Echo w nocy
Do oddziału rehabilitacji Leokadia Jabłońska trafiła na dwa tygodnie przed Wigilią. Wcześniej się nie dało: nie było miejsc.
Zdrowie to poważna sprawa, więc gdy dostała skierowanie, Leokadia bardzo się ucieszyła: o tym ośrodku rehabilitacyjnym wszyscy w Poznaniu mówili tylko dobrze.
A jednak gdzieś wewnątrz zalągł się dziwny niepokój przecież zaraz święta, tradycje, pierogi, sernik, kolędy
Leokadia od dziecka kochała Boże Narodzenie. Lubiła stroić choinkę, ozdabiać mieszkanie, zabiegać po sklepach za makiem i bakaliami, tulić świąteczny rozgardiasz. A tu ze wszystkiego miała teraz zrezygnować.
Od pierwszego dnia powtarzała sobie, że to nic takiego, że nie jest to ostatnie Boże Narodzenie, że na Nowy Rok pewnie będzie już w domu.
I chyba przekonała samą siebie.
***
Zamieszkała w dwuosobowej, ciepłej sali z telewizorem, w której już była młoda kobieta w połowie od niej młodsza. Zalecono jej mnóstwo zabiegów, gimnastykę leczniczą.
Leokadia brała się do wszystkiego z zapałem. Ćwiczeniom nie odpuszczała, nawet na ergometr do sali sportowej się zapisała. Instruktorka była trochę podobna do jej zmarłej siostry to wydało się takie znajome, normalne.
Lekarze chwalili, że świetnie jej idzie rekonwalescencja.
Leokadia uśmiechała się i przytakiwała, ale wewnątrz coś jednak dudniło pustką.
Pierwszy raz w życiu nie myślała o wigilijnej wieczerzy. Nie wybierała ryby, nie szperała za prezentami w Biedronce, nie planowała stroju.
Święta działy się tam, po drugiej stronie ściany jakby ich nie było.
Zdrowie ważniejsze, powtarzała sobie, przecież można świętować z koleżanką z pokoju.
30 grudnia sąsiadka została wypisana. Za zamkniętymi drzwiami Leokadii została tylko cisza.
Zupełna. Bezkresna. Sterylna.
***
Rankiem 31 grudnia zadzwoniły dzieci pogratulowały, pytały, obiecały przyjechać po świętach.
To oczywiste mają swoje rodziny, swoje sprawy. Parę SMS-ów przyszło jeszcze od koleżanek i dawnych współpracownic
A potem zapadła noc.
***
Leokadia słyszała, jak po przemówieniu prezydenta inni pacjenci wychodzą na korytarz.
Wymieniali głośne: Szczęśliwego Nowego Roku! i Oby lepiej!.
Leokadia nawet nie wstała z łóżka.
Miała wrażenie, że dzieli ją od radości wszystkich innych niewidzialna tafla szklana.
I że jest nikomu niepotrzebna
***
Złapała telefon tak bardzo chciała zamienić z kimkolwiek słowo!
Ale do kogo zadzwonić?
Mnóstwo kontaktów
Bronisława koleżanka z klasy. Nie widziały się od dekad, poza lajkowaniem zdjęć na Facebooku.
Niby bezpiecznie, a jednak pusto.
Janusz były mąż. Zupełnie bez sensu byłoby do niego dzwonić.
Szybko kartkowała dalej.
Marek syn. Oczywiście, odebrałby i rozmawiał. Gdyby trzeba, rzuciłby wszystko i przyjechał.
A ona nie chciała by widział ją słabą. Syn był przyzwyczajony do silnej mamy…
Reszta listy kontaktów równie nieprzydatna. Leokadia nie znalazła nikogo, do kogo mogłaby zadzwonić po prostu teraz, żeby złożyć życzenia. Wydawało jej się to nie na miejscu i już. Prawdziwie pusto.
Do kogo zadzwonić choćby do kogokolwiek wyszeptała w sterylnym półcieniu sali.
I rozpłakała się.
Okazało się, że ma prawie wszystko: mieszkanie, emeryturę, doświadczenie i setki znajomych.
A jednocześnie nie miała wcale nic. Ani nikogo bliskiego.
***
Gdy to już do niej dotarło, Leokadia postanowiła uciekać.
