Życie moje w małej wiosce pod Krakowem stało się jednym wielkim koszmarem. Ja, Bronisława, od lat mieszkam pod jednym dachem z teściową, Stanisławą Janową, która zrobiła wszystko, by moje dni zamienić w piekło. Dziś moja cierpliwość pękła: zadałam jej pytanie, które dręczyło mnie od lat: „Dlaczego mnie tak nienawidzisz?”. Nie usłyszałam odpowiedzi, tylko lodowate milczenie i jej pogardliwe spojrzenie. Dusza moja rozpada się z bólu, a serce krzyczy z powodu niesprawiedliwości.
Tego dnia, jak zwykle, sprzątałam dom. Odfroterowałam podłogi, starając się, by lśniły. Wtedy Stanisława Janowa, siedząc w swoim fotelu, z widoczną satysfakcją rozsypała okruszki z ciastka właśnie na świeżo umytą podłogę. Zamarłam, nie wierząc własnym oczom. Zrobiła to wyraźnie na złość, nawet nie próbując ukryć swojej złośliwości.
— Matko, po co to robisz? Przecież widziałam, że specjalnie! — zawołałam, ledwo powstrzymując łzy.
Spojrzała na mnie z pogardą i rzuciła:
— Nic się nie stanie, jeszcze raz posprzątasz! Nie umrzesz!
Z zadowolonym uśmieszkiem wróciła do swojej starej gazety, którą czytała już dziesiątki razy. Połknęłam urazę, wzięłam szczotkę i szufelkę i zaczęłam sprzątać. Ale w środku we mnie wszystko wrzeło. Wyszłam do drugiego pokoju, by nie wybuchnąć, potem poszłam do ogrodu — praca na świeżym powietrzu choć trochę mnie uspokajała. Lecz ból od jej słów i czynów toczył mnie jak rdza.
— Dlaczego mnie tak nienawidzisz? — nie wytrzymałam później, stojąc przed nią. — Czym na to zasłużyłam? Gotuję dla ciebie, piorę, sprzątam, ubieram! Moja córka, Władysława, zawsze ci pomaga! Dlaczego mnie tak nienawidzisz?
Nawet się nie odwróciła. Ani słowa, ani spojrzenia — tylko lodowata obojętność. Wybuchnęłam płaczem, nie mogąc już dłużej się powstrzymywać. Skończywszy sprzątanie, zabrałam się za pranie, ale łzy spływały mi po policzkach. Moje życie stało się niekończącym się kręgiem upokorzeń, a ja nie wiedziałam, jak się z niego wyrwać.
Mój mąż, ojciec Władysławy, zmarł wiele lat temu. Nasza córka miała wtedy zaledwie osiem lat. Zaraz po pogrzebie Stanisława Janowa oświadczyła:
— Zostaniesz u mnie! I nie waż się myśleć o wyprowadzce. Nie chcę, żeby we wsi gadali, że cię wyrzuciłam.
Zgodziłam się, bo nie miałam gdzie pójść. U moich rodziców mieszkała siostra z dwójką dzieci i dla nas z Władysławą nie było tam miejsca. Naiwnie wierzyłam, że z czasem się dogadamy. Ale cudu nie było. Na ludzi zachowywała się przyzwoicie, ale w domu, sam na sam, znęcała się nade mną. Ciągle powtarzała, że mam jej słuchać.
— Jaka z ciebie bezużyteczna! Kto cię będzie chciał? Żaden chłop na ciebie nie spojrzy, a do tego z dzieckiem! Będziesz żyła u mnie z Władysławą, a jak umrę, dostaniesz mój dom. Ale jeśli nie zrobisz wszystkiego, co ci powiem, oddam go siostrzeńcom i zostaniesz z niczym!
Bałam się jej gróźb i znosiłam. Robiłam wszystko, by Władysławie niczego nie brakowało. A Stanisława Janowa, która ma już ponad dziewięćdziesiąt lat, żyje i ma się dobrze. Zdrowie ma żelazne, całą emeryturę wydaje na siebie, żądając, bym kupowała jej drogie produkty i wykwintne smakołyki. Już dawno zrozumiałam, że popełniłam błąd, godząc się z tym życiem. Te lata upokorzeń złamały mnie.
Moja Władysława kończy uniwersytet i wkrótce wyjdzie za mąż za wspaniałego chłopaka. Będą mieszkać u niego, i szczerze wierzę, że będzie szczęśliwa. Ale mnie tak boli za sobą, za zmarnowanym życiem. Oddałam wszystko dla córki i teściowej, a w zamian dostałam tylko pogardę i samotność. Gdzie znaleźć siłę, by wyrwać się z tego piekła?



