Dawno temu, po ukończeniu miesięcznego szkolenia na tresera psów, mój mąż otrzymał owczarka niemieckiego imieniem Gustaw. Ten trzyletni pies był służbowy, bardzo zdyscyplinowany, ale miał już wcześniej trzech opiekunów. Początkowo chciano go przeznaczyć do służby na posterunku kontrolnym, lecz ostatecznie trafił do mojego męża, który był wówczas na praktyce. Nikt jednak nie chciał zatrzymać Gustawa na stałe, bo trudno było mu się podporządkować poleceniom i nie okazywał przywiązania. Pojawiły się nawet pomysły, by zamknąć go w kojcu i wyprowadzać tylko wtedy, gdy zajdzie taka potrzeba. Jednak ponieważ zarówno ja, jak i mój mąż mieliśmy w rodzinie wielu miłośników i znawców psów, podjęliśmy się wyzwania, wierząc, że damy radę!
Pamiętam, że przez pierwsze tygodnie karmiłam go, używając szufli do śniegu, żeby wsunąć miskę do jego wybiegu. Ale, jak się okazało, psie serce potrafi się rozgrzać i Gustaw z czasem się odmienił. Po roku nie dało się go poznać! Nasz najmłodszy syn, Staś, miał wtedy półtora roku. Wyszłam na podwórko, by posprzątać po zimie. Córeczka, Jadwiga, była akurat w przedszkolu, więc zabrałam Stasia ze sobą. Z tamtego dnia pamiętam doskonale taki obrazek: Staś biega po świeżo stopniałych, mokrych grządkach, a Gustaw idzie za nim krok w krok i gdy tylko synek nieporadnie upada, Gustaw delikatnie chwyta go za kurtkę i stawia na nogi.
Mój mąż, Wojciech, z natury nie pije, lecz tamtego wieczoru było zebranie pracowników ochrony w domu szefa. Wino lało się strumieniami, choć Wojciech, nie pijąc, został na noc jako ten, który będzie pilnował porządku i odprowadzi szefa do domu. Była już jedenasta wieczorem, siedziałam na ganku przed domem w Toruniu i zniecierpliwiona próbowałam się z nim skontaktować, ale bez skutku. Martwiłam się, że może, próbując wrócić, wpadnie do Wisły i stanie się nieszczęście.
Gdy już miałam w panice biec na poszukiwania, zobaczyłam nagle uchyloną furtkę. W drzwiach pojawił się Gustaw, a za nim niemal śpiący na stojąco Wojciech, ledwo trzymający się na nogach, prowadzony na smyczy. Gustaw samodzielnie przyprowadził go bezpiecznie na nasz ganek. Gdy mąż opadł na kanapę tuż przy mnie, Gustaw stanął obok i wymownie spojrzał mi w oczy. Nigdy nie przypuszczałam, że w oczach psa może być tyle ironii Do dziś żartujemy w domu, jak to Gustaw, a nie ja, odprowadził Wojciecha do domu bezpiecznie.



