Gdy miałam trzydzieści lat, byłam tą kobietą, o której wszyscy mówili, że ma cały świat u stóp. Miałam niezłą pracę biurową, własne wynajmowane mieszkanie w Warszawie, jeździłam za granicę, gdy tylko wpadłam na taki pomysł, a w weekendy bywałam z przyjaciółkami na obiadach, seansach kinowych albo nawet na jakiejś szalonej potańcówce.
Wtedy byłam w związku prawie pięć lat z Pawłem. Ale za każdym razem, gdy rzucał od niechcenia: No, a może kiedyś dziecko?, przechodziły mnie ciarki. Odpowiadałam, że nie widzę siebie w roli mamy bawiącej się w pieluchy o trzeciej nad ranem i ślęczącej nad nieprzespanymi nocami. On wtedy zręcznie zmieniał temat na czy rogaliki kupić z makiem czy z serem. Ja byłam skupiona na oszczędzaniu, rozwijaniu się, kolejnych studiach podyplomowych i zagranicznych wycieczkach, nie na zabawach z niemowlakami.
W wieku 37 lat poznałam Artura i wydawało mi się, że to już pora na poważny związek. Niestety, Artur miał już synka z poprzedniego małżeństwa i dla mnie to była odpowiedzialność typu za ciężka walizka jak na tak zwane ręczne. Pewnego dnia zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem, i przy okazji powiedział jasno, że jeszcze chciałby dziecka. Przestraszyłam się i zniknęłam żadnych dramatycznych rozmów, po prostu przestałam się odzywać, aż sam się domyślił.
Pamiętam jak moja siostra, Aneta, powiedziała mi wtedy:
No, zobaczysz, będziesz żałować, jak przegapisz ogarniętego faceta tylko dlatego, że boisz się być matką.
Roześmiałam się. Myślałam, że robi z igły widły.
W wieku 45 lat byłam u szczytu kariery. W pracy mnie awansowali, zarabiałam świetnie złotówki się zgadzały kupiłam swój pierwszy samochód, sama odmalowałam cały dom i uważałam się za prawdziwą kobietę sukcesu.
Ale kiedy obchodziłam swoje sukcesy z kieliszkiem prosecco, zerkałam na moje koleżanki ich dzieci w przedszkolu, w szkole, na konkursach, na występach tanecznych. Myślałam sobie:
O rany, ale bajzel Ja bym tego nie zniosła.
Byłam przekonana, że moje życie jest zdecydowanie mniej stresujące.
Kiedy miałam 52 lata, Aneta poważnie zachorowała i czekała ją operacja. Jej dzieci nie odstępowały jej na krok organizowały opiekę, załatwiały papiery, gotowały jej rosół, chodziły razem do szpitala. A ja czułam się, jakbym była zupełnie do niczego.
Zastanowiło mnie, na kogo ja mogłabym liczyć, gdyby mnie to spotkało. Siedziałam w tej szpitalnej poczekalni, a po raz pierwszy przemknęło mi przez głowę:
A jak pewnego dnia to będę ja? Kto wtedy zadzwoni do lekarza, przyniesie mi kapcie do szpitala?
Pojawiło się pierwsze żal ciche, niewinne… ale wyczuwalne.
Kiedy skończyłam 60 lat, zmarła moja mama.
Cała odpowiedzialność spadła oczywiście na mnie: formalności w urzędach, pogrzeb, rachunki, sprzątanie po domu. Siostrzeńcy coś tam pomogli, ale każdy zajęty swoim domem i dziećmi. Tą noc spędziłam sama, otoczona workami z ubraniami mamy, i po raz pierwszy tak wyraźnie poczułam, czego nie chciałam zauważyć przez lata:
że nie mam nikogo, kto by mnie naprawdę potrzebował,
nikt nie liczy na moje wsparcie,
nikt nie rozprasza tej niezręcznej ciszy.
I wtedy pomyślałam:
Może jednak byłabym całkiem niezłą mamą.
Niedziele stały się trudne.
Siostry zbierają się z dziećmi, wnukami, zięciami i synowymi. Domy kipią od śmiechu, zamieszania, jest gwarno jak na targu w Katowicach.
A ja siedzę spokojnie na jednym krześle, niby obecna, ale jakby obok.
Nie, nikt mnie nie ignoruje. Po prostu nie mam w tym towarzystwie żadnej szczególnej roli.
Jestem ciocią albo siostrą, ale nigdy mamą.
Święta Bożego Narodzenia są jeszcze trudniejsze.
Wszyscy planują rodzinne kolacje, u kogo choinka, gdzie karp, kto robi pierogi. Ja zawsze gość, nie gospodyni. Nigdy nie byłam centrum czyjegoś świata.
Teraz, mając 67 lat, wstaję sama, jem śniadanie sama, robię zakupy sama, płacę rachunki sama. To nie jest jakaś osobista tragedia.
To po prostu rzeczywistość.
Jak mi się coś pogorszy ze zdrowiem, dzwonię po taksówkę, jadę sama na SOR i siedzę tam cicho z torebką na kolanach, nikt nie dopytuje, czy jestem czyjąś mamą. Kiedy jest mi smutno nikt tego nie widzi. Jak przydarzy mi się coś fajnego na przykład dzień, w którym spłaciłam kredyt na dom nie mam z kim się tym ucieszyć.
Czasem patrzę przez okno, jak sąsiedzi przyjmują dzieci i wnuki z pizzą i pierogami. U mnie nikt nie parkuje. Nie mam komu zostawić rzeczy. Nie mam komu opowiedzieć swojej historii.
Nie żałuję, że nie uległam presji otoczenia.
Żałuję, że za późno zrozumiałam, że nikt nie jest nieśmiertelny.
Tak, każdy może żyć, jak chce
Ale kiedy na karku lata już nie te, zostaje tylko jedno pragnienie:
By mieć kogoś, na kim można się oprzeć.



