GRZEBIEŃ NA KAMIEŃ
Moja ukochana ciotka, a dalej będę ją nazywać Halina, wyszła za mąż nie z miłości, lecz z przymusu. Najstarsze siostry ją popychały, rodzice przyciskali. Ich argumenty były jak z betonu:
– Ileż to można fruwać po łące, a i tak kończy się w chomącie Czy ty, Halinko, chcesz doczekać siwych warkoczy i zostać starą panną? U nas w rodzinie nie ma kawalerek! Kto ci potem poda szklankę wody na starość?
A Halina, patrząc na ojca zaciętego pijaka jeszcze jako dziewczynka przysięgła sobie, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Zamierzała oddać się karierze. Lecz w swoje 28 urodziny, po wysłuchaniu morza życzeń i rad ze strony rodziny, Halina pękła i pomyślała, że może rzeczywiście czas założyć rodzinę.
Narzeczony, Darek, pojawił się szybko. Cała rodzina już dawno to ugotowała, jak barszcz na niedzielę. Po dwóch tygodniach zalotów oświadczył się Halinie. Ona tylko skinęła głową, niby to beznamiętnie, w stylu no dobra, niech będzie. Pomyślała sobie: Może z czasem i pokocham…
Darek miał czterdzieści lat i już całkowicie ukształtowany charakter. Ślub zrobili na szybko. Pamiętam jak dziś toast wodzireja: Kocha, niech do ołtarza idzie, nie kocha do ojca wraca!
Halina później całkiem zgodzi się z tą ludową mądrością. Zaczęły się szare dni. Już po miesiącu Halina myślała o rozwodzie. Nic jej nie cieszyło. W duszy czuła zawód i pustkę. Mąż okazał się uparty, marudny i aż zanadto zasadniczy.
Darek nie ustępował ani na krok. Halina była identyczna. Tu naprawdę grzebień trafił na kamień.
…Po roku w rodzinie pojawił się syn Fabian. Halina zanurzyła się w macierzyństwo. Przestała zauważać męża, na noc rozkładała mu kanapę w innym pokoju. Zmęczona jestem, nawet nie śnię, a ty żebyś coś zrobił, szyła nie szyjesz…
Latem Halina z Fabianem pojechała na wieś do rodziców. Popłakała się matce na swój los:
Mamo, chcę się rozwieść. Sama wychowam syna. To nie dla mnie, to małżeństwo! Czasem mam ochotę zamknąć oczy i po prostu się położyć, na sankach odjechać. Nie wpasowuję się do życia rodzinnego. Już nie znoszę Darka. Po co ciągnąć?
Matka poradziła:
Pomieszkaj tu z nami. Może jednak zatęsknisz za mężem? Rozwodzić się nie waż się! Wytrzymaj! Małżeństwo to jak woda z mąką wymieszasz, nie rozdzielisz.
Halina i tak nie liczyła na inny rodzicielski werdykt…
Nie mogła tylko zrozumieć: po co to znosić? Fabian obserwuje relację matki i ojca. Podrośnie, to zrozumie, że tam nie ma miłości. Po co ma chłonąć ten jad? Jaki wniosek wyciągnie syn z tej rodziny?
Matka Haliny całe życie znosiła wszystko. Ojciec pił na umór, spał na piecu i tylko stękał. Matka od świtu na nogach: trzeba krowę wydoić, świniom kartofle ugotować, siana nakosić, ogród plewić… W kole wciąż czekała robota. A zimą, jak zwierzęta miały siano, piec ciepły, obiad gotowy, rodzina nakarmiona, króle dokarmione, można było na chwilkę siąść. Wsi nigdy nie da się wyprzedzić z robotą…
Wszystkie trzy córki uciekły do miasta od tej cudownej wiejskiej egzystencji. Został tylko syn, brat Haliny, który był niepełnosprawny umysłowo. I tego Halina nie rozumiała: matka, wiedząc o pijackim mężu, i tak postanowiła mieć czwarte dziecko! Po co? Na to pytanie matka zawsze odpowiadała flegmatycznie: Twój ojciec chciał syna. Dziewcząt w domu było aż nadto…
Rodzice opiekowali się najmłodszym do końca swoich dni. Brat Haliny zaraz po śmierci rodziców też odszedł, dołączył do przodków. Miał sześćdziesiąt lat. Nigdy nie nauczył się dbać o siebie.
Po przemyśleniu Halina postanowiła nie martwić matki i wrócić do męża.
Dwa lata później urodził się drugi syn, Marcel.
Halina miała nadzieję, że pojawienie się drugiego syna coś zmieni w domu. Myliła się. Darek ignorował Marcela. Bo dziecko było odbiciem dziadka pijaka.