Zarzuciła na ramiona płaszcz, wyszła na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło ją w płuca jak mróz.
Obok ośrodka był malutki park, cały przykryty grubą warstwą śniegu. Weszła tam bez celu, po prostu musiała chodzić.
Na ławeczce siedział starszy pan, może jej rówieśnik, a może nawet trochę starszy.
Nie patrzył na miejskie lampy, tylko w pustkę.
Leokadii ścisnęło się serce. Przez usta wylało się jedno ciche słowo.
Dobry wieczór.
Mężczyzna poderwał wzrok. Uśmiechnął się. Prawdziwie, miękko, z promieniami zmarszczek w kącikach oczu.
Dobry wieczór pani. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.
Uśmiechnęła się mimowolnie. Taka zwyczajna, ale szczera fraza. Coś w niej zadrgało.
Co pana tutaj sprowadziło?
W domu nie mam do kogo ust otworzyć odparł spokojnie. Żona odeszła trzy lata temu. Córka w Sztutgarcie, zadzwoniła koło południa, życzenia przesłała. Powiedziała, że zajęta. I tyle zostało A pani z ośrodka?
Leokadia skinęła głową:
Tak. Dochodzę do siebie. I wie pan dziś zrozumiałam, że nie mam do kogo zadzwonić w sylwestra. Telefon pęka od kontaktów, a z nikim nie potrafię naprawdę porozmawiać.
Nie był zdziwiony.
Wie pani, samotność przychodzi bezszelestnie. I nagle człowiek odkrywa, że gdyby coś się stało nikt nawet nie zauważy. Nikt nie usłyszy, nie zapuka. A wtedy Tylko odwaga może wygnać to zimno. Wystarczy zacząć rozmowę, tak jak pani Pani jest silna.
Ja nie czuję się silna
To bez znaczenia powiedział delikatnie. Nikt się tak nie rodzi. Silnym się staje, kiedy mimo wszystko wybiera się życie. Nawet odwrócone plecami. A wie pani jeśli dziś pani jutro nie przyjdzie, będę i tak czekał. Bo już wiem, że pani istnieje.
Słowa zabrzmiały tak prawdziwie, że Leokadia zrozumiała: zawsze czekała na wybawienie z samotności nie wiedząc, że sama może być wybawieniem dla kogoś innego.
***
Kiedy wracała do sali, w kieszeni leżał kawałek papieru z numerem telefonu nowego znajomego, zapisanym drżącą, staranną ręką.
Pustka nie znikła, ale pojawiło się w niej coś ciepłego. Echo innego głosu:
Będę czekał
Pierwszy raz od dłuższego czasu Leokadia myślała nie o tym, czego jej brakuje, tylko o tym, co przyniesie jutro. Nie w kontekście nowego życia, tylko po prostu jutra. Do śniadania.
Może zadzwonić? myślała zasypiając po prostu powiedzieć: Dzień dobry, panie MarianieMoże jednak zadzwonić, zanim znów przestraszy się ciszy?
Wyjęła telefon. Zerknęła na ekran, jeszcze nieśmiało. Kciuk przez chwilę zawisł w powietrzu, ale tym razem nie cofnęła się, nie uciekła. Wybrała numer. Po drugiej stronie odezwał się znajomy, spokojny głos.
Słucham?
Przez moment Leokadia czuła tylko, jak pulsuje jej serce. Potem odpowiedziała zwyczajnie i właśnie w tej zwyczajności poczuła ukłucie szczęścia.
Dobry wieczór Chciałam tylko powiedzieć, że dziękuję za rozmowę w parku. I może jutro razem wypijemy herbatę?
W słuchawce zabrzmiało krótkie, ciepłe westchnienie ulgi, jakby świat po drugiej stronie także czekał na ten pierwszy krok.
Oczywiście, pani Leokadio. Czekałem na ten telefon.
Za oknem cicho padał śnieg. Nowy Rok rozlewał się po bezkresnym mieście, omijał dotychczas zamknięte serca, otulał je cichą nadzieją.
Leokadia odłożyła telefon, uśmiechając się do nikogo a może do siebie sprzed wielu lat.
Nie wszystko musi być takie jak dawniej, by znów było dobrze.
Czasem wystarczy echo w nocy, by nowy dzień zaczął się naprawdę.



