Kiedy ona nakładała coś z garnka, wyjęłam z torebki chusteczki antybakteryjne i zabrałam się za pucowanie widelców. Oczywiście, ciocia to zauważyła.
Ostatnio wylądowałam u ciotki, bo musiałam jej podrzucić jakieś papiery. Z reguły widujemy się tylko w Wielkanoc i na Wigilię, a tu nagle sprawa niecierpiąca zwłoki. Ciocia mieszka skromnie, ale to nie przez to w domu jest tak, jak jest. Nie, żebym była jakaś księżniczka albo przesadna pedantka, ale uważam, że nawet najpiękniejszy dom bez odrobiny porządku wygląda jak u Pana Boga za piecem.
Szczerze, jej mieszkanie to muzeum kurzu i chaosu. Wszędzie poukładane po dziesięć rzędów porcelanowych Matką Boskich z Częstochowy, zbiory kryształków z Pewexu, a na dokładkę sto słoików po ogórkach na coś. W łazience kocia kuweta czyszczona chyba tylko w niedziele niehandlowe. Śmieci walają się jakby miały własne nogi, a zapach? Gdyby Praga pachniała tak na co dzień, dawno byłaby opuszczona.
Ciotka oczywiście od razu wyjechała z propozycją herbaty i poczęstunku, jakbyśmy się widywały codziennie. Kiedy zaczęła rozstawiać naczynia, zauważyłam, że talerze mają na sobie prawdopodobnie resztki wigilijnego barszczu z zeszłego roku. No i tak, zanim nałożyła mi cokolwiek z garnka (coś pomiędzy bigosem a zagadką), ja już w ruch puściłam moje chusteczki. Widelec lśnił po chwili jak nowy dwuzłotowy.
Ciotka zmrużyła oczy, popatrzyła na mnie i mówi:
Co, nie głodna jesteś? Czy może nie tego się spodziewałaś?
I powiedzcie mi, jak tu człowiek ma wybrnąć z takiej sytuacji? Ktoś z was też kiedyś tak miał?



