Gdy klucz przekręcił się w zamku, serce niemal wyskoczyło mi z piersi, a dusza pognała naprzeciw
Ile razy można robić te same błędy?! Nawet głupie pomyłki tu masz! No popatrz! Co to w ogóle jest! Alicja Edwardowna wbiła swój długi, czerwony paznokieć w mój miesięczny raport tak mocno, że o mało co nie złamała sobie tipsa.
Idź! Popraw to! A w ogóle sobie nie radzisz, to się zwolnij! Moja szefowa niby była zadbaną, atrakcyjną kobietą, ale w złości potrafiła zamienić się w samego diabła.
Wysunęłam się z jej gabinetu bez słowa. Do końca pracy został ledwo ponad godzinę. Muszę zdążyć. I tak już zabrali mi premię.
To chyba był jakiś niekończący się pechowy okres. I jakby jeszcze za mało, tydzień temu zadzwoniłam do mamy. Tradycyjnie, chyba znów miała zły dzień. O nic wszczęła awanturę, wykrzyczała mi wszystkie możliwe winy świata, a na koniec trzasnęła słuchawką. Miała taki styl; nie mogłam się przyzwyczaić. Bolało mnie to i coraz bardziej bałam się do niej dzwonić.
Dwa dni temu zgubiłam kartę płatniczą. Musiałam ją zablokować i zamówić nową.
A wczoraj Moja jedyna towarzyszka trójkolorowa kotka Figa, roczna, wyszła na balkon za wróblem i spadła z trzeciego piętra. Widziałam, jak wstała z wygniecionej rabatki, otrzepała się i poszła swoją drogą. Ale kiedy zeszłam na podwórko już jej nie znalazłam. Minęła doba, a Figi nie było ani śladu.
Z wielkim trudem oddałam ten nieszczęsny raport i wróciłam do domu. Nawet nie miałam siły wpaść do sklepu.
W domu położyłam się na kanapie i zaczęłam płakać. Szlochałam długo, aż łzy się wyczerpały. A we mnie tylko ciemność i smutek. Zaczęły się pojawiać czarne myśli, jak w szczególnie podły dzień listopada. Po co żyć? Matce nie jestem potrzebna, rodziny nie mam, nawet kotka zniknęła. Gdy podjęłam decyzję, nagle poczułam dziwną ulgę.
Niech potem się martwią, niech szukają, gdy już będzie za późno pomyślałam z jakąś złością. Będzie im wszystko jedno, dopiero kiedy już przestanę istnieć?
Uczucie ulgi przyszło z myślą, że jutro nie będę musiała iść do pracy. Nie będę musiała dzwonić do mamy z przeprosinami za rzeczy, których nie zrobiłam. Pochłonęło mnie dzikie poczucie wolności i bezczelnej radości.
I w tej chwili, gdy wystarczyło już tylko wykonać jeden drobny krok do końca, zadzwonił telefon. Wyświetlił mi się nieznany numer. Chciałam nie odbierać, ale pomyślałam a może to ostatni ludzki głos, jaki usłyszę w tym życiu?
Halo po drugiej stronie cisza. Po co dzwonicie, skoro nic nie mówicie?! zaczęłam się denerwować.
Dzień dobry rozległ się niski, męski głos. Proszę nie odkładać słuchawki.
Kim pan jest? Czego pan chce? pytałam, bo odpowiedź wydawała mi się istotna. Przecież nie mogłam się rozpraszać od tak ważnej sprawy.
Chciałem po prostu usłyszeć ludzki głos Przez tydzień z nikim nie rozmawiałem. Pomyślałem, że jeżeli nikt nie odbierze urwał, ciężko oddychając.
Jak to? Nie ma pan z kim rozmawiać? Proszę wyjść na spacer do parku, to przecież nic trudnego! Usiadłam podkuliwszy nogi na szerokim parapecie.
Nie mogę. Mieszkam na piątym piętrze. Tydzień temu żona mnie zostawiła głos opadł.
Też bym odeszła! No proszę cię, bądź facetem! pomyślałam głośno, nie rozumiejąc jego problemu.
Jeżdżę na wózku. Od niespełna roku. Boję się, że nie dam rady wnieść się pięć pięter w górę i w dół. W naszym bloku nie ma windy powiedział już pewniej.
