Dziewięć czerwonych róż…
Teściowa przyjechała tylko na kilka godzin, a ja już poczułem, że nie wytrzymam. Powiedziałem, że idę do sauny. Szybko się zebrałem i wyszedłem.
Na miejscu czekał mnie jednak kolejny zawód: naszą saunę zamknęli na remont. Humoru to mi na pewno nie poprawiło.
Przecież nie wrócę od razu do domu!
Błąkałem się więc trochę po łódzkich ulicach, ale do sklepów nie chciało mi się wchodzić to nie dla faceta, kręcić się bez celu między półkami. Przysiadłem smętnie na ławce.
Nagle zauważyłem małżeństwo spacerujące powoli, dobrze po sześćdziesiątce, ubrani elegancko. Kobieta szła pod rękę z mężem, rozmawiali cicho ze sobą.
Przyglądałem im się, myśląc: O czym mogą tyle gadać? Ja ze swoją jestem piętnaście lat i od dawna już wszystko przegadane. Zwykle milczymy.
W pewnym momencie mężczyzna zatrzymał się i poprawił żonie szalik z czułością. Poszli dalej, powoli.
Zazdrościłem im. Utrzymali miłość przez tyle lat, a my już dawno przestaliśmy się zauważać, przeszyło mnie w środku.
Moja żona, Halinka, jest drobną, schorowaną kobietą z wiecznie zmęczoną miną. Należy do tych, co oszczędzają na sobie. Pracuje w fabryce, mamy dwóch synów, więc zawsze pełno roboty. Krząta się po mieszkaniu, nie usiądzie na chwilę, wiecznie z mopem albo szmatką w ręce. Stary szlafrok, rozczochrane włosy, od fryzjera wraca wtedy, gdy już naprawdę nie da się wyjść między ludźmi.
Zapomniała, co to uśmiech, twarz napięta, jakby już nie umiała się rozluźnić.
Siedziałem tam, rozmyślałem: Kochaliśmy się tak bardzo. Gdzie to wszystko się podziało?
Spróbowałem odnaleźć gdzieś w sercu stare uczucie. Wreszcie pojawiła się lekka czułość niby niespodziewana, zostawiła po sobie przyjemne ciepło.
Nagle bardzo mi zrobiło żal żony, zapragnąłem zrobić coś dla niej, tu i teraz.
Nie mogłem już dalej siedzieć; poczułem, że muszę działać. Sam nie wiem, jakim cudem prawie od razu natknąłem się na małą kwiaciarnię na rogu Piotrkowskiej.
Kwiaty? pomyślałem. Zaraz mnie wyśmieje, że zmarnowałem pieniądze, przecież córce trzeba kupić buty na WF. Przez chwilę się wahałem, ale to ciepło w sercu nie odpuszczało.
Machnąłem ręką: trudno, niech będzie, pójdę na całość.
Wszedłem, ekspedientka uśmiechnęła się pytająco, czułem się jak typowy facet kupujący pierwszy raz kwiaty po studniówce.
Chciałem wziąć jedną różę. Nie błaźnij się, szepnął głosik w głowie, jedna róża nic nie znaczy. Odetchnąłem głęboko i zamówiłem dziewięć. Nawet nie wiem dlaczego.
Wyszedłem z kwiaciarni, miałem wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą.
Zadzwoniłem, sprawdziłem tylko, czy teściowa już poszła.
Wchodząc po schodach na trzecie piętro serce biło mi szybciej. Jak zacznie krzyczeć, to wezmę ten bukiet i wrzucę do śmieci.
Halina właśnie odstawiła mąkę na stół ręce miała jeszcze czyste. Podszedłem bliżej. Stała zaskoczona, niczego się nie spodziewała. Zatrzymałem się, oddychałem ciężko z nerwów.
Odwróciła się i spojrzała na kwiaty. Zamarła.
Halinko, to dla ciebie. Jakoś tak mnie naszło. Nie złość się, dobrze?
Nie od razu wzięła, patrzyła na mnie, jakby widziała fatamorganę.
To dla ciebie, Halina, dla ciebie.
Chwyciła bukiet ostrożnie, przytknęła do twarzy, odrobinę się uśmiechnęła. Przez chwilę świat się zatrzymał nie było fabryki, codziennych obowiązków, nie liczyło się piętnaście lat wspólnego życia.
Cichutko wyszeptała: Dziękuję.
Wazon z dziewięcioma czerwonymi różami stał na środku stołu i wydawało się, że całe mieszkanie zrobiło się jaśniejsze.
Halina przelotnie dotknęła kwiatów, potem spojrzała w lustro, poprawiła włosy. Jej rysy złagodniały, zmęczenie ustąpiło miejsca zadumie.
Objąłem ją w talii. Staliśmy w ciszy, przez chwilę w innym świecie.
Zapamiętam ten moment. Zrozumiałem, że czasem do szczęścia wystarczy naprawdę niewiele tylko przypomnieć sobie, dlaczego kiedyś tak bardzo się kochaliśmy.



