Pani, posadzić dziecko na kolanach! rzuciła mi ze stanowczością kobieta po pięćdziesiątce, której ekspresja sugerowała, że ma na pieńku z co najmniej połową obsługi warszawskiego PKS-u. Przy okazji zapłaciłam 350 złotych za miejsce dla syna w autokarze, nie żeby było tanio, ale przecież od kiedy w Polsce wszystko staniało?
Tego dnia jechałam z synem, Igorem, do babci. Igor w naszej rodzinie uchodzi za dużego chłopca choć ma dopiero pięć lat, zadziwia wszystkich poważnym spojrzeniem pierwszoklasisty. Cała rodzina traktuje go jak dorosłego, stąd kupujemy mu osobne miejsce w busie: zachowuje się grzecznie, a poza tym jest wysoki i solidnie odstaje od standardowego pięciolatka. Próba utrzymania go na kolanach? Gwarantowany uszczerbek na zdrowiu i zabrudzone buty współpasażerów. Dla wspólnego dobra, Igor siedzi sam.
Tego dnia Igor zajął miejsce przy oknie, a ja usiadłam tuż obok niego. Wybraliśmy miejsca z przodu, żeby łatwiej było nam wysiąść wiadomo, babcia mieszka, gdzie kończą się asfalty i zaczyna się las. Uprzedziłam kierowcę, że mam bilet także dla dziecka, więc niech nie kombinują z dosadzaniem kogoś na nasze miejsca.
Wyjechaliśmy z Warszawy. Na trasie bus zatrzymała konkretna kobieta, której gabaryty skutecznie wyciszyły całą kabinę. Kiedy wgramoliła się do autobusu, pojazd zachował się tak, jakby przeżył test zderzeniowy. Pasażerowie patrzyli po sobie z miną: O, to się zaczyna…. Po wejściu pani zatrzasnęła drzwi, a kierowca westchnął z taką rezygnacją, że odezwało się echo na Pradze. Ruszyliśmy dalej, a ona zaczęła forsować się w stronę siedzeń.
Dziewczyno, posadź dziecko na kolana! rzuciła. Wyjaśniłam spokojnie, że Igorek ma opłacone miejsce, więc nie zamierzam go sadzać na kolanach. Kierowca stanął po mojej stronie i zaproponował, żeby przesunęła się do tyłu, gdzie były jeszcze wolne siedzenia. Ale pani się uparła, rzekomo musi siedzieć przy oknie z przodu, bo zawsze tak jeździ i to jej miejsce.
Nie ustąpiłam, a bus przyspieszał, więc pani coraz bardziej miotała się przy naszych siedzeniach, niechętnie podążając do tyłu. Wewnątrz kipiały mi emocje jak barszcz w Wigilię, ale nie chciałam zrobić cyrku na oczach syna. Zaczęliśmy z Igorem rozmawiać o tym, ile razy babcia wygrała w bingo, ignorując zamieszanie. Pani wyraźnie irytowało nasze opanowanie, wrzasnęła więc: No, szybko przesadź dziecko i mnie już posadź! Nie rozumiesz?!. Odpowiedziałam jej spokojnie, że nie ustąpię miejsca, bo syn jest dorosły (przynajmniej dla naszej rodziny) i ma opłacony bilet. Weszliśmy wcześniej, wybraliśmy siedzenia, więc to sprawiedliwe biletów tu nie rozdają jak cukierki.
Kierowca jechał dalej, wyraźnie już doświadczony w boju na trasie WarszawaRadom. Poczciwi współpasażerowie na początku byli niewzruszeni jedni z słuchawkami, inni osuwali się w objęcia Morfeusza. Stopniowo jednak ludzie zaczęli podsuwać rady: Pani, może tam są wolne miejsca, Niech pani nie krzyczy, to nie jej mieszkanie. Ciotka zawodziła, że nie może się przedostać dalej z powodu gabarytów, chociaż wszyscy widzieli, że to zwykła złośliwość i upór. Wyraźnie chodziło jej o nasze wygodne miejsca.
Bus zamienił się w forum dyskusyjne, aż nagle nastąpił zwrot akcji. Kierowca zatrzymał pojazd, wysiadł zza kierownicy, wszedł do kabiny, wyniósł jej torby na zewnątrz, po czym grzecznie wyprosił ją z autobusu. Pani oniemiała, nie zdążyła nawet zaprotestować, gdy kierowca już siedział za kółkiem, a bus ruszył z impetem. W środku zapadła cisza taka, że słychać było szelest banknotów. Wszyscy zrzuciliśmy się po parę złotych, żeby kierowca nie odczuł finansowo straty po tej awanturze. Gdy dojechaliśmy na miejsce, przekazaliśmy mu pieniądze, a on rozpromieniony obiecał, że już nigdy nie wpuści tej pani na trasę, bo zawsze robiła aferę. I tak oto do babci dojechaliśmy bez kolejnego odcinka Pogromców Pasażerów.



