Mieszkam z mężem na wsi i mamy własne, duże gospodarstwo. Mamy własne szklarnie, w których uprawiamy owoce i warzywa i w ten sposób zarabiamy na życie. Jacek i ja nie mieliśmy dzieci, chociaż bardzo o tym marzyliśmy. Jednak w mojej rodzinie, w której się urodziłam i dorastałam, było wiele dzieci, bo było nas troje. Miałam brata i siostrę. Żyliśmy skromnie, ponieważ moim rodzicom trudno było podołać wydatkom, każde z nas czegoś potrzebowało. Trzeba było nas nakarmić, ubrać, zapłacić za naukę, opłacić i zrobić wesela. Wiem więc dobrze, co znaczy zarabianie własnych pieniędzy oraz ile trudu trzeba włożyć, zanim dotrą do człowieka. Jestem wdzięczna moim rodzicom za to, że nauczyli mnie umiejętności przetrwania na tym świecie. Mój brat również został mężczyzną odnoszącym sukcesy, ma własną firmę produkującą perfumy. Moja siostra zmarła pięć lat temu. Wszyscy bardzo przeżywaliśmy jej śmierć. Wraz z bratem pocieszaliśmy naszych rodziców, mówiliśmy im, że nadal mają dla kogo żyć, zwłaszcza że są wnuki. Mój brat ma rodzinę, żonę i dwóch synów. Rodzice nigdy nie pogodzili się z tą ogromną stratą, ale zaczęli w miarę normalnie żyć dalej. Pomagali mojemu bratu Jackowi w wychowaniu chłopców. Mama i tata często odwiedzali Jacka, czasami zostawali u niego na kilka dni, ponieważ brat i bratowa są zawsze zajęci.
Pewnego dnia mama zachorowała i nie mogła zająć się chłopakami, ojciec musiał zostać z matką, by się nią opiekować. Obydwoje już nie są młodzi.
Zadzwonił mój brat i poprosił, abym zaopiekowała się jego dziećmi. Sami musieli wyjechać w podróż służbową na kilka dni. Nie mogli tym razem liczyć na mamę, bo była chora, ani na tatę, bo opiekuje się chorą.
Odpowiedziałam Jackowi, że z przyjemnością zajmę się chłopcami. Mieliśmy właściwie czas zbiorów w szklarniach, ale nie mogłam odmówić bratu.
Następnego dnia Jacek przywiózł dzieci. Zawsze się cieszyłam, kiedy je widziałam, ponieważ Bóg nie dał nam mieć własnych dzieci i chłopcy brata byli dla nas wielkim szczęściem.
Piotrek i Marek to dzieci grzeczne i uprzejme. Czasami psocą, ale nie więcej, niż inne dzieci w ich wieku. Piotruś miał osiem lat, a Marek dziewięć.
Ugotowałam obiad, nakarmiłam małych i poszłam do swojej pracy. Chłopcy podeszli do mnie i powiedzieli, że się nudzą. Rozumiem, że nie mamy takich rozrywek jak w mieście, ale przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Pomyślałam, że podzielimy się na dwa zespoły. Piotrek będzie ze mną, a Marek z mężem i będziemy zbierać ogórki. Który zespół zbierze więcej, będzie miał więcej pieniędzy. W końcu ludzie przychodzą do nas po warzywa i kupują. Chłopcom bardzo spodobał się ten pomysł.
Rozpoczęliśmy naszą rywalizację. Gdy nadszedł wieczór, nakarmiłam dzieci i położyły się do łóżek. Rano wstaliśmy na śniadanie i wybieraliśmy się, aby kontynuować nasze zawody. Był jednak jeden problem. Mój mąż nie miał dwóch palców u jednej ręki, amputowano je jeszcze w dzieciństwie i nosił protezę, którą zdejmował na noc. Rano nigdzie nie mógł jej znaleźć. Szukaliśmy jej wszędzie, ale po protezie nie było śladu. Poszliśmy więc kontynuować zawody. Marek z mężem zebrali mniej warzyw niż ja z Piotrkiem, więc to my zarobiliśmy więcej pieniędzy. Przyszedł czas obiadu, usiedliśmy do stołu, a Piotrka nigdzie nie było. Gdy znalazłam chłopca, siedział za domem i płakał. Zapytaliśmy go, dlaczego płacze. Odpowiedział, że to on ukrył protezę, aby wygrać nasze zawody. Jako ciocia, wyjaśniłam dziecku, że nie można tego robić, ponieważ nic się nie osiągnie za pomocą kłamstw i nikczemnych czynów, oprócz wstydu i utraty własnej wartości. Mam nadzieję, że chłopiec mnie zrozumiał i w późniejszym życiu tak nie będzie robił i wszystko już będzie dobrze.



