się spotkali wcześniej…
Elżbieta przyszła do przychodni o umówionej godzinie, odebrała kartę w rejestracji i wyszła na drugie piętro. Przed gabinetem numer dwanaście wszystkie krzesła zajmowali starsi ludzie. Pod oknem, opierając się plecami o parapet, stał mężczyzna.
— Wszyscy państwo do dwunastego? — nieśmiało zapytała Elżbieta.
— Do dwunastego. A pani będzie za tamtym panem przy oknie — odpowiedziała jedna z kobiet.
— Ale ja mam numer — powiedziała Elżbieta, sięgając po niego do kieszeni.
— Tu wszyscy mają numery — zachrypiał siwy, drobny staruszek.
Elżbieta zauważyła ciekawe spojrzenie mężczyzny pod oknem i podeszła do niego.
— Też ma pan numer? Na którą godzinę? — spytała.
Wyglądał na młodszego od pozostałych i sprawiał wrażenie spokojnego.
— Na dziewiątą trzydzieści — chętnie odpowiedział.
Elżbieta spojrzała na niego zdezorientowana.
— To po co pan zajął miejsce w kolejce? Jego czas dawno minął. A może się pan spóźnił? — zapytała.
— My się nie spóźniliśmy, przyszliśmy nawet wcześniej, to lekarz się spóźnia — wtrącił się siwy staruszek, a wszyscy przed gabinetem zaczęli szemrać, narzekając na niesprawiedliwość.
— Jak to? Po co te numery, skoro i tak przyjmują po “kto pierwszy, ten lepszy”? — Elżbieta zwróciła się do rozmownego staruszka.
— Chce pani złożyć skargę? Na próżno. Najpierw przeszedł weteran wojenny. Kłamał, oczywiście, ma najwyżej siedemdziesiąt lat, jak ja. Potem dyrektorka przyprowadziła swoją znajomą. Naradzali się w gabinecie z czterdzieści minut. No i siedzimy tu, czekamy. Co pani chce? Darmowa służba zdrowia — burknął staruszek.
— Przy takim tempie do wieczora nas nie przyjmą. I co, znowu brać numer? — oburzyła się Elżbieta, szukając wsparcia u mężczyzny pod oknem.
— Niech się pani nie denerwuje, wszystkich przyjmie, choć byle jak. Lekarz też człowiek. Wszystko rozumie, ale nic nie może. System — znacząco powiedział siwy staruszek i uniósł palec w górę. — Ich rozmowa jest krótka: nie podoba się, idź do prywatnej przychodni.
— Ale to nie w porządku… — W Elżbiecie narastało oburzenie jak para w gotującym się czajniku.
— Radzę pani, nie denerwuj się. Nic pani nie zmieni, a tylko sobie zaszkodzi — filozoficznie zauważył mężczyzna pod oknem.
Elżbieta stanęła obok niego, zastanawiając się, czy czekać dwie godziny, czy odejść.
— Do ortopedy zawsze trudno się dostać. Jeden na wszystkich. Wyśle na prześwietlenie, a tam też kolejka. Potem ze zdjęciem znowu tu wrócić… — staruszek machnął ręką z rezygnacją.
Kolejka przyznała mu rację, znów zaszemrała, zaniepokoiła się.
“Może jednak odejść?” — pomyślała Elżbieta, ale nie ruszała się, mając nadzieję na cud.
— Ciężko się pani zdecydować? — zapytał mężczyzna.
Elżbieta spojrzała na niego, ale nie odpowiedziała.
— A pani coś poważnego? — znów zapytał.
— Chyba tu wszyscy mają coś poważnego. — Elżbieta oderwała się od parapetu, ostatni raz rzuciła okiem na gabinet dwunasty i ruszyła korytarzem w stronę schodów.
Usłyszała za sobą nierówne kroki i odwróciła się. Mężczyzna, utykając, doganiał ją.
— Też pan postanowił wyjść? — spytała Elżbieta.
Zrobiło jej się lżej na myśl, że wychodzą razem.
— A do prywatnej próbowała pani pójść? — znów zapytała.
— Tam pracują ci sami lekarze, tylko biorą pieniądze za wizytę — odpowiedział.
Wyszli razem z przychodni.
— Na autobus? — spytał.
— Nie. Przejdę się trochę, uspokoję. — Elżbieta minęła przystanek.
— Zaczekaj, pójdę z panią — zawołał za nią.
— Pewnie ciężko panu iść? Lepiej byłoby poczekać na autobus — powiedziała, niechętnie zwalniając kroku.
“Nie odczepi się. Przyczepił się” — pomyślała.
— Poznałem panią. W poniedziałek razem braliśmy numery, potem jechaliśmy tym samym autobusem. Mieszkamy gdzieś blisko — wysiedliśmy na tej samej stacji.
— Śledził mnie pan? — Elżbieta spłonęła rumieńcem.
“Na pewno wariat”.
— Nie. Tak wyszło.
Przez chwilę szli w milczeniu. Elżbieta starała się dostosować krok, by ułatwić mu chodzenie. Po dwóch przystankach jednak wsiedli do autobusu, potem razem wysiedli.
— Oto mój dom — powiedział mężczyzna, wskazując dziewięciopiętrowiec naprzeciw przystanku. — Pozwoli pani, że ją odprowadzę?
— A jak noga? Nie boli? — zamiast odpowiedzi spytała Elżbieta.
— Przyzwyczaiłem się. A wie pani co? Niech pani jutro przyjdzie do Domu Kultury. Mamy taki klub. Nie pożałuje pani.
— Nie lubię takich spotkań. Poza tym, to pańskie znajomości, nie moje — Elżbieta nie wiedziała, jak się wymigać.
— Szkoda. Byłem artystą. A właściwie, nigdy nim nie zostałem. Mówili, że byłem obiecujący. Tak, tak, niech się pani nie dziwi.
— I co przeszkodziło? — sceptycznie spytała Elżbieta, nie wierząc natrętnemu towarzyszowi.
“Jasne, podrywa”.
— Miłość przeszkodziła. Zakochałem się po uszy w najpiękniejszej dziewczynie na roku. Gotów byłem za nią umrzeć. Pewnego wieczoru szliśmy przez most. Światła odbijały się w czarnej wodzie… Romantycznie. Tam, na moście, wyznałem jej miłość.
— I co? — Elżbieta zainteresowała się opowieścią.
Doszli do jej domu, ale nie spieszyła się wejść, chciała usłyszeć koniec.
— Spytała, na co jestem gotów dla miłości, i zażądała dowodu. Nie wiem, jak nazywają te elementy mostu… W każdym razie przęsła dzielą belki, połączone metalowymi linami. Belki wysokie na siedem metrów, może więcej.
“Dasz radę wejść na samą górę?” — spytała. Byłem młody i głupi. Rozbiegłem się, wskoczyłem na linę i pobiegłem na szczyt, balansując rękami. Wdrapałem się, złapałem za pręt, ale nie wiedziałem, jak zejść. W dół patrzeć strasznie. AElżbieta odwróciła się jeszcze raz, patrzElżbieta odwróciła się jeszcze raz, patrząc na dom Wacława, i w końcu zrozumiała, że czasami najważniejsze spotkania przychodzą za późno.



