Proszę pani, usadź swoje dziecko na kolanach! grzmotnęła przez cały autobus kobieta o solidnej posturze, około pięćdziesiątki. Właśnie tego dnia kupiłam mojemu synowi miejsce obok mnie za 350 złotych.
Ten dzień był wyjątkowy, bo zabierałam Szymonka do babci. Mimo że Szymon ma dopiero pięć lat, w naszej rodzinie uchodzi za dużego chłopca, niemal ucznia szkoły podstawowej. Traktujemy go poważnie, zawsze ma własne miejsce w autobusie, bo trudno byłoby utrzymać go długo na kolanach jest wysoki i ciężki, a poza tym lepiej się zachowuje, gdy siedzi osobno. Gdyby siedział u mnie, ucierpiałaby wygoda zarówno moja, jak i innych pasażerów, mógłby ubrudzić butami czyjąś kurtkę. Bez wątpienia, powinien mieć swoje miejsce.
Tego dnia Szymon siedział przy oknie, a ja obok niego. Wybraliśmy miejsca z przodu, żeby łatwiej było nam wysiąść, zanim reszta pasażerów się ruszy. Wyjaśniłam kierowcy, że mam dwa bilety, także dla dziecka, żeby nikt nie próbował dosadzić jeszcze jednej osoby.
Wyjechaliśmy z Warszawy. W połowie drogi autobus zatrzymał się, by zabrać kobietę o imponującej sylwetce. Miejsca w tyle jeszcze były, więc kierowca otworzył drzwi. Kiedy kobieta wdrapała się ciężko do środka, pojazd aż się zakołysał, a wszyscy wstrzymali oddech, obserwując jej triumfalne wejście. Gdy drzwi trzasnęły za nią, kierowca westchnął tak, że usłyszeliśmy to wszyscy.
Dziewczyno, dziecko na kolana! syknęła. Odpowiedziałam spokojnie, że zapłaciłam za miejsce Szymonka, więc nie zamierzam trzymać go na kolanach. Kierowca odezwał się w mojej obronie: Są wolne miejsca z przodu, proszę przejść dalej. Ale kobieta burknęła pod nosem, że to do nas należy się przeprowadzić, bo ona regularnie jeździ tym busem i zawsze siada przy oknie.
Nie poddałam się. Autobus ruszył szybciej, kobieta ciągle stała przy naszych miejscach, nie zamierzała przejść dalej. Czułam narastający gniew, ale nie chciałam robić afery przy Szymonie. Zaczęliśmy prowadzić lekką rozmowę, by odwrócić uwagę od zamieszania. To wyprowadziło kobietę z równowagi, wykrzyczała: No rusz dziecko, chyba nie rozumiesz?! Odpowiedziałam spokojnie: Proszę pani, nie ustąpię miejsca. Syn jest duży, ma swój bilet, siedzimy, gdzie chcemy, bo byliśmy pierwsi. Tu nie ma numerowanych miejsc.
Kierowca zachował skupienie, wyraźnie był doświadczony. Pasażerowie początkowo nie reagowali jedni z słuchawkami, inni drzemiący. Stopniowo jednak zaczęli komentować: Proszę, wolne są miejsca dalej. Nie krzycz, to nie twój dom. Kobieta uparcie twierdziła, że nie przejdzie, bo ciężko jej się poruszać. Choć dla wszystkich było jasne, ona po prostu chciała nasze miejsce przy oknie.
Zrobiło się głośno i nerwowo. Nagle kierowca gwałtownie zahamował, wyszedł zza kierownicy, wrócił do kabiny, wystawił bagaże kobiety za drzwi i dał jej znak, by wyszła z autobusu. Zdezorientowana kobieta nie zdążyła się nawet sprzeciwić kierowca usiadł z powrotem, włączył silnik i odjechał. W autobusie zapadła cisza, która trwała dłuższą chwilę.
Zrzuciliśmy się wszyscy po kilka złotych, by oddać kierowcy opłatę za bilet, jaką stracił na tej kobiecie. Gdy dotarliśmy na miejsce, wręczyliśmy mu pieniądze, a on promieniał zadowoleniem, obiecując, że już nigdy tej pani nie wpuści bo zawsze robiła zamieszanie i kłóciła się ze wszystkimi.