Halina tłumiła w sobie ból. Ale nigdy nie żałowała, że ma dwóch synów. Pomyślała: Wszystko dam dzieciom. Mężowi ni grosza uczucia. Tak żyli
Gdy Fabian i Marcel dorośli, wszystko się posypało. Picie, palenie, pyskowanie. Synowie z ojcem stanęli przeciwko Halinie. Chciała wychować ich na cichych i pokornych, ale nie wyszło.
Mąż zaczął pić z synami. Rodzina rozsypywała się jak piernik na wietrze. Halina była bezsilna wobec trzech mężczyzn.
W końcu zabrakło jej sił i pojechała do podstarzałych już rodziców.
Przyjęli ją z otwartymi ramionami. Matka ją pocieszała:
Halinko, wyglądasz starzej ode mnie. Los ci nie dogadzał. Ach, ci chłopy…
Halina karciła matkę za troskę wobec brata:
Mamo, po co się nad nim litujesz jak nad niemowlakiem! Bądź surowsza! Wyrośnie ci na plecach!
Matka zawsze go broniła:
Co ty, Halinko! Twój brat ma pusto w głowie, ale co z tego! Krew nie woda! Nie odetniesz go z rodziny! Będę z nim do grobowej deski.
Halina nie przepadała za bratem, choć wiedziała, że nie jego wina. Czy mogło być inne dziecko po takim ojcu? Halinie i siostrom się poszczęściło, ich ojciec wtedy jeszcze rzadziej pił.
Po roku przyjechał Marcel i powiedział, że ojciec umarł. Przepił się na śmierć.
Halina nie uroniła ani łzy. Tylko westchnęła ciężko:
No cóż, wszystko do tego prowadziło. Przymierzamy się do życia jak do łokcia, a wychodzi jak do palca. Niech Darek odpoczywa w spokoju…
Po powrocie do miasta, Halina, zmęczona życiem z dorosłymi synami, kupiła sobie mały domek na obrzeżach. Chciała spokojnie spędzić starość. Fabian i Marcel zostali w mieszkaniu rodziców.
Starszy syn się ożenił. Przyszedł na świat wnuk. Jednak coś nie wyszło, bo Fabian po roku się rozwiódł.
Marcel przeprowadził się do Haliny po solidnej bójce z Fabianem. O co poszło?
Okazało się, że Marcel pił coraz częściej, co nie podobało się Fabianowi. Nie chciał znosić pijanego brata, więc go pobił i wyrzucił z mieszkania. Marcel został u matki.
Mijały lata…
Fabian ponownie się ożenił. Po pięciu latach znów został sam. Żona uciekła. Fabian podsumował:
Ożeniłem się, jak na lodzie się połamałem.
I z trzecią żoną szczęścia nie miał. Była miłość, był żar, ale żona nagle zmarła, w wieku 40 lat. Skrzeplina się oderwała. Śmierć jest jak dym, wejdzie każdą szparą. Fabian żałował, potem powiedział matce:
Dość już tych ślubów i rozwodów. Zmęczony jestem tymi burzami. Będę sam żył.
Halina jeździ teraz sprzątać Fabianowi mieszkanie, gotuje mu obiady.
Marcel został kawalerem. Pije wszystko, co popadnie. Często znika bez śladu. Wtedy Halina, mając już 75 lat, biega po okolicy z jego zdjęciem:
Nie widzieliście przypadkiem mojego synka?
Sąsiedzi znają już tę scenę na pamięć. Po dwóch, trzech miesiącach syn cudownie się odnajduje, cały i zdrowy. Halina długo go szoruje, szyje rozdarte buty, pierze znoszone ciuchy. Bieliznę wyrzuca bez żalu. Pytana, gdzie był, Marcel mruczy coś pod nosem. Halinie wystarczy, że syn żyje.
Wszyscy, tylko nie Halina, wiedzieli, że Marcel czas spędzał u pewnej kobiety. Ona także piła wszystkiego po trochu. Marcel zawsze był tam mile widziany. Ich miłość była zamroczona procentami. A gdy pojawiał się nowy adorator, Marcel lądował na bruku do czasu.
Halina utrzymywała syna z emerytury. Próbowała znaleźć mu stałą pracę, ale nie udało się. Zaraz dostawał zaliczkę i znikał zarówno zaliczka, jak i Marcel. Po kilku dniach wracał: Mamo, ugotuj coś synkowi.
Halina z goryczą wspominała matkę, która tak samo szamotała się z bratem. Teraz dopiero poczuła, jak boli serce matki. Historia się powtórzyła. Krew nie woda. Nie wyrzucisz z rodu.
Cóż, szczęścia nie starcza dla wszystkich…
Przemierzając długą życiową ścieżkę, Halina zrozumiała, że ich ekspresowy ślub nie był wart nawet śpiewu wróbla…



