— Małgosiu, pamiętasz, jak prosiłeś, żebym ci mówiła, gdy usłyszę o czyjejś potrzebie, która jeszcze nawet nie została wyrażona? Właśnie taki mam przypadek — Wanda zatrzymała się w progu gabinetu męża, patrząc na niego z nadzieją.
— Już mnie zaciekawiłaś, Wandziu. Mów.
— Wiesz, czego mi brakuje najbardziej w tym całym internetowym świecie? — usiadła obok niego i dodała cicho: — Filtra dobra. Takiego „tłumacza światła”, który zmieniałby chamstwo, złośliwość i agresję w uprzejmą, pełną szacunku mowę. Żeby czytając komentarze albo służbową korespondencję, nie chciało się schować pod kołdrę.
— Wandalinko, ktoś cię uraził?
— Nie, kochanie, nie konkretna osoba. Ale ostatnio, przeglądając media, fora, służbowe czaty, coraz częściej czuję, jakby wylewano na mnie kubełki złości, irytacji, nienawiści. Ludzie nie hamują się. Atakują, wyśmiewają, upokarzają. Jakby już nic ich nie powstrzymywało.
Zamilkła na chwilę, spuszczając wzrok.
— Czasem myślę, że to ze mną coś nie tak. Może stałam się zbyt wrażliwa? Ale z drugiej strony, czy to normalne, żebyśmy przyzwyczaili się do chamstwa jak do codzienności?
Marek westchnął. Wiedział, jak codziennie czytuje dziesiątki wiadomości, analizując reakcje społeczne — pracowała przecież jako analityczka w dużej agencji.
— Niestety, agresywni zawsze krzyczą najgłośniej. Jest ich niewielu, ale internet to dla nich idealna pożywka. Anonimowość daje im swobodę, odpowiedzialność znika, zostaje sama emocja. Ale masz rację. Świat staje się toksyczny. A twój pomysł brzmi… genialnie. Naprawdę. Opowiedz, jak to widzisz.
— Chciałabym, żeby to była aplikacja albo rozszerzenie. Na przykład czytasz komentarze pod filmem — a wszystkie są automatycznie przekształcone: nie „idiotka”, tylko „nie rozumiem twojego stanowiska”; nie „zamknij się”, ale „może spojrzymy na to inaczej?”. Wyobrażasz sobie?
— Chwila… czyli nie chodzi o blokowanie, tylko o przepisywanie?
— Tak! Ale dobrowolne. Użytkownik sam włącza filtr i decyduje, gdzie i dla kogo działa. Może tylko na wybranych stronach, może w służbowych czatach, gdzie liczy się konstruktywność.
— A gdyby to działało w drugą stronę? Żeby twoje własne wiadomości były łagodzone przed wysłaniem?
— To byłoby idealne! Bo my też nie zawsze jesteśmy święci. Zwłaszcza w stresie. Czasem chcemy się „wygadać”, a potem czytamy, co napisaliśmy, i mamy wyrzuty sumienia. A tu filtr podpowiada: „możesz to ująć łagodniej”, „może inaczej?”. Nawet sugeruje zmianę.
— Brzmi jak wewnętrzny psycholog z funkcją autocenzury. Bez moralizowania.
— Dokładnie! Najważniejsze, żeby działało płynnie — bez wklejania tekstów do osobnych programów. Wszystko od razu, na tym samym ekranie. Spokój to dziś bezcenny zasób.
Marek zamilkł. Pracował w IT i dobrze rozumiał, że pomysł Wandy może nie tylko odnieść sukces, ale też zmienić samo zrozumienie cyfrowej komunikacji.
— Omówimy to z zespołem. Jutro. To nie jest tylko genialne — to potrzebne. Ludziom trzeba dać oddech. Bez trucizny.
Wanda odetchnęła z ulgą, pierwszy raz tego dnia szczerze się uśmiechając.
— Dziękuję, Marku. Naprawdę. Już myślałam, że zwariowałam, że marzę o czymś nierealnym. Ale może dobro to po prostu coś, co kiedyś straciliśmy. I czas to odzyskać.
Marek wstał, objął ją mocno.
— Dość już tej brzydoty na teraz. Włączmy nasz własny filtr dobra: cisza, przytulenie, herbata i miłość. Bez warunków. Bez sporów. Bez filtrów.
Roześmiała się, chowając twarz w jego ramieniu.
Gdzieś za oknem ktoś wciąż stukał w klawiaturę — pisał złośliwy komentarz, kłócił się do upadłego. Ale w tym pokoju narodził się pomysł, który mógł zmienić choć kawałek świata. I uczynić go odrobinę cieplejszym.