Nie masz nóg?! wymsknęło mi się z przerażeniem, po czym zreflektowałam się, lecz już za późno. Słowo powiedziane nie wróci.
Nie o to chodzi. Kręgosłup. Nie chodzę westchnął i, wydawało mi się, lekko się uśmiechnął.
Rozmawialiśmy ponad pół godziny. Zapytałam o adres. Godzinę później już stałam przed jego drzwiami z dwoma wielkimi torbami zakupów.
Otworzył mi młody, przystojny mężczyzna na wózku.
Jestem Lidia dopiero wtedy zorientowałam się, że nawet nie znam jego imienia.
Szymon! Uśmiechnął się tak ciepło, jakby czekał właśnie na mnie cały czas.
Okazało się, że mieszkamy w tej samej dzielnicy Krakowa, niedaleko siebie. Zaczęłam go odwiedzać niemal codziennie. Z czasem zobaczyłam, że moje zmartwienia, przy jego tragedii, to pestka. Wstydziłam się, że mogłam chcieć sobie odebrać życie przez tak drobne sprawy. Mój charakter się zmieniał. Opiekując się nim, stawałam się silniejsza, bardziej pewna siebie i uparta.
Jakby na zamówienie Figa wróciła. Po prostu siedziała pod drzwiami i czekała, aż wrócę z pracy.
Szefowa z rana znowu próbowała na mnie wyładować swoją złość. Tym razem nie zamierzałam słuchać:
Alicjo Edwardowna, jakie ma pani prawo na mnie krzyczeć i mnie poniżać? Nie da się tak pracować. Jak dziś dostanę migreny, idę na L4, a skąd pani weźmie kogoś na moje miejsce? Dziewczyny w pokoju zachichotały. A szefowa zamilkła, obróciła się i wyszła.
Zadzwoniła mama, wytrzymawszy dwa dni milczenia:
Cześć, córko! Dlaczego nie dzwonisz, milczysz?! Nic cię nie obchodzi, co się ze mną dzieje? Taka jesteś niewdzięczna! Lidio, mówię do ciebie?! Przeszła już na krzyk.
Cześć, mamo. Nie zamierzam z tobą w takim tonie rozmawiać odpowiedziałam spokojnie.
Jak ty śmiesz! Rozłączę się! wrzeszczała.
Rozłącz się odpowiedziałam chłodno.
Po dwóch dniach ponownie zadzwoniła. Nie przeprosiła, nie należało się tego spodziewać, ale rozmawiała już bez wrzasków.
Po miesiącu przeprowadziłam się do Szymona. Swoje mieszkanie zaczęłam wynajmować.
Nasza przyjaźń przerodziła się w coś więcej czułość, zaufanie, wdzięczność. Może właśnie tak rodzi się miłość.
Za pieniądze z wynajmu zatrudniłam rehabilitanta i zapisałam Szymona na weekendowe lekcje w basenie. I, ku naszej radości, powoli zaczęło wracać czucie w nogach. Po jakimś czasie był w stanie poruszać palcami stóp.
Pewnego dnia mama zachorowała. Musiałam wziąć dwa dni wolnego i pojechałam na Śląsk, odwiedzić ją w szpitalu.
Szymon czekał i bardzo tęsknił. Jak wierny pies, leżał na kanapie i czekał bez końca.
Był luty. Tego dnia rozpętała się śnieżyca. Szymon wiedział dokładnie, kiedy przyjeżdżają autobusy, ile minut zajmuje droga do domu, ile wejście po schodach. Czas się skończył, a mnie wciąż nie było. Usiadł przy oknie w wózku i czekał.
Nie było widać nic. Śnieg zasłonił wszystko. A mój telefon już od dawna był rozładowany. Minęła godzina, dwie, trzy
Kiedy w zamku zakręcił się klucz, jego serce niemal wyskoczyło z piersi, a dusza wyrywała się do mnie.
Szymku, autobus ugrzązł w śniegu, czekaliśmy na drogowców Nie zdążyłam naładować telefonu, rozładował się zaraz po drodze wołałam już z przedpokoju, rozbierając się pospiesznie. Szymek! wbiegłam do pokoju i zamarłam.
Stał dwa kroki od wózka i się uśmiechał.



